Jak (i kiedy) warto o siebie zadbać?

Wiele osób odkrywa, że bardzo łatwo jest im zgubić się w trosce o innych i świat, a zapomnieć o sobie. Wspomniałem o tym między innymi w artykule o wyczerpaniu współczuciem, o tym jak nadmierna troska o innych może nas przytłoczyć i jak ważne jest zadbanie o siebie. Ten termin, “zadbać o siebie” może się jednak dla wielu osób wydawać niejasny. Został też, niestety, częściowo zawłaszczony przez marketing branży wellness, co wykrzywiło jego znaczenie. Pomyślałem więc, że warto poświęcić wpis temu co to faktycznie znaczy o siebie zadbać, jak można to robić i kiedy warto to zrobić.

 

Troska o siebie (lub dbanie o siebie/self-care) to zestaw działań, które możemy podejmować wobec siebie by promować swoje zdrowie i dobrostan (tak fizyczny jak psychiczny) oraz by radzić sobie z chorobami, gdy im ulegamy. (Zwłaszcza chorobami przewlekłymi takimi jak problemy kardiologiczne, cukrzyca, przewlekły stres czy depresja.) To zarówno jednorazowe rzeczy, jak i codzienne drobne i większe działania.

Przeciwieństwem takiej troski jest zaniedbywanie siebie (self-neglect), czy to celowe i świadome (aktywne), czy wynikające z braku sił, wiedzy czy innych zasobów (pasywne). Co istotne, aktywne zaniedbywanie siebie, choć świadome, nie musi być aktywnym wyborem danej osoby. Pamiętajmy, że choroba, cierpienie, itp. mogą wpływać na stan psychiczny danej osoby i skłaniać ją do podjęcia tu i teraz decyzji, których w zdrowiu nigdy by nie podjęła. Widzimy to doskonale na przykładzie samobójstwa. (Wiele osób podejmujących próby samobójcze robi to pod wpływem chwili. Jeśli próba się nie uda, nie podejmuje kolejnych prób.)

Dbanie o siebie przejawia się w bardzo różnych obszarach. Na poziomie zdrowia fizycznego może dotyczyć tego jak się odżywiamy, czy się ruszamy, czy regularnie przyjmujemy zalecone leki, czy poddajemy się zabiegom i ćwiczeniom rehabilitacyjnym (jeśli mamy taką potrzebę), jak również dbania o swoją higienę. W kontekście zdrowia psychicznego będzie to np. kwestia dbania o odpowiednią socjalizację i sieć wsparcia społecznego, pilnowanie swoich granic w relacjach czy pamiętanie o odpoczynku. (W sensie faktycznego odpoczywania, nie “pamiętam, że jest taka koncepcja jak odpoczynek, zabawna rzecz, muszę kiedyś spróbować…”) Dbanie o siebie emocjonalne to choćby kwestie dbanie o sprawianie sobie różnych mniejszych lub większych przyjemności, dzielenia się swoimi emocjami, pozwalania sobie na chwilę przerwy czy regeneracji, a nawet na przesunięcie jakiejś niekluczowej pracy na rzecz czasu dla siebie samego/samej. Niektóre z tych rzeczy będą tak drobne, jak wzięcie gorącej, spokojnej kąpieli czy dobre się wysypianie, inne dużo bardziej złożone, jak zorganizowanie sobie porządnych wakacji. Czasem będą to rzeczy potencjalnie dziwne, ale po prostu wartościowe dla Ciebie. Ja np. mam tendencję do podśpiewywania pod nosem do słuchanej na spacerze muzyki. Raczej cicho, bo jednak śpiewam podle i nie chcę torturować niewinnych przechodniów (od tortur mam wszak ludzi uwięzionych w piwnicy, granice między życiem prywatnym i służbowym są ważne!), tym niemniej jest to zachowanie dość nietypowe na naszych ulicach – ale przyjemne dla mnie i traktuje je jako mały, ale istotny element troski o siebie.

 

Są osoby, które doskonale sobie radzą z dbaniem o siebie. Były tego uczone od dzieciństwa, albo po prostu w pewnym momencie odkryły, że mogą to robić. Wiele innych nie potrafi się jednak na to zdecydować, albo czuje się winna ilekroć ich troska o siebie przekracza pewien minimalny poziom. To mentalność typu “Umyć się i jakoś wyglądać ok, bo to dla innych, ale zrobić sobie przerwę to już bez przesady, zbytnie rozpasanie!” Jeszcze inne osoby akceptują pewne formy dbania o siebie, ale już nie inne. Np. “Facet musi się zdrowo odżywiać i ćwiczyć, ale nie ma prawa wyrażać swoich emocji.” Te różnice są pochodną wielu czynników, między innymi:

  • wychowania (tak konkretnie zwyczajów domu rodzinnego, jak i szerszej kultury w której wychowała się dana osoba),
  • przebytej pracy nad sobą,
  • wsparcia ze strony innych osób,
  • dostępu do zasobów (o aspekcie klasowym porozmawiamy sobie jeszcze później),
  • zdolności poznawczych i samoświadomości danej osoby,
  • innych uwarunkowań indywidualnych.

     

    Ze względu na moją specyfikę zawodową, najczęściej spotykam się z problemami z troską o siebie wynikającymi z pierwszego z tych czynników. Z tego, że daną osobę wychowano tak, by częściowo lub całkowicie uważała, że nie ma prawa o siebie dbać. Wiele z nich obawia się, że jeśli pozwoli sobie na odrobinkę takiej troski, to będzie to jak całkowite otwarcie tamy i po prostu się w tym zgubią. Nie ma to zbyt dużego uzasadnienia, ale poniżej specjalnie przyjrzymy się takim sytuacjom, specjalnie po to by zadbać o potrzeby takich osób.

     

    Pytanie w tytule brzmi jednak “jak” i “kiedy” o siebie dbać. O różnych formach tego “jak” już pisałem kilkukrotnie, np. tutaj, tutaj czy tutaj. Kluczowe jest uwrażliwienie się na swoje potrzeby, dostrzeganie, że dana rzecz byłaby dla Ciebie przyjemna lub wartościowa. Często wymaga to dużo uwagi i wysiłku, przynajmniej na początku, bo wiele osób nauczyło się spychać swoje potrzeby głęboko poza zasięg swojej świadomości. Dotarcie do nich może więc wymagać naprawdę dużo kopania i być obarczone dużymi wątpliwościami. (“Czy ja tego faktycznie chce, czy mi się tylko wydaje?”) Ważne jest by nie forsować tego procesu. (Ostatnie czego chcemy, to dodatkowe stresowanie w wyniku nieudanych prób dbania o siebie!) Jednocześnie warto z niego też nie rezygnować. Można spróbować do tego podejść jak do nauki nowej umiejętności, albo np. rozciągania. Liczy się systematyczność i nie forsowanie niczego.

    Gdy już zauważysz swoje potrzeby, łatwiej Ci będzie zdecydować się, by o nie zadbać. By pozwolić sobie na odpoczynek, gdy czujesz zmęczenie. Pozwolić sobie na zjedzenie czegoś, na co masz ochotę, nawet jeśli niekoniecznie będzie to najzdrowszy możliwy wybór. Umówić się na spotkanie z przyjaciółmi, zamiast kończyć projekt. Powiedzieć wyraźnie nie ofercie w pracy, która mogłaby nawet być opłacalna, ale która zbyt by Cię wyczerpała lub była niezgodna z Twoimi wartościami. Zapewne wciąż nie będzie tak, że zawsze będziesz dbać o takie potrzeby. Część z nich może też być wzajemnie wykluczająca i wymagająca decyzji o tym, czym się zajmiesz, a co zostawisz. Część możesz po prostu zostawić. Ale będziesz przynajmniej mieć wybór.

     

    Jeśli należysz do osób, które są już nieco świadome swoich potrzeb, ale opierają się dbaniu o nie z różnych powodów, to masz tu dużo łatwiej. Wiesz czego chcesz, po prostu sobie tego odmawiasz. Tu warto zrozumieć, że troska o siebie naprawdę nie jest czymś złym czy wyjątkiem, na który trzeba sobie zasłużyć. To element higieny – po prostu innego rodzaju higieny – i jako taki powinien stanowić normalną część Twojego dnia i życia.

    Może masz wrażenie, że nie masz czasu na troskę o siebie, bo musisz się troszczyć  o innych tak bardzo, że dla Ciebie nie zostaje już nic czasu, sił, czy uwagi. W tym wypadku warto narzucić sobie (i tak, na początku będzie to narzuceniem i dość bolesnym) prostą regułę, 1:1. Na każde zadbanie o innych musisz w proporcjonalny sposób zadbać też o siebie. Tak, to będzie trudne, ale dość szybko zbuduje Ci solidną równowagę w życiu. Paradoksalnie sprawi też, że będziesz mieć więcej siły i energii na zadbanie o innych, tam gdzie będzie to uzasadnione.

    W ten sposób niejako naturalnie przeszliśmy z “jak” o siebie dbać do tego “kiedy” to robić. Otóż: dbamy o siebie kiedy poczujemy potrzebę, mamy ku temu możliwości i zadbanie o siebie nie będzie jednocześnie krzywdzeniem drugiej osoby. (Warto przy tym odróżnić krzywdzenie drugiej osoby i nie spełnienie jej zachcianek. Nie jest krzywdzeniem kogoś postawienie jasno swoich granic, nawet jeśli ta osoba się rozczaruje tym, że nie wykonasz za nią pracy albo nie pójdziesz z nią na randkę.) Niby oczywiste kryteria, ale i tak dla wielu osób stanowią duże wyzwanie i będą wymagały sporo pracy nad sobą.

     

    Troska o siebie, a porzucenie jakichkolwiek granic

    Wiele osób obawia się dbania o siebie. Widzi w nim prostą drogę do całkowitego porzucenia jakichkolwiek zasad w swoim życiu, swego rodzaju emocjonalno-prokrastynującego “pójścia w ciąg”. Dotyczy to w szczególności osób mających kłopoty z perfekcjonizmem.

    Nie jest to obawa całkowicie pozbawiona podstaw. Faktycznie, tendencje do odkładania rzeczy na później, prokrastynowanie czy nawet różnego rodzaju uzależnienia psychiczne można potencjalnie racjonalizować jako dbanie o siebie. “Ja nie mam kłopotu z eskapizmem i uciekaniem w świat gier komputerowych, ja po prostu potrafię zadbać o siebie i odpocząć.” “Ja nie uciekam od swojej relacji, ja dbam o siebie i robię sobie przerwę.” “Ja nie obżeram się dla zajedzenia stresu, ja po prostu dbam o siebie.” Te i inne wymówki mogą być faktycznie możliwe. Tyle tylko, że osoby obawiające się popadnięcia w takie racjonalizacje są jednocześnie tymi, które są najmniej zagrożone tym, że to faktycznie wystąpi. Pozwolenie sobie na nieco troski o siebie jest dla nich bowiem czymś na tyle nowym, że będą na to cały czas zwracać uwagę, cały czas pilnować, czy to nie jest jednak aby “za dużo”.

    Wiem, że to truizm, ale umiar faktycznie jest tu po prostu dobrym kryterium. Nie ma też jednego konkretnego punktu “za dużo” dbania o siebie, tym bardziej, że u różnych osób może to być różnie rozłożone. Jedna osoba będzie preferowała codzienne drobne rzeczy. Druga będzie przechodziła między okresami intensywnej pracy i intensywnej troski o siebie. Obydwa modele są w porządku. Tak długo, jak zachowane są pewne proporcje, w skali miesiąca czy nawet kilku miesięcy, tak długo nie ma co się przejmować.

     

    Jeśli jednak faktycznie czujesz, że granica została przekroczona i w Twoim przypadku tego dbania o siebie jest już za dużo, możesz po prostu nieco je przyciąć i sprawdzić jak wtedy. Kluczem jest nie podchodzenie do tematu zero-jedynkowo, tylko patrzenie na niego jak na pewne kontinuum.

     

     

    Dbanie o siebie jako hasło reklamowe

    O ile powyżej opisane dbanie o siebie jest czymś bezdyskusyjnie wartościowym, o tyle jest tu też parę niefajnych aspektów. Przede wszystkim termin “dbaj o siebie” został zaadaptowany jako hasło reklamowe. Od reklam kosmetyków hasłami typu “jesteś tego warta”, przez reklamy kursów rozboju osobistego pod hasłem “inwestycji w siebie” i “dbania o siebie”… Termin “zadbaj o siebie” szybko zmienił się w “daj nam pieniądze”, lub wręcz “czuj się winny/a jeśli nie dasz nam swoich pieniędzy, bo to znaczy, że nie dbasz o siebie”. Cała branża wellness i wiele pokrewnych wyrosły właśnie wokół takiej monetyzacji “dbania o siebie”. Bardzo często jest tu sprzedawana cała tożsamość, niezależnie od tego na ile ma to jakikolwiek sens.

    Nie jest to oczywiście nowe zjawisko. Historycznie, przynajmniej odkąd osiedliśmy jako rolnicy i zaczęliśmy mocno różnicować swoje stany posiadania, różne rytuały dbania o siebie wyróżniały poszczególne grupy społeczne. Często dodawano do nich aspekt religijno-moralny, a troska związana z oczyszczaniem ciała była jednocześnie reprezentacją oczyszczania w sferze duchowej. Może co najwyżej nieco bawić to, jak poszczególne przejawy dbania o siebie zamieniały się miejscami w toku historii. Kiedyś np. dbaniem o siebie było jedzenie białego pieczywa, albo wysoce przetworzonych rzeczy. (Bo te były najdroższe). Dziś jest nim jedzenie pieczywa ciemnego i rzeczy jak najmniej przetworzonych. (Jako najbardziej naturalnych, a często też najdroższych przy okazji, bo szybciej się psują i odzwierciedla to ich cena…) Kiedyś dbaniem o siebie było unikanie słońca i opalenizny (bo to oznacza, że nie musisz pracować w skwarze), dziś to opalenizna oznacza, że stać Cię na tropikalne wakacje. Kiedyś otyłość była sygnałem majętności i dbania o siebie, dogadzania sobie jedzeniem, dziś oznacza, że nie stać Cię (czasowo i/lub finansowo) na siłownię, trenera, jakościowe jedzenie, itp. Teatr był kiedyś prymitywną rozrywką dla mas, dziś chodzenie do niego jest dbaniem o swoją kulturę… Przykłady można by mnożyć.

    O ile więc zwykłe dbanie o siebie jest czymś cennym i wartościowym, o tyle to reklamowe… To w najlepszym razie pompowanie ceny czegoś, co mogłoby być dużo bardziej przystępne, gdyby nie było reprezentowane jako dobro luksusowe. A w najgorszym po prostu przejaw bardzo niezdrowego klasizmu i bezsilnej pogoni za statusem.

     

    Dbanie o siebie, a uprzywilejowanie

    Powiedzmy sobie szczerze, koncepcja dbania o siebie ma silny element klasistowski. Pieniądze i wolny czas bardzo, bardzo ułatwiają zadbanie o siebie. A dodatkowo pieniądze są w dużej mierze wymienne na wolny czas, bo wiele czasochłonnych prac możesz scedować na innych, za odpowiednie pieniądze. (Z tego względu istotnym czynnikiem przy dbaniu o siebie jest także brak dzieci, zwiększający zarówno dysponowalny dochód, jak i czas, a więc zdecydowanie ułatwiający troskę o siebie.) W efekcie swobodne dyskusje o tym jak o siebie dbamy mogą być mało komfortowe dla ludzi w naszym otoczeniu, którzy też by tak chcieli zadbać, ale w odróżnieniu od nas nie dysponują do tego odpowiednimi zasobami. Bardzo łatwo np. myśleć o kimś, że nie dba o siebie kupując niezdrowe żarcie, ale zdrowe odżywianie jest generalnie dość kosztowne. Tanie kalorie są tanie, łatwo dostępne i zwykle niezdrowe. Zdrowe kalorie są drogie pod względem finansów, kosztów czasowych przygotowania lub obydwu na raz. Bywają też po prostu trudno dostępne (choć na szczęście w Polsce nie mamy z tym takiego problemu jak np. w USA, gdzie niektóre rejony to tzw. pustynie żywnościowe, miejsca gdzie nie sposób w promieniu kilkudziesięciu kilometrów dostać świeżych owoców i warzyw).

    Dbanie o siebie ma też silny element seksistowski. W naszej patriarchalnej kulturze to od kobiet oczekuje się poświęcania siebie dla innych i dbania o ich potrzeby kosztem własnych. Mężczyźni czują się dużo bardziej uprawnieni do stwierdzenia “ja ciężko pracuję, więc potrzebuję odpocząć”, niż kobiety, mimo, że obciążenie kobiet jest przeciętnie dużo większe. To kobieta jest raczej posądzana o bycie “wyrodną matką” niż mężczyzna o bycie “wyrodnym ojcem”. Z tego względu kobiety dużo rzadziej dbają o siebie, zwłaszcza w aspektach innych niż kosmetyczno-urodowe (które to aspekty są często postrzegane jako wtórne dbanie o partnera lub o całościowy wizerunek rodziny). Co ciekawe, choć majątek jest w tym wypadku ważniejszy od płci i może pozwolić na wynajęcie osób, które przejmą na siebie część ciężarów niewidzialnej pracy w formie komercyjnej, to nieproporcjonalnie dużo osób wykonujących takie prace to również kobiety. Mamy więc do czynienia nie tyle ze zniwelowaniem seksizmu w tym zakresie, co przesunięciem go w dół drabiny klasowej.

    Dbanie o siebie wymaga też wiedzy, której osoby nieuprzywilejowane często po prostu nie mają. Co więcej, brak wiedzy jest zwykle samonapędzającym się zjawiskiem. Jeśli nie masz wiedzy wskazującej, że dana kwestia jest ważna, możesz ją traktować jako fanaberię, wydziwianie lub formę podkreślania odrębności klasowej i statusu. Tego ostatniego możesz nie być w stanie do końca zwerbalizować, ale po prostu mieć poczucie, że to jakaś forma popisywania się. Co więcej, nie będziesz do końca w błędzie, tak jak mówiliśmy w kontekście dbania o siebie jako hasła reklamowego. “Od zawsze” rytuały troski o siebie miały też podtekst klasowy, niezależnie od tego, że były przy tym też po prostu dobre dla nas. Te czynniki mogą jednak sprawić, że osoby mniej uprzywilejowane po prostu machną ręką na całą tematykę dbania o siebie jako na fanaberię i nawet mając okazję rozwinąć swoją wiedzę w tym zakresie, wybiorą opcje z ich perspektywy bardziej racjonalne i uzasadnione. Np. jeśli całe życie znasz jeden rodzaj diety, to wszelkie hasła o zdrowym odżywianiu możesz uznać po prostu za fanaberie i nawet nie chcieć się nauczyć jak wprowadzić jakiekolwiek zmiany u siebie. W świetle tego argumenty typu “dbanie o siebie może być łatwe i tanie”, choć prawdziwe, ignorują kwestię progu wejścia w temat, który dla wielu osób będzie za wysoki.

     

    Nie piszę o znaczeniu uprzywilejowania w dbaniu o siebie by zawstydzać czy budzić poczucie winy osób uprzywilejowanych. Jeśli możesz o siebie zadbać i to robisz, to absolutnie nie ma w tym nic złego. Wspominam o tym raczej po to, by uwrażliwić na sytuację tych osób, które takiego uprzywilejowania nie mają. Bo bardzo łatwo przychodzi ocenianie ich jako nie dbających o siebie, nie potrafiących się ogarnąć, nie zainteresowanych swoim dobrem, leniwych czy głupich. Jasne, część osób nie będzie o siebie dbało po prostu dlatego, że nie chce, nie uważa tego za istotne, itp. Ale bardzo często takie osoby po prostu nie mogą tego zrobić, a rzucanie haseł typu “przecież to nie wymaga dużo czasu czy pieniędzy” jest po prostu ignorowaniem ich realiów życiowych. Nie namawiam do wstydu czy poczucia winy, ale namawiam do empatii czy wyrozumiałości w tym zakresie. O nie traktowaniu jako oczywistego i łatwo dostępnego czegoś, co wcale nie dla wszystkich będzie oczywiste czy łatwo dostępne. Oraz o nie uleganiu reklamom, które próbują wbić klasowy klin między osoby nabywające różne przejawy “troski o siebie” i te, których na to nie stać, przedstawiające korzystanie z takich towarów i usług jako oznakę przynależności do innej kategorii ludzi, niż ci, których na to nie stać.

     

    By być fair, jest też pewien czynnik związany z dbaniem o siebie, który negatywnie dotyka osoby uprzywilejowane. Takie osoby czują bowiem często psychologiczną presję by pracować więcej, starać się bardziej, lepiej oszczędzać, itp. byle tylko nie doświadczyć deklasacji, wypadnięcia ze swojego miejsca w hierarchii. Taki lęk jest zwykle bezpodstawny, ale potrafi być bardzo silny (poświęcimy mu oddzielny wpis). Dlatego też dla takich osób odkrycie, że jednak mogą o siebie zadbać może być ogromnym przeżyciem. Tym bardziej, że gdy się już na to zdecydują, to mają na to odpowiednie zasoby. Nic więc dziwnego, że często stają się prozelitami takiego podejścia, głosząc jego wartość, niekiedy wykazując przy tym głęboką nieumiejętność empatyzowania z innymi. Projektują bowiem na innych swoje ograniczenia psychologiczne (“Ja też sądziłem, że nie mogę sobie na to pozwolić, ale spróbowałem i powiem ci to była tak wielka zmiana!”), nie rozumiejąc, że u innych ograniczenia mogą być zupełnie innego typu. Dlatego, ponownie, warto to wykazać się empatią.

    Skoro dbamy już o siebie, to warto też zadbać o innych, prawda? :)

     


    Książka "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań". Unikatowy tom, wprowadzający Cię w te aspekty ludzkiej komunikacji, które z jakiegoś dziwnego powodu są w psychologii społecznej pewnym tabu. Cóż - ich zrozumienie jest tym bardziej cenne. 

    Dostępna w druku i jako e-book, tylko na MindStore.pl

     

    Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
    Następny wpis
    Poprzedni wpis