Dlaczego jestem feministą?

Jakiś czas temu, przy udostępnianiu kilku pro-feministycznych materiałów na facebooku, pojawił się spory opór ze strony niektórych moich znajomych (co charakterystyczne, niemal wyłącznie mężczyzn). Pomyślałem wtedy, że choć dość często poruszałem na blogu tematy feministyczne i równościowe, to brak tu jakiegoś większego, solidnego artykułu w temacie. Dlaczego mam takie podejście? Skąd się u mnie wzięło (o tym akurat nieco pisałem tutaj). Co to w ogóle znaczy? (Bo hasło jest często błędnie rozumiane.) Jak odnoszę się do typowych argumentów stawianych przeciwko feminizmowi?

Btw. jeśli chcesz zerknąć na rozmowy które skłoniły do napisania tego artykułu, znajdziesz je np. tutaj  czy tutaj.

O co w ogóle chodzi z feminizmem?

Mam znajomych, mówiących „jestem za równouprawnieniem, ale zdecydowanie nie za feminizmem”, „jestem feministą, ale nie feministą trzeciej fali”, albo „jestem za równouprawnieniem, ale uważam, że współczesne feministki przesadzają.” Idąc w drugą stronę, ilekroć pytam o to, jakie feminiści najczęściej napotykają kontargumenty, najczęściej padającym jest właśnie ten: ludzie po prostu nie rozumieją czym jest feminizm i mają na jego punkcie dziwne wyobrażenia.

Cóż, żeby się do tego odnieść, warto zacząć od tego, co było obiektem starań poszczególnych fal feminizmu. Wyjaśnienie tego może pomóc zrozumieć, że miażdżąca większość z nas jest w jakimś stopniu feministami i feministkami, pytanie tylko o skalę.


Feminizm szeroko rozumiany jest jako ruch walczący o prawa kobiet. W zależności od okresu obiekt jego skupienia był jednak złożony.

Feminizm pierwszej fali zaczął się w połowie XIX wieku, głównie w Wielkiej Brytanii i USA. Dążył on przede wszystkim do zapewnienia kobietom prawa głosu.  (Z mniej pozytywnych aspektów historii tej fali, trzeba wskazać, że w USA miała ona silne podłoże rasistowskie – „jak to, czarny mężczyzna może głosować, a biała kobieta nie?” było argumentem często stosowanym przez część ówczesnego ruchu. Takie trendy myślowe nie odgrywały natomiast roli w ruchu sufrażystek w Europie czy w koloniach Brytyjskich.) Fala ta w dużej mierze odniosła sukces w pierwszej ćwiartce XX wieku, choć tempo przyjmowania zmian było różne w zależności od kraju. Np. paradoksalnie „wolna-równa-braterska” Francja zbyt się chyba skupiła na „braterstwie”, bo prawo głosu kobiety uzyskały tam dopiero w 1944.

Jeśli więc uważasz, że kobiety powinny mieć prawo głosu, jesteś już feministą pierwszej fali.


Druga fala feminizmu pojawiła się po II wojnie światowej. W czasie wojny kobiety często pracowały zawodowo, przemysł aktywnie potrzebował rąk do pracy gdy duża część mężczyzn była na wojnie. Co więcej, ze względu na tę potrzebę zmniejszyły się ogromne nierówności płacowe między płciami, które dominowały przez większość XIX i pierwszą połowę XX wieku. Wiele kobiet odkryło wtedy, że spełnia się w pracy zawodowej. Niestety, wraz z powrotem żołnierzy do kraju ich możliwości pracy zarobkowej zostały drastycznie ograniczone. (Często w sposób prawny!) Doprowadziło to do powstania ruchu na rzecz równouprawnienia w dostępie do pracy. Choć w feminizmie drugiej fali pojawiały się bardziej radykalne nurty, jego głównym przekazem było po prostu „kobiety powinny mieć prawo iść do pracy i nie powinny być od tej pracy zarobkowej odcinane”.

Ta fala również osiągnęła w dużej mierze sukces. Kobiety w większości miejsc na świecie i w większości zawodów nie są, przynajmniej formalnie, powstrzymywane od podejmowania pracy zawodowej.

(Wspominając o dostępnie kobiet do pracy warto też wskazać, że ograniczenie zawodów dla kobiet było w dużej mierze sztucznie narzucane i historycznie nie było wcale standardem. Ba, nawet w okresach gdy było, bardzo często był to standard ochoczo luzowany tam, gdzie np. potrzeba było więcej siły roboczej. Wiele kolonii zamorskich zachęcało z dużym sukcesem tak kobiety do imigracji.)

Jeśli wiec uważasz, że kobiety powinny mieć prawo pracować zarobkowo (i nie być przy tym ograniczone do niewielkiego zakresu zawodów typu nauczycielka czy sekretarka), jesteś już feministą drugiej fali.


Feminizm trzeciej fali powstał w latach 90-tych ubiegłego wieku jako reakcja na porażki poprzednich fal. O ile bowiem główne ich hasła zostały zrealizowane, o tyle jakość tej realizacji pozostawiała bardzo dużo do życzenia. Jego głównym przekazem jest dążenie do równości szans i praw. Bo choć formalnie wiele praw zrównaliśmy, to w praktyce jakoś tak ten świat jest zorganizowany, że kobiety muszą starać się bardziej, by dostać to samo, co mężczyźni.

Np. chociaż kobiety mogą podejmować pracę zawodową, to wciąż w wielu branżach spotykają się z dyskryminacją. Dla przykładu, to samo CV na stanowisko menadżera laboratorium badawczego zostało podpisane męskim lub damskim imieniem i przedstawione 127 profesorom poszukującym takiego asystenta. Mimo że mowa była o dokładnie tym samym CV, to mężczyzna oceniony był jako dużo bardziej kompetentny i mający dużo większą szansę na zatrudnienie niż kobieta. Co więcej, takiemu fikcyjnemu kandydatowi proponowano dużo większą pensję startową oraz bardziej rozbudowane wsparcie mentorskie. Płeć profesorów nie wpływała przy tym na ocenę CV, uprzedzenia (prawdopodobnie całkowicie nieświadome) wykazywały zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Pamiętajmy, że cały czas mówimy tu o dokładnie tych samych obiektywnych kryteriach, jedyną różnicą była płeć – a mimo wszystko kobietę uznawano za dużo mniej kompetentną i oferowano jej dużo mniejsze pieniądze. (W nauce podobne efekty odnoszą się m.in. do finansowania grantów czy wielu innych kwestii, kobiety automatycznie startują tu z gorszej pozycji i muszą nadrabiać kompetencjami nawet kilkakrotnie, by uzyskać podobne traktowanie.)

Efekt ten jest tym silniejszy, im bardziej subiektywnie i kulturowo postrzega się daną dziedzinę jako „męską”. Wiemy, że może to ulec zmianie i to w dużej skali. Dla przykładu, choć dziś mamy stereotyp programowania jako męskiego zajęcia, ale pierwotnie było to postrzegane jako typowo kobieca praca. Dopiero na przełomie lat siedemdziesiątych programowanie i komputery uzyskały nową „stylówkę”, stały się bardziej prestiżową pracą – i zaczęli do niej garnąć mężczyźni, budując takie, a nie inne stereotypy. Co istotne, te efekty uprzedzeń jesteśmy w stanie niwelować konkretnymi mechanizmami, kluczem jest jednak świadomość tych mechanizmów i chęć przeciwdziałania im.


Ten rodzaj dyskryminacji jest, w dużym stopniu, efektem kulturowych uwarunkowań, o których genezie wspominałem w podsumowaniu świetnego „Marriage, a history”. Na przełomie XVIII i XIX wieku, wraz ze spadkiem znaczenia tradycyjnej monarchii (i powiązanego z nią modelu „mężczyzna królem we własnym domu”), zaczęto postulować odmienność płci. To, że w ogóle nie da się ich porównywać, tylko oceniać każde wedle własnych kryteriów. To wtedy zaczęły powstawać stereotypy, które dziś postrzegamy jako „tradycyjne” i „odwieczne”, ale które w rzeczywistości mają często mniej niż 200 lat historii (a niekiedy wręcz mniej niż kilkadziesiąt). Np. do tego czasu to kobiety częściej były postrzegane jako bardziej wyuzdana i pragnąca seksu płeć, wiodąca mężczyzn na pokuszenie, niż vice-versa. Dopiero XIX-wieczne źródła zaczęły postulować inną strukturę, „niewinnych, moralnych, wspierających kobiet” i „brutalnych, dzikich, racjonalnych mężczyzn”. Ten model nie tylko się przyjął w masowej wyobraźni, ale też w bardzo subtelny sposób skolonizował naszą przeszłość. Stało się to za sprawą rosnącej popularności kultury masowej, która obejmowała nie tylko współczesność, ale też przeszłość. Np. Victor Hugo pisząc „Dzwonnika z Notre Dame” przeniósł znaną sobie moralność i idee kilkaset lat wcześniej – i kolejne pokolenia czytając tę powieść już tak sobie wyobrażały przeszłość. Sprawa nabrała jeszcze tempa wraz z popularyzacją kina czy nowel groszowych/pulpowych. Osadzone w różnych okresach historycznych i tak opowiadały historie zrozumiałe i akceptowalne dla współczesnych twórców. (A w wielu wypadkach też dopasowane do wyjątkowo ostrych standardów różnych komisji moralnych!)


Co istotne, to o czym tu piszę wpływa nie tylko na kobiety. Te same standardy, tylko w odwrotny sposób, odnoszą się do mężczyzn i krzywdzą nas na równi z kobietami. Jest to jeden z powodów, dla którego uważam, że feminizm jest racjonalnym wyborem dla każdego faceta. Nie chodzi tu tylko o przyzwoitość i dążenie do równouprawnienia. Chodzi też po prostu o pozbycie się czegoś, co krzywdzi nas. Z czystego egoizmu warto, żebyśmy wspierali feminizm. Bo standardy tzw. toksycznej męskości są elementem tego samego zestawu idei, z którym walczy feminizm. Oczekiwanie od mężczyzn, że będą wypierali emocje, unikali bliskich relacji, milcząco i stoicko znosili każde cierpienie, jest drugą stroną medalu wobec postrzegania kobiet jako delikatnych, emocjonalnych, podległych i dbających o ognisko domowe. Odmawia każdej z płci dostępu do ogromnego zakresu naturalnych, ludzkich zachowań. Wszystko w imię absurdalnych i wyssanych z palca standardów sprzed kilkuset lat. Standardów, które pojawiły się, bo ktoś uznał, że „Wolność, równość, braterstwo spoko, ale z siostrzeństwem to już nie przesadzajmy. Może i wszyscy jesteśmy równi, ale ktoś musi być równiejszy!”


Tak więc nierówności wciąż pozostały. Feminizm trzeciej fali zajmuje się właśnie przeciwdziałaniem nierównościom, które wciąż są wpisane w system. Bo owszem, feministom pierwszej i drugiej fali udało się coś wywalczyć, ale wbrew wyobrażeniom niektórych, do równości jest naprawdę daleko.

Jest im daleko zarówno w zakresie pracy i braku uprzedzeń z nią związanych, jak i innych obszarów życia.

Równości brakuje w obowiązkach domowych – niezależnie od obciążenia pracą zawodową, kobiety przeciętnie wykonują dużo więcej obowiązków. (Dlaczego powinno nam zależeć na zmianie tego? Np. dlatego, że małżeństwa o bardziej egalitarnym podziale obowiązków i wpływów są szczęśliwsze krótko- i długoterminowo.)

Równości brakuje w kulturowej reprezentacji. Mali chłopcy dostają wiele wzorców zawodowych – naukowców, biznesmenów itp. Daje to im poczucie, że sami mogą tacy też być. Kobiety w podobnych rolach są na świeczniku dużo rzadziej, niezależnie od obiektywnych osiągnięć, co przekłada się na budowanie wzorców, których np. mężczyźni mogą być naukowcami, ale kobiety już nie. To wpływa na wybór przyszłych karier, z potencjalnie ogromną szkodą dla społeczeństwa. Np. kobiety mające ogromny potencjał w kierunku nauk ścisłych decydują się na karierę nauczycielską, a nie akademicką, bo przecież „nauka nie jest dla kobiet”.

Równości brakuje też w przestrzeni publicznej, zwłaszcza w zakresie wpływu i bezpieczeństwa. Ten sam pomysł wygłoszony przez mężczyznę jest odbierany jako bardziej jakościowy, niż gdy wygłasza go kobieta. Mężczyźni praktycznie nie muszą się obawiać, w odróżnieniu od kobiet. (Są bardziej narażeni na przemoc w ogóle, ale przyczyny tej przemocy są bezpośrednią konsekwencją modelu toksycznej męskości, dążenie do równości sprzyja więc również ograniczeniu tego problemu.)

Równości brakuje w końcu w prawie do dysponowania swoim ciałem i zdrowiem. Badania nad typowo kobiecymi chorobami dostają ułamek finansowania chorób typowo męskich. Kwestie swobody seksualnej, prawa do antykoncepcji i aborcji są rzeczami dysproporcjonalnie dotykającymi kobiet.

Feminizm trzeciej fali poświęca też dużo więcej uwagi kulturowym, automatycznym i dyskretnym przejawom uprzedzeń i nierówności. Nie są one tak popisowe, jak brak prawa głosu czy zakaz pracy. Jest ich jednak dużo, dużo więcej i po prostu się sumują. Dramatycznie szybko.


A, dla jasności – fakt, że kobiety potrzebują walczyć o równość, nie oznacza, że życie mężczyzn jest usłane różami. Pomijając nawet negatywne wpływy tych samych modeli społecznych, które szkodzą też kobietom, mężczyźni mogą jak najbardziej mieć liczne trudności. Po prostu gdyby byli w tej sytuacji kobietami, mieliby jeszcze gorszą pozycję i nawet nie są tego świadomi. To naturalna skłonność psychologiczna – porównujemy się raczej z ludźmi mającymi lepiej od nas, rzadko myślimy o tym, że w innej sytuacji mielibyśmy jeszcze gorzej. Częściej zwracamy uwagę na to, czego nam zabrakło. To o tyle istotne, że bardzo łatwo w tej sytuacji nie dostrzegać, że inni mają jeszcze gorzej (oraz, że poprawa ich sytuacji może nam co najwyżej pomóc).


Koniec końców – jeśli uważasz, że mężczyźni i kobiety powinni mieć równe szanse i prawa w życiu – już jesteś feministą trzeciej fali. Możesz jeszcze o tym nie wiedzieć – bo możesz nie mieć świadomości, jak wiele rzeczy jest do naprawy. M.in. po to powstał ten artykuł.


(Niekiedy wyróżnia się też feminizm czwartej fali – z hasłami takimi jak trzecia fala, ale realizowanymi masowo, w dużej mierze drogą elektroniczną. Jeśli tak uznać, to ten artykuł byłby przejawem feminizmu czwartej fali. Jeśli np. zmieniałeś na facebooku profil w ramach Czarnego Protestu – włączyłeś się w akcje feminizmu czwartej fali.)


Co to znaczy równość? Czy nie ma żadnych różnic?

Rozmowa o feminizmie często zaczyna się od rzucenia hasła typu „jak mamy być równi, skoro nie jesteśmy identyczni? przecież to ewidentne, że kobiety i mężczyźni się różnią!”

Cóż, po pierwsze równość dotyczy tu równości możliwości i szans. Lub przynajmniej jak najpełniejszego zbliżenia się do niej. To po prostu racjonalna opcja. Wyobraź sobie, że masz w firmie grupę pracowników. Połowie z nich umożliwiasz wybór takich stanowisk, które najbardziej pasowałyby do ich potencjału i kompetencji. Połowie drastycznie i odgórnie utrudniasz dostęp do pewnych stanowisk, a ułatwiasz do innych. Drugi układ będzie w naturalny sposób mniej wydajnie wykorzystywał potencjał Twoich pracowników. I to właśnie robimy obecnie z połową ludzkości. (A tak naprawdę, to z całą ludzkością, bo jak wspomnieliśmy, toksyczna męskość i jej standardy odcinają pewne możliwości również facetom!) To po prostu potwornie niewydajne.

W tej całej równości nie chodzi o to, że każdy musi być w stanie być tym kim zechce. Chodzi o to, by startowe szanse każdego były jak najbliższe. Bo to po prostu maksymalizuje szanse na dobranie najlepiej wykwalifikowanych osób do poszczególnych działań i stanowisk.


Ale skoro mówimy już o równości, to warto się też przyjrzeć kwestii różnic. Bo jak się okazuje, większość z nich jest tak naprawdę kulturowa. Innymi słowy, nie są one w nas wrodzone, tylko są czymś, do czego subtelnie dzieci wychowujemy. Nie musimy im mówić pewnych rzeczy wprost. Wystarczy, że w podręcznikach czy bajkach podajemy przykłady takich zachowań, a nie innych. W podobny sposób dzieci uczą się np. obrzydzenia do kanibalizmu, więc sama nauka kulturowa nie jest niczym złym – natomiast warto przyjrzeć się temu, jakie treści tam przekazujemy. Bowiem twarde (wrodzone) różnice między płciami, jakie możemy wskazać, są dość ograniczone…

  • Istnieją pewne choroby specyficzne do każdej z płci. Są też wady genetyczne, które mają efekt tylko u osób jednej z płci. Są też różnice w częstotliwości występowania zaburzeń psychologicznych, ale tu już mamy duże prawdopodobieństwo tego, że różnice te są pochodną kulturowych uwarunkowań.
  • Mężczyźni są, statystycznie rzecz biorąc, wyżsi i ciężsi.
  • Kobiety często postrzegane są jako bardziej uzdolnione językowo, ale jest to, jak się okazuje, bardziej kwestia testosteronu płodowego. Im go mniej, tym wcześniej dziecko rozwinie zdolności językowe. (Oddzielną ciekawą linią argumentacji jest wskazanie, że większość różnic płciowych „zrównuje się” po 24 roku życia, co sugerowałoby nie tyle „różnice w cechach”, co „różnice w punktach maksymalnej sprawności” – tak jak początkowe znaczne różnice w słownictwie związane z testosteronem płodowym ulegają znacznemu zniwelowaniu wraz z wiekiem.)
  • Przez długi czas wydawało się, że jest jedna faktycznie duża różnica poznawcza między mężczyznami i kobietami – zdolności przestrzenne. Niedawne badania pokazały jednak, że zachodzi tu podobny efekt, jak w większości rzekomych różnic płciowych. Efektem tym jest kulturowe warunkowanie – ponieważ obydwie płcie są mniej lub bardziej otwarcie uczone, że każda z nich jest w czymś „lepsza”, a w czymś innym „gorsza”, „wrastają” w te oczekiwania i zaczynają się zachowywać zgodnie z nimi. Efekt ten pięknie widać podczas testowania kobiet azjatyckiego pochodzenia. W kulturowym stereotypie Azjaci mają lepsze zdolności matematyczne, ale kobiety mają gorsze. Jeśli przed rozwiązaniem testu matematycznego przypomni im się o stereotypie Azjaty, uzyskują dużo lepsze wyniki, niż jeśli przed tym samym testem przypomni im się o stereotypie kobiety. Podobne efekty zaobserwowano dla każdego testowanego stereotypu płciowego, z jakim się spotkałem.

Osoby, które w tym miejscu chciałyby się powołać na kwestię psychologii ewolucyjnej, odsyłam albo do mojej krytyki tej działki, albo do świetnej krytyki w wykonaniu autora bloga Biokompost (polecam zwłaszcza dyskusje w komentarzach!).


Podsumowując – bardzo wiele wskazuje na to, że jakiekolwiek różnice mogące być między płciami, za wyjątkiem wzrostu, wagi i niektórych skłonności chorobowych, są znikome i nieistotne w realnej dyskusji (tzn. różnice między dwiema kobietami lub dwoma mężczyznami będą przeciętnie większe, niż różnice między kobietą i mężczyzną). Jednocześnie jednak, przez promowanie koncepcji takich różnic i wpisywanie ich w naszą kulturę, robimy coś bardzo, bardzo złego. Zarówno kobietom, jak i mężczyznom – bo przecież faceci też mają stereotypy np. na temat wrażliwości artystycznej, które też nam szkodzą! Niestety, ale ludzie w te stereotypy wierzą i się do nich dostosowują, co prowadzi już do realnych zmian zachowania. A w efekcie do realnych strat.

Tracimy potencjalnie błyskotliwe kobiety, mające ogromny potencjał – bo nie wierzą w jego realizację. Tego się nie da uzasadnić racjonalnie.

Więc dlaczego jestem feministą?

Jak pomyślę o sobie sprzed dziesięciu czy piętnastu lat, to daleko mi było do feminizmu. Miałem, w najlepszym razie, poglądy typowe dla przeciętnego faceta – czyli, że równouprawnienie tak, ale w zasadzie temat już zamknięty, wywalczone i po sprawie. Ba, poglądy te były tak naprawdę skrzywione w stronę bardziej szowinistyczną ze względu na lekturę materiałów z psychologii ewolucyjnej czy z zakresu uwodzenia. Choć nie zdarzyło mi się być na żadnym szkoleniu tego typu, to jak młody pelikan łykałem w tamtym czasie absolutnie wszystko co było „w modzie” w światku rozwoju, a PUA i podobne treści jak najbardziej popularne były. Przynajmniej jedno swoje zachowanie z tamtego okresu dziś postrzegam jako będące na krawędzi cyberstalkingu i mocno się za nie wstydzę, choć wtedy nie widziałem w nim nic złego.

Jeszcze z siedem-osiem lat temu, pisząc „Jak zbudować szczęśliwy związek?” chciałem tam zawrzeć dwa rozdziały oparte na psychologii ewolucyjnej. (Redakcja je wycięła jako nie pasujące do reszty książki i cieszę się, że to zrobili.)

Jak to się stało, że dziś deklaruję się jako feminista? Że punktuję większość poglądów, jakie wtedy miałem?


Cóż, na pewno, jak w wielu kwestiach istotne znaczenie miał mój sceptycyzm naukowy. Jeśli trafię na określone badania, mogę się opierać i marudzić, ale prędzej czy później zmienię zdanie pod ich wpływem. Nigdy to nie jest przyjemne. Mózg jest leniwy i opiera się zmianie. Ale tak jak w wielu obszarach gubię dyscyplinę, tak ten jest jednym z tych, w których jest ona żelazna. Im więcej badań znajdowałem, tym bardziej zaczynałem przyjmować postawę feministyczną. Nieco o tych badaniach jeszcze napiszę.

Ale przyznam, że jest też inna rzecz, która miała dla mnie znaczenie i którą pamiętam jako coś, co mnie chyba pierwszy raz ruszyło. Oczywiście, pamięć lubi płatać figle, a i ja ulegam pewnym narracjom, jak każdy człowiek. Mogę więc tworzyć opowieść i związek przyczynowo skutkowy z czymś, co nie miało związku… Tym niemniej, od lat czytam regularnie różne komiksy internetowe. Jednym z nich jest Sinfest, który przez lata coraz śmielej zamieszczał treści feministyczne. Komiks, który zwrócił moją uwagę, ukazał się dawno temu, na długo zanim Sinfest był tak bardzo feministyczny jak teraz, ale już wtedy coś mnie ruszyło. Był to odcinek poświęcony różnicom między męskim i damskim przygotowaniem do wyjścia na miasto, podkreślający kwestie bezpieczeństwa. Skłonił mnie do zatrzymania się i zastanowienia się nad tym, że nigdy w życiu nie zdarzyło mi się obawiać np. przemocy seksualnej i pilnować się w związku z jej ryzykiem. Skłonił mnie też do poszukania danych, które pokazały, że komiks bynajmniej nie wyolbrzymia i problem jest naprawdę spory. Dlatego jestem feministą. Ale to nie jedyny powód. Są też inne.


1. Jestem feministą, bo jestem sceptykiem naukowym. Badania pokazują, że dyskryminacja i inne problemy poruszane przez feminizm są realne.


2. Jestem feministą, bo jestem racjonalistą. Marnotrawienie potencjału kobiet w imię archaicznych fantazji jest dla mnie absurdem.


3. Jestem feministą, bo lubię o sobie myśleć jako o przyzwoitym człowieku. Akceptacja dla dyskryminacji połowy ludzkości jest dla mnie przejawem zupełnego braku przyzwoitości.


4. Jestem feministą, bo obecnie JEDNA PIĄTA kobiet w krajach pierwszego świata spotyka się w toku życia z napaścią seksualną, a połowa z molestowaniem. (Badania np. tutaj czy tutaj.) To trzeba zmienić.


5. Jestem feministą, bo znalazłem badania pokazujące, że niemal  co trzeci mężczyzna, jeśli nie nazwiemy gwałtu gwałtem, tylko bardziej opisowo (np. czy skłaniałeś kiedyś do stosunku kogoś przez unieruchomienie tej osoby?) stwierdziłby, że dokonałby gwałtu gdyby wiedział, że nie będzie to dla niego miało negatywnych konsekwencji. Co więcej, znalazłem badania, w których 6% mężczyzn otwarcie przyznaje się do dokonania gwałtu, często wielu gwałtów, tak długo jak nie pytamy bezpośrednio o gwałt, tylko pytamy opisowo – i żaden z nich nie miał z tego powodu nigdy problemów prawnych. To coś co trudno nawet skomentować, po prostu włos się jeży na głowie.


6. Jestem feministą, bo jako sceptyk naukowy mam alergię na podwójne standardy. Na to, że mężczyźni są ogierami, a kobiety są puszczalskie. Na to, że usprawiedliwia się gwałciciela, a obwinia ofiarę, ale już nie usprawiedliwia się mordercy i nie obwinia ofiar mordercy.


7. Jestem feministą ze względu na Jossa Whedona*. Bo wiele jego materiałów, takich jak Buffy czy Firefly, uwrażliwiło mnie na popkulturę z silnymi postaciami kobiecymi, pokazało, że takie fabuły mogą być ciekawsze i bardziej oryginalne, niż zużyte do cna klisze  o mężczyznach. A ja lubię swoją popkulturę i chcę, by była jak najciekawsza. (Dla jasności – dziś Whedona ogląda się już inaczej niż 20 lat temu. Wtedy to, co robił, było przełomowe, dziś zaczyna być w ogonie tego, jak powinno wyglądać promowanie feminizmu. Tym niemniej doceniam to, co zrobił i mam świadomość, że miało to na mnie wpływ.)

*Odnosząc się do kwestii jego małżeństwa i romansów, które miał, tak jak uważam je za zachowanie mocno nie fair, tak nie widzę w tym zachowaniu żadnego realnego odniesienia do kwestii feminizmu. Można być feministą/feministką i być niewiernym w małżeństwie. To źle świadczy o takiej osobie jako o człowieku – i Whedon dużo stracił w moich oczach w tym zakresie. Nie świadczy to jednak nijak o feminizmie tej osoby.


8. Jestem feministą, bo czas naprawdę mija i warto z jego upływem porzucić modele, które kiedyś funkcjonowały, ale które nie spełniają swojej roli.


9. Jestem feministą, bo jest dla mnie chore i absurdalne, że gdy mężczyźni mówią o „złym seksie”, mają na myśli nudny stosunek, gdy kobiety, chodzi im o cierpienie emocjonalne i fizyczny ból. Jak bardzo odległe muszą być nasze światy i doświadczenia, skoro nasze standardy aż tak się różnią? Dla porównania to tak, jakby dla jednej osoby „zły wieczór, 1/10” to „w knajpie było nudno, wypiłem dwa drinki i wróciłem do domu”, a dla drugiej 3/10 to „zostałem pobity i okradziony, ale przynajmniej nic mi trwale nie uszkodzili”.


10. Jestem feministą, bo potwornie dwulicowe jest dla mnie nazywanie tak samo zachowujących się mężczyzn i kobiet zupełnie inaczej. Mężczyźni są „asertywni”. Kobiety „roszczeniowe”. Mężczyźni „dominujący”, kobiety „krzykliwe”. Faceci „dzielą się wiedzą”, kobiety „wymądrzają się”. Absurd. Zachowanie jest zachowaniem. Płeć nie ma znaczenia. A przynajmniej nie powinna mieć i powinniśmy dążyć do świata, w którym nie ma.


11. Jestem feministą, bo jestem egoistą i myślę o swoich korzyściach. Świat, w którym połowa populacji jest prześladowana jest po prostu potwornie mało zdrowy dla wszystkich. Świat w którym kobiety są w złej sytuacji bardzo negatywnie wpływa też na mężczyzn. Chcę żyć w świecie lepszym dla mnie – i jedną z dróg do tego jest wspieranie praw kobiet.


12. Jestem feministą, bo mówienie o „nie byciu za feminizmem, tylko za równością” jest ignorowaniem ogromnego historycznego bagażu, który sprawia, że kobiety po prostu nie startują obecnie z równej pozycji. Gdy to się zmieni, gdy pozbędziemy się z kultury skojarzeń typu „kobiece to słabe i emocjonalne” – wtedy będę mógł być równościowcem. Do tego czasu będę feministą, bo to słowo dobrze podsumowuje obecne sedno problemu.


13. Jestem feministą, bo obecna kultura tworząca sztuczne płciowe podziały szkodzi zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Pod wieloma względami facetom szkodzi nawet bardziej – większa liczba samobójstw mężczyzn jest bezpośrednią pochodną tego, że socjalizuje się nas na wypierających emocje. Walcząc z toksyczną męskością, walcząc ze stereotypami na temat płci, feminizm pomaga wszystkim.


14. Jestem feministą, bo wiedząc to, co wiem, nie potrafiłbym sobie spojrzeć w oczy w lustrze, gdybym feministą nie był.


15. Jestem feministą, bo wciąż trzeba jeszcze ludziom tłumaczyć, dlaczego jestem feministą. Bo wciąż nie jest to tak oczywiste, jak „staram się być przyzwoitym człowiekiem.”


I mam nadzieję, że też zaczynasz dostrzegać sytuacje, w których jesteś feministą czy feministką. Że nie ma się tu czego wstydzić czy deklarować „jestem za równouprawnieniem, ale feminizm nie”. Bo feminizm skupia się właśnie na tym równouprawnieniu.

Ale czy ten feminizm to nie…

Jeśli zaczynałeś ten artykuł z wątpliwościami co do feminizmu… To prawdopodobnie w toku czytania pojawiło Ci się co najmniej kilka argumentów przeciw. To naturalne – większość tego, co myślimy, to przejaw tak zwanych mempleksów, zbiorów pojęć i wyobrażeń przyjmowanych łącznie, często bez namysłu. Po prostu wchłanianych w toku życia, często razem z innymi poglądami, na zakładkę. Dlatego pisząc ten artykuł chcę poruszyć nie tylko to, czym feminizm jest i dlaczego ja jestem feministą, ale też odnieść się do popularnych argumentów przeciw feminizmowi.


Ale równe prawa już są

Jednym z popularnych głosów sprzeciwu wobec feminizmu jest teza, że wszystko już załatwione. Kobiety mogą głosować, mogą pracować, o co im jeszcze chodzi?

Aha! Chcą przywilejów, tak? Nie równych praw, ale przywilejów!


To naprawdę nie o to chodzi. Kwestia tego, że społeczeństwo jest systemem, a każdy system obarczony jest ogromną bezwładnością. Jak jesteś pasażerem w autobusie i kierowca nagle zahamuje, lecisz do przodu, prawda? Niezależnie od tego, że autobus już nie jedzie, Ty jeszcze chwilę jedziesz sam.

I tak jest, w dużej mierze, z obecnym systemem społecznym.

Formalnie rzecz biorąc, jeśli zachowamy równe prawa i po prostu poczekamy jakieś 50 czy 100 lat, to tak, równouprawnienie mniej lub bardziej samo się ułoży. Bezwładność starych uwarunkowań wyhamuje i będzie po sprawie. Tylko czy naprawdę, biorąc pod uwagę poziom cierpienia i niewydajności, jakie wynikają z nierówności, chcemy tych 50 czy 100 lat czekać?

Bo jeśli nie, to potrzebujemy systemowych działań. Takiego odpowiednika pasów bezpieczeństwa w samochodzie, albo przynajmniej rączki w autobusie. Czegoś, co pomoże nam szybciej wyhamować i zmienić kierunek ruchu.

Ruch feministyczny walczy o takie właśnie zmiany. Obserwowane w wyizolowaniu od kontekstu historycznego, kilkupokoleniowych uwarunkowań itp. mogą się wydawać dążeniem do przywilejów. Jest tak, bo patrzymy na ten system jako na stojący autobus, zapominając, że tak naprawdę musimy analizować autobus będący w ruchu i siły w nim oddziałujące. Przy wzięciu tej drobnej korekty, nagle okazuje się, że większość rzekomych „przywilejów” jest tak naprawdę skrajnie delikatna, a do naprawdę solidnej zmiany potrzeba by dużo ostrzejszych praw. Zarzuty o oczekiwanie przywilejów są więc po prostu kwestią błędnego układu odniesienia.


Inna kwestia jest taka, że prawa nie do końca są równe. Np. prawa co do kontroli swojego ciała u mężczyzn i u kobiet są odmienne w wielu krajach. Ale nawet zakładając, że sednem są prawa wyborcze i prawa związane z zarabianiem i posiadaniem pieniędzy, kwestia bezwładności systemu wyjaśnia, dlaczego potrzebujemy bardziej proaktywnych zmian w prawie.


Co z prawami mężczyzn?

No dobrze, tyle piszemy o prawach kobiet, o równości, przeciwdziałaniu dyskryminacji. A co z mężczyznami? Czy my nie mamy praw, które są łamane? Czy nie warto o nas też zadbać?


Cóż, w tej kwestii pojawia się kilka wątków, które należałoby omówić.

1) Po pierwsze, często takie hasła o prawach mężczyzn pojawiają się jako forma pozornej równowagi i odwracania uwagi od sedna problemu. Chodzi o to, że gdy mówimy np. o dyskryminacji zawodowej kobiet i nagle pada hasło o tym, że no przecież mężczyźni też są dyskryminowani w niektórych zawodach, takich jak np. pielęgniarstwo, to rozmywa to cały problem i czyni go mniej realnym i intensywnym. Bardzo często jest to forma mechanizmu obronnego – jeśli w ten sposób „zamglę” problem, nie będę musieć o nim myśleć i np. zaakceptować tego, że żyję w niesprawiedliwym świecie. Albo że – jakkolwiek mogło mi być trudno w życiu – gdybym miał inną płeć, byłoby jeszcze trudniej.


2) Po drugie, w niektórych przypadkach (choćby ruch Inceli) mamy do czynienia ze zwykłym szowinizmem i pragnieniem powrotu do archaicznych modeli społecznych. Takie myślenie ignoruje często fakt, że w ramach tych modeli postulujący wcale nie byliby w silnej pozycji, bo to nie oni trafiliby na szczyt hierarchii – ale pocieszające jest dla nich, że ktoś byłby pod nimi. Modele te są toksyczne i nie ma sensu się nimi zajmować, a osoby je głoszące powinny być po prostu wykluczane z debaty publicznej. Jednocześnie jednak należy dbać o to, by nie pomylić ich z trzecią kategorią. Ponieważ…


3) Po trzecie, w niektórych przypadkach mowa tutaj o ruchach poruszających realne, prawdziwe problemy. Ich skala może być różna, to prawda. Jednak wielokrotnie pisałem, że odmawianie komuś prawa do zaangażowania się w ruch na rzecz jakiejś sprawy, którą sami uważamy za nieistotną, jest złe. Każdą formę aktywności sprzyjającą usprawnieniu świata należy wspierać! Nawet jeśli z naszej perspektywy ktoś zajmuje się czymś mało istotnym. Przynajmniej się zajmuje, co już jest w dzisiejszym świecie dużym osiągnięciem. (To jeden z powodów dla którego mam alergię na określenie SJW. To chamska technika retoryczna, służąca nadaniu negatywnej etykiety komuś, komu zależy na czymś na tyle, żeby się w dany temat zaangażować.)

Co jednak jeszcze bardziej istotne – miażdżąca większość problemów, którymi zajmują się takie uzasadnione ruchy mężczyzn… to problemy, którymi zajmuje się również feminizm. To, czego przedstawiciele wielu takich ruchów nie widzą, to że w rzeczywistości grają do jednej bramki z feminizmem. A ponieważ tego nie widzą, często wchodzą sobie w paradę zamiast wspierać. Daje to też wyjątkową okazję, by spróbować do takich osób dotrzeć i spróbować coś z tym zrobić.


Żeby nie być gołosłownym, weźmy na warsztat kilka przykładów tematów, którymi zajmują się takie ruchy:

  • Nierównomierne przyznawanie opieki nad dziećmi. Choć akurat w Polsce bardzo niewielu mężczyzn dąży do przyznania im opieki nad dziećmi, mamy też ogromny problem z niepłaceniem alimentów przez ojców, to jednak można wskazać pewne uprzedzenia sądów rodzinnych w sprawach, w których obydwoje rodziców walczy o prawo do opieki. Tyle tylko, że to bezpośrednia konsekwencja stereotypów płciowych, tych samych, z którymi walczy feminizm. Sądy przyznają częściej opiekę matce, bo stereotypowo to matka jest postrzegana jako ten „bardziej prawowity” rodzic. Gdy pozbędziemy się stereotypu, znikną uprzedzenia sądów!
  • Nie poruszanie i bagatelizowanie kwestii gwałtów na mężczyznach czy przemocy domowej wobec mężczyzn. Choć w obydwu przypadkach procent ofiar mężczyzn jest dużo niższy, choć zdecydowanie częściej przemoc domowa kobiet jest w samoobronie, a przemoc wobec mężczyzn inicjują inni mężczyźni, to nie da się zaprzeczyć, że problem przemocy wobec mężczyzn ze strony kobiet też jest. Tyle tylko, że wszystkie działania promowane przez ruchy feministyczne działają tutaj na rzecz mężczyzn! Walka ze stereotypami płciowymi służy temu, by mężczyznom łatwiej było się przyznawać do bycia ofiarami przemocy i ich zeznania były traktowane poważnie. Wszelkie ustawowe mechanizmy ochrony przed przemocą domową nie wyróżniają kobiet, więc im są silniejsze, tym silniejsza też ochrona mężczyzn (a im słabsze, tym bardziej mężczyźni też będą tu ofiarami).
  • Wspomniane ograniczenia meżczyzn w dostępie do pewnych zawodów są drugą stroną medalu związanego ze stereotypizacją zawodów. Znów wspólna działka do pracy z organizacjami feministycznymi.
  • Większa częstotliwość niektórych problemów psychologicznych, prób samobójczych itp. u mężczyzn jest bezpośrednią pochodną kultury toksycznej męskości, w której mężczyźnie nie wolno okazywać słabości, mówić o emocjach, szukać wsparcia emocjonalnego itp. Kultura ta jest kolejną rzeczą, z którą feminizm walczy.


Podsumowując, racjonalnie działające organizacje walczące o prawa mężczyzn traktowałyby organizacje feministyczne jako najbliższych sojuszników. Zdawałyby sobie bowiem sprawę, że przeciwnikiem nie są tutaj kobiety, że to nie jest gra o sumie zerowej, w której więcej praw dla kobiet oznacza z automatu mniej praw dla mężczyzn. Przeciwnie – to gra o sumie dodatniej, gdzie wszyscy zyskują.

Niestety, w dostrzeżeniu tego przedstawicielom takich organizacji przeszkadzają dwie główne kwestie. Pierwszą jest wspomniana już socjalizacja mężczyzn, która bardzo często przedstawia świat i relacje właśnie jako grę o sumie zerowej. Zrozumienie, że tak nie jest ,byłoby pierwszym krokiem do realnej współpracy.

Druga, potencjalnie trudniejsza kwestia, to proces, który automatycznie zachodzi ilekroć strona uprzywilejowana jest pozbawiana jakichś przywilejów, do których jest przyzwyczajona. Bo powiedzmy sobie szczerze – choć ogólnie przyjęcie modelu feministycznego jest grą o sumie dodatniej dla obydwu płci, choć obydwie płcie bardzo na tym zyskają, to jednak w wypadku mężczyzn będzie to oznaczało pewne zmiany. Także w zakresie rzeczy, do których się już mogliśmy przyzwyczaić i traktować je jako oczywiste i należne. A to będzie budziło opór. W końcu lepszy wróbel w garści (przywilej który mam tu i teraz), niż kanarek na dachu (dużo większy przywilej, który uzyskam dzięki wprowadzonym zmianom za jakiś czas). Psychologicznie ta reguła jest niestety dość silna, dlatego jej pokonanie będzie wymagało wysiłku. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej niektóre organizacje walczące o prawa mężczyzn na ten wysiłek się zdobędą.


Ale parytety? Czy to nie będzie promowało miernoty?

Parytety, czyli odgórne wymogi by np. połowa rekrutowanych programistów była kobietami, to dla wielu osób bardzo kontrowersyjne rozwiązanie. Głównym argumentem jest tutaj obawa przed tym, że parytety będą sprzyjały promocji mniej kompetentnych osób zamiast bardziej kompetentnych, ale nie spełniających wymogów. Czy jest to obawa słuszna?

W najgorszym możliwym przypadku – krótkoterminowo tak, z długoterminowymi zyskami znacznie to przewyższającymi.

W bardziej realistycznym przypadku – nie, a długoterminowe zyski będą kolosalne.

Dość świeży raport agencji konsultingowej McKinsey (fakt, to nie raport badawczy, jeśli ktoś podrzuci w temacie badania, będę wdzięczny) mówi, że zwiększenie równości kobiet to potencjalne dodatkowych 12 bilionów dolarów rocznie (11%) w światowej gospodarce do 2025r. (tu omówienie luźniejsze). Wersja skrajnie optymistyczna pełnego równouprawnienia (w tym tempie nierealna) to wzrost o 28 bilionów rocznie, czyli 26% światowej gospodarki. Jedna czwarta światowej gospodarki.

Dlaczego parytety miałyby mieć taki efekt?


Przypomnijmy wspomniane na samym początku badania na temat dyskryminacji w rekrutacji. Wynika z nich bezpośrednio, że mniej kompetentni mężczyźni będą wybierani częściej, niż bardziej kompetentne kobiety. (Są pewne badania sugerujące, że efekt ten zanika na poziomie najwyższych kompetencji, ale z rozkładu kompetencji w społeczeństwie wynika, że istotniejsze dla gospodarki będzie jednak to, co zachodzi przy niskich i średnich kompetencjach.) Brak parytetów obecnie jest więc akceptacją promowania miernoty. Wymuszenie parytetów w dużej mierze pozwoli po prostu na zniwelowanie tego efektu.

Co jednak równie istotne, parytety nie są ani nie muszą być na zawsze. Realnie w większości dziedzin potrzeba by je utrzymać przez góra kilkanaście lat do uzyskania pożądanego efektu. Celem jest tu przede wszystkim zmiana „domyślnego” obrazu danej profesji. Tego, że gdy wyobrażając sobie np. kogoś kto prowadzi badania z zakresu fizyki, domyślnie wyobrażamy sobie mężczyznę, a wyobrażając sobie kogoś, kto pracuje w przedszkolu, domyślnie wyobrażamy sobie kobietę. Chodzi właśnie o zmianę takiej domyślnej reprezentacji, o zbudowanie w głowach kolejnego pokolenia przeświadczenia, że płeć nie definiuje danego zawodu. Gdy to zrobimy, potrzeba parytetów zniknie.

A że do tej równości warto dążyć, cóż, mam nadzieję, że zarówno argumenty ekonomiczne, jak i zwykła przyzwoitość wyjaśniają czemu.


Tylko kobiety rodzą dzieci i tego nie zmienisz

Tak, tylko kobiety rodzą dzieci. Tylko co konkretnie z tego faktu ma wynikać? Bo już choćby podział ról wokół dzieci bynajmniej nie jest standardowy, tylko w 100% zależy od kultury. Są np. takie, w których dziecko ma jedną matkę i kilku wychowujących je ojców (bo każdy mężczyzna, który uprawiał seks z tą kobietą w czasie jej ciąży staje się automatycznie ojcem tego dziecka). Jest wiele takich – i to wydaje się być najbardziej pierwotny model u ludzi – gdzie dzieci są wychowywane przez całe plemię, zarówno mężczyzn jak i kobiety.

Tylko mężczyźni chorują na raka prostaty. Prawdopodobieństwa tego, że mężczyzna w toku życia zachoruje na raka prostaty (jeśli nic go wcześniej nie zabije) jest obecnie równe lub nawet większe, niż prawdopodobieństwo tego, że kobieta zostanie matką. Co z tego?

Ba, są przecież kobiety bezpłodne. Co w związku z tym?

Z danej fizjologicznej różnicy nic jeszcze nie wynika. Kluczowe jest to, jak my jako społeczeństwo do niej podejdziemy. To co postrzegamy jako „tradycyjne” podejście bynajmniej tradycyjne nie jest. To bajka licząca mniej niż dwieście lat. Nasz gatunek liczy sobie około 315 tysięcy lat.

I proszę, nie rzucajmy argumentów o naturze – przynajmniej nie do czasu, gdy nie będziesz się podcierać liśćmi i trawą, zamiast papierem toaletowym. A i nawet wtedy nie, bo jakoś musisz czytać ten artykuł. Natura ani pisma, ani czytania, ani tym bardziej komputerów i telefonów nie stworzyła. To wszystko efekt kultury. Która jest zmienna i modyfikowalna. Wybierajmy więc z niej to, co korzystne dla wszystkich.


Ale feministki przesadzają i nienawidzą mężczyzn!

Cóż, niektóre pewnie tak. Wiesz kiedy byłem młodszy, pracowałem w redukcji szkód od narkotyków. Wśród różnych organizacji, z którymi współpracowaliśmy była organizacja walcząca o prawa osób biorących. Żeby np. jak ktoś w pracy jest trzeźwy, a wyjdzie na jaw, że ćpa w weekendy, to go za to nie zwalniali. Sprawa słuszna, ale ludzie w tej organizacji… Bardzo ich nie lubiliśmy. Byli potwornie roszczeniowi i konfliktowi. Co im się nie zrobiło, było źle.

Tylko wiesz co? Mogliśmy ich nie lubić, ale ich rozumieliśmy. Bo to byli ludzie przyzwyczajeni do tego, że przez całe życie muszą walczyć. To warunkuje określoną postawę i określony sposób sortowania rzeczywistości.


Myślę, że część feministek, zwłaszcza tych, które wywołują tak negatywne reakcje, przeszło podobną ścieżkę. Albo i gorszą, bo, niestety, skala agresji wobec kobiet głoszących poglądy feministyczne jest generalnie dużo większa, niż skala agresji wobec mężczyzn głoszących takie poglądy. Przez lata pisania tekstów pro-feministycznych może z raz trafiłem na jakiegoś debila, który chciał dowieść tego, jak jest dorosły, przez wyzwanie mnie na solówkę. Byłem obrażany i atakowany, ale poza tą sytuacją nigdy nie zdarzył mi się nawet cień groźby agresji fizycznej. Ba, dużo bardziej jechali po mnie choćby MLMiarze czy zwolennicy AA, niż szowiniści. Tymczasem kobiety głoszące hasła feministyczne spotykają się z takimi atakami, groźbami agresji czy gwałtu regularnie. Jasne, miażdżąca większość tego to kretyni klawiatury… Ale zawsze może się wśród nich zdarzyć ktoś bardziej niezrównoważony. Takie coś będzie miało wpływ.


Oczywiście jest też pewnie tak, że niektóre osoby w takim ruchu będą po prostu niezrównoważone. Tyle że to nie jest specyfika ruchu feministycznego, a statystyka dotycząca każdego dostatecznie dużego ruchu. A każdej partii znajdziesz idiotów i świrów. W każdej większej organizacji. Myślę nad książką o sceptycyzmie naukowym, która punktowałaby świrostwo i szujstwo w naszym kręgu.

Więc tak, będą pewnie feministki, z którymi nie chciałbym sam mieć nic wspólnego. Ale też jest wielu sceptyków, z którymi bym nie chciał mieć nic wspólnego, często z wzajemnością. Nie przeszkadza mi to w byciu sceptykiem, więc byłoby podwójnym standardem, gdyby mi przeszkadzało być feministą.

W każdym ruchu znajdziemy świrów i idiotów. Pytanie brzmi, czy centralna wiadomość ruchu jest czymś, pod czym chcielibyśmy się podpisać, czy nie. W przypadku feminizmu zdecydowanie tak jest.

A swoją drogą – im więcej „normalnych” ludzi dołączy do ruchu, tym bardziej zmarginalizowane staną się te dziwne i szurnięte osoby. Win-win.


Feminizm przesadza, nie da się nic normalnie powiedzieć, bo zaraz jest afera, że dyskryminacja

Kilka lat temu na jednym – mocno progresywnym – fanpage’u sceptycznym wdałem się w dyskusję na jakiś temat. Było coś o szkoleniach i rzuciłem przykładem ze swojego doświadczenia, pisząc coś w stylu „szkoliłem w temacie nawet urzędniczki z urzędu miasta i skutecznie to wdrożyły”. Intencją mojej wypowiedzi było odniesienie się do stereotypu urzędnika, płeć była tu tylko przejawem mojej typowej szczegółowości – faktycznie akurat tamta grupa była w 100% kobieca, więc użyłem terminu „urzędniczki”. Nie przyszło mi nawet do głowy, że może to sugerować, że urzędniczki są w jakiś sposób mniej kompetentne czy trudniejsze w nauczaniu niż urzędnicy. A jednak tak zostało to zinterpretowane i musiałem się nieco wtedy tłumaczyć. (Fakt, że startowałem jako trener/coach w środowisku alergicznym na coaching nie pomagał mojej sprawie.)

Łatwo mógłbym się w tamtej sytuacji obruszyć i stwierdzić, że wszystkim odbiło i się czepiają. Tyle że znów tu pomaga perspektywa. Sam wiem, jak często w pierwszej kolejności interpretuje jako szurstwo coś, co ktoś niewinnie napisał – bo mam tak wiele kontaktu z szurami w branży rozwojowej. Musiałem dopiero, sporą dyscypliną, wyrobić sobie nawyk sprawdzania i weryfikacji, zanim zareaguję odruchową alergią na takie wypowiedzi. A szurów jest jednak mniej, niż ludzi mających i podtrzymujących negatywne stereotypy na temat kobiet, ich inteligencji czy kompetencji. „Baba za kierownicą.” „To męski zawód, wymaga kompetencji ścisłych.” „Kobieta programistka jest jak świnka morska, ani świnka, ani morska.” Przykłady, niestety, można mnożyć. Czy naprawdę należy się dziwić, że niektóre osoby będą uwarunkowane na tyle, by w pierwszej kolejności interpretować wieloznaczny przekaz jako atakujący kobiety?


Ale co równie ważne, nawet jeśli Ty nie masz takich intencji – czy jesteś pewien, że inni dobrze odczytają Twój przekaz? W końcu, jeśli ktoś faktycznie ma takie uprzedzenia wobec kobiet, to w pierwszej kolejności odbierze Twój przekaz zgodnie z nimi. I niby nic, w końcu i tak takie uprzedzenia miał, prawda? No cóż, nie do końca. Następuje bowiem normalizacja i pasywne wzmacnianie takiego poglądu. Skoro (wydaje mi się) słyszę, jak ktoś otwarcie głosi pogląd, jakoby kobiety były mniej kompetentne, to moje utrzymywanie takiego poglądu zyskuje społeczny dowód słuszności. Ba, czuje się bardziej ośmielony by wprost samemu mówić o takim poglądzie u siebie, tym samym wpływając w podobny sposób na innych. To, co kiedyś było przejawem prymitywizmu czy uprzedzeń, może w efekcie w krótkim czasie stać się postrzegane jako norma… A jako norma staje się bardziej psychologicznie dostępne dla kolejnych osób, które inaczej nigdy by tak nie pomyślały.

Więc owszem, moje intencje w kontekście wypowiedzi szkoleniowej mogły być absolutnie krystaliczne. Tym niemniej moja wypowiedź w tej sytuacji i tak mogła być szkodliwa. Jeśli chcę być odpowiedzialnym człowiekiem, potrzebuję patrzeć perspektywicznie i lepiej konstruować swoje wypowiedzi w miejscach publicznych (a takim miejscem jest każde forum internetowe). Inaczej ryzykuję, że wywołam nieoczekiwane, poważne szkody.


Co innego w przestrzeni prywatnej, gdzie ludzie mają dużo większą świadomość kontekstu, znają Cię dużo lepiej i na przykład wiedzą, że dana wypowiedź była żartem albo interpretują ją zgodnie z tym, co o Tobie wiedzą. Dla przykładu, w mojej grupie planszówkowej – poglądy od liberalnych do bardzo liberalnych – gramy regularnie w karty dżentelmenów, grę z typowo studenckim humorem. I np. wiemy, żeby jednemu z graczy zagrywać karty żartujące z równouprawnienia (a innemu np. fekalne, jeszcze innemu abstrakcyjne). Tylko znamy siebie i znamy kontekst w jakim to mówimy. W takiej formie nie następuje proces normalizacji i utrwalania, bo wszytko jest zamknięte w ramach rytuału – gry.

Niestety duży problem współczesnego świata jest taki, że Internet zaciera granicę między przestrzenią prywatną i publiczną. W końcu siedzę sobie w domu na kanapie i stukam w klawiaturę. To prywatne. A że moje słowa czyta kilkadziesiąt tysięcy ludzi i jest to publiczne? O tym łatwo zapomnieć. I ludzie zapominają, i odbierają zwracane im uwagi jako osobisty atak, gdy naprawdę to nie o to chodzi. Tylko o perspektywę konsekwencji naszych słów.

Serio, suszę o to głowę rozwojowcom niemal od początku bloga. Jakim byłbym hipokrytą, gdybym oburzał się, gdy ktoś mnie na to zwróci uwagę?


Cała ta kultura gwałtu to próba wywołania u mężczyzn poczucia winy

Część mężczyzn reaguje bardzo alergicznie na posty i materiały na temat kultury gwałtu. Odbierają je jako sugestie, że mężczyźni są chamscy, albo próbę wywołania u mężczyzn poczucia winy.

Cóż, przypomnijmy – 30% facetów dopuszcza gwałt, gdy nie nazwiemy go gwałtem. Coś więc obiektywnie jest na rzeczy.

Natomiast myślę, że głównym problemem jest tu co innego. My, faceci, za bardzo przywykliśmy do tego, że wszystko nas dotyczy. To nieco pochodna tego, że kulturowo jesteśmy uczeni dominacji. Niestety, zachowania dominujące sprzyjają ograniczeniu empatii, co wychodzi w licznych badaniach. Do tego masa dzieł kultury bezpośrednio nas uczy, że to mężczyzna jest bohaterem, a jeśli kobiety nawet o czymś mówią, to mówią o mężczyźnie. (Tu pojawia się słynny „Test Bechdel” odnośnie filmów – czy na ekranie występują na raz co najmniej dwie nazwane kobiety i rozmawiają o czymś innym niż tylko o mężczyznach?)

W efekcie uczymy się myśleć, że jeśli jest jakaś sprawa, to dotyczy ona nas. Komunikacyjnie, sięgając po model „czterech uszu von Thuna” jesteśmy też uczeni by traktować większość komunikatów jako apel – „zrób coś!”

Więc wiele materiałów n.t. kultury gwałtu, które pisane są z perspektywy ujawniania siebie „ja się nie czuję bezpieczna”, odbierane są jako przekaz o mężczyznach i do mężczyzn.

A to serio nie o to chodzi. To nie są materiały o facetach. To materiały o kobietach. To nie my jesteśmy tu bohaterami, tylko one.

Więc zamiast próbować coś zrobić, może warto po prostu zacząć słuchać?


Feminizm chce po prostu ocenzurować seksualność

Wielu (zwłaszcza) mężczyzn reaguje silnym oporem na feministyczną krytykę seksualizacji kobiet w mediach, reklamie czy popkulturze. Jest to odbierane jako swego rodzaju atak – w końcu co złego w tym, że faceci chcą sobie popatrzeć na półnagą kobietę ganiającą po jaskiniach czy wojowniczkę w pancernym bikini?

Jest to przykład niezrozumienia sedna tej krytyki. Krytykowana nie jest nagość sama w sobie. Nie ona jest problemem. Problemem jest kilka konkretnych przekazów, które przemycane są obok tej nagości:

a) Główną (a często jedyną) cechą kobiety jest jej seksualność. Mężczyźni mają pasje, umiejętności, mają swoje życia. Kobiety mają ładnie wyglądać i być tłem dla mężczyzn. (Tu przykładem może być np. kampania reklamowa gry Hitman Blood Money, skądinąd całkiem dobrej. Mamy tu cztery ofiary – dwójkę mężczyzn, dwójkę kobiet. Mężczyźni ubrani są w stroje służbowe, w pełni odziani, ustawieni w kontekstach swoich zawodów, ich pozycje nie są w żaden sposób kojarzone z seksem. Kobiety są roznegliżowane, upozowane w sposób kojarzący się z seksualnością, nie mamy też nawet cienia sugestii tego kim są, jakie były ich zawody, kompetencje, itp.) To warunkuje w taki sam sposób, w jaki warunkowało wspomniane sugerowanie kobietom, że ich zdolności matematyczne są gorsze.

b) Ponieważ główną cechą kobiety jest jej seksualność, musi się ubierać w sposób podkreślający jej seksualność, zamiast zapewniać jej wygodę. Nathan Drake może się ubierać w sposób pasujący do poszukiwania przygód w zapomnianych ruinach. Lara Croft musiała pokazywać nogi. (Nieco zostało to skorygowane w nowej serii gier, aczkolwiek Lara wciąż odsłania dużo więcej ciała niż Nathan.) Mężczyźni-rycerze chodzą w zbroi zasłaniającej całe ciało. Kobiety często dostają wspomniane pancerne bikini, które w magiczny sposób ochrania całą resztę ich ciała. Pozornie to nic, ale w praktyce utrwala i normalizuje pewne skojarzenia i interpretacje. Uczy mężczyzn oczekiwać, że kobiety będą stawiały na demonstrowanie swojej seksualności kosztem swojej wygody, uczy kobiety, że powinny tak robić i jest to od nich oczekiwane. Dobrym przykładem parodii tego nurtu jest tzw. Hawkeye Initiative, akcja rysowania Hawkeye z Avengersów w pozycjach typowo przyjmowanych przez kobiece postacie w komiksach.

c) Bardzo często takie seksualizowanie kobiet uczy też mężczyzn, że seks jest czymś, co im się należy i jest nagrodą za ich starania. Buduje to roszczeniową postawę wobec kobiet i ich zgody na seks. Zaczyna być ona interpretowana nie jako wybór wolnej jednostki, a jako coś, co należy „odblokować” przez odpowiednie działania.

d) Co jest o tyle problematyczne, że seksualizacja kobiet bardzo często jest łączona z przemocą. Widać to choćby na przytoczonych wcześniej reklamach Hitman’a. Jest to też (zapewne niezamierzoną) konsekwencją choćby wspomnianych „pancernych bikini”. O ile mężczyźni są przedstawiani bez podkreślania ich cech płciowych (więc jak są zabijani, w filmach czy grach, to generuje to ogólne skojarzenie pt. przemoc wobec ludzi), o tyle kobiety są często przedstawiane w sposób mocno seksualizowany, z podkreśleniem ich cech płciowych. To tworzy, na poziomie czysto behawioralnego warunkowania, skojarzenie między seksem i przemocą, oraz między kobietami i przemocą.

Nie oznacza to, dla jasności, że grający np. w Bayonettę staną się teraz wszyscy gwałcicielami, ani podobnych „śliskich zbocz” i „argumentów do absurdu”. Oznacza to natomiast, że osoby tak warunkowane, zwłaszcza jak nie podejmą świadomej próby równoważenia takich wpływów, będą nieco bardziej skore do przemocy wobec kobiet. Nieco bardziej skore do usprawiedliwienia takiej przemocy. Nieco bardziej skore do uznania za zgodę seksualną czegoś, co zgodą nie jest, albo zbudowania sytuacji niebezpośredniej groźby. To nie są duże rzeczy czy duże wpływy. W życiu pewnie 95, może nawet 99 na każdych 100 mężczyzn wystawionych na takie wpływy nie wywoła to żadnych istotnych różnic.

Ale na świecie jest trzy i pół miliarda mężczyzn. I większość z nich jest wystawiona na takie wpływy. Albo nawet nie patrzmy na świat, tylko na Polskę. Osiemnaście milionów mężczyzn, powiedzmy 80% wystawionych na takie wpływy w popularnej kulturze (bardzo skromne oszacowanie, ale wystarczy nam do wyliczeń). To wciąż 144 tysiące mężczyzn, u których ten wpływ będzie. Którzy pod jego wpływem może dokonają aktu przemocy, gwałtu, itp. Może raz, może wiele razy. Albo może sami nie dokonają, ale po prostu usprawiedliwią. Powiedzą ofierze, że sama zasłużyła. Że to nic wielkiego. Skłonią do milczenia.

Dlatego właśnie feminizm walczy z seksualizacją kobiet. Nie z seksualnością, a z seksualizacją.

To kluczowa różnica.

Paradoksalnie bowiem, im mniejsza seksualizacja kobiet, im mniejsza skłonność do traktowania kobiet jako obiektów seksualnych, tym łatwiej jest kobietom cieszyć się swoją seksualnością. Kto by pomyślał – jak zaczniemy traktować kobiety jak ludzi, to okazuje się, że mają ludzkie potrzeby, między innymi seksualne!

Jeśli komuś trudno to zrozumieć, może warto pomyśleć o tym w ten sposób – praktycznie nikt nie lubi, jak mu się coś sprzedaje i wciska. Ale większość ludzi lubi kupować. Sam przy pisaniu tego artykułu kupiłem kilka t-shirtów – bo chciałem je kupić, a nie bo ktoś mi je sprzedawał! No i cóż, mówiąc wprost, z seksem jest podobnie. Nikt nie lubi gdy mu się narzuca pewne rzeczy. Ale większość ludzi lubi seks, jeśli mogą przy jego okazji czuć się dobrze, bezpiecznie i mieć poczucie sprawczości i wyboru.

Pokazuje to zresztą szereg badań. Np. to, w którym większość kobiet jest niechętna przygodnemu seksowi z mężczyzną, gdyż po prostu nie daje im on obietnicy wystarczająco dobrego stosunku i powoduje zagrożenie poczucia bezpieczeństwa. Badane biseksualne kobiety nie mają takich oporów przed przygodnym seksem z inną kobietą, ale z mężczyzną już tak, co sugeruje, że problem leży ewidentnie na linii M/K. (Badanie może być za paywallem, więc jakby co, tu jest dobre podsumowanie.)

Paradoksalnie więc, jeśli kobiety są dla Ciebie pociągające, to w Twoim interesie jest walka z leksykalizacją kobiet i uprzedmiotowianiem ich. Bo im mniej tego w kulturze, tym większa faktyczna swoboda seksualna i tym bardziej bezpiecznym i satysfakcjonującym dla wszystkich stron jest coś tak naturalnego, jak seks.


A swoją drogą, badania pokazują też, że seks już dawno przestał sprzedawać. Tak, zwraca uwagę, ale nie zwiększa szans na sprzedaż. Przeciwnie, zmniejsza je. Seksualizacja reklam, filmów itp. jest więc też po prostu kiepską strategią marketingową.


Kobiety są nadwrażliwe i robią afery o nic. Mogłyby po prostu stać się nieco bardziej gruboskórne, wyciągnąć kija z dupy i nie byłoby problemu!

Popularną postawą, zwłaszcza wśród mężczyzn, jest założenie, że te wszystkie postulaty feministyczne są po prostu przesadzone. Że kobiety wyolbrzymiają. Nie potrafią przyjąć żartu, tylko od razu robią aferę. Nie można im powiedzieć komplementu, bo od razu krzyk, że molestowanie.

Tymczasem badania w tym zakresie sugerują zupełnie odwrotny stan rzeczy. Nie tylko kobiety nie są nadwrażliwe – są ekstremalnie wyrozumiałe. Dla przykładu, w jednym z badań podstawiony rekruter (mężczyzna) zadawał kandydatkom do pracy szereg pytań które jasno klasyfikowały się pod molestowanie seksualne. Pytał na ile inni uważają je za atrakcyjne/godne pożądania, albo co sądzą na temat nie noszenia do pracy biustonosza (z sugestią, że byłoby to mile widziane). Jak sądzisz, ile kobiet w tej sytuacji jakkolwiek zareagowało, czy to podczas rozmowy, czy po niej?

W badaniach było to mniej niż jedna na dwadzieścia. Większość – choć mogły się czuć złe, sfrustrowane czy upokorzone – przełykały frustrację i po prostu odpowiadały na pytania.

Powody takiego braku reakcji są liczne. Przede wszystkim kobiety są socjalizowane tak, żeby były jak najbardziej ugodowe. Uczy się ich tego, żeby „nie robiły zamieszania”, „nie zwracały na siebie uwagi”. Dużo bardziej zniechęca do walki o swoje. Już to jest dużym hamulcem przed zabraniem głosu w takiej sytuacji.

Co gorsza – my wszyscy byliśmy socjalizowani by oczekiwać takiej postawy od kobiet. Gdy widzimy, że kobiety postępują wbrew temu oczekiwaniu, mamy tendencje do bardzo negatywnych reakcji. (Oczywiście, jako społeczeństwo – Ty konkretnie możesz nie mieć takiej tendencji, mowa tu o pewnym trendzie.) W efekcie kobiety, które odważą się przełamać tą normę i zareagować na molestowanie czy dyskryminację stoją przed dużym ryzykiem ostracyzmu. Nie raz mogą wręcz spotkać się z większą karą, niż osoby, na których zachowanie zareagowały.

Co więcej, w wielu sytuacjach kobiety po prostu nie mają jasnej ścieżki reakcji. Wyobraź sobie, że jesteś na takiej rozmowie i spotykasz się z takim zachowaniem. (Niekoniecznie w kontekście molestowania, może chodzić o inne zachowania.) Co robisz? Protestujesz? Jak konkretnie? Zgłaszasz taką osobę? Do kogo? Wbrew pozorom, zwykle nie ma jasnej ścieżki reakcji, co zmniejsza szanse na jakąkolwiek reakcję.

Te czynniki razem wzięte, plus wiele innych, sprawiają że kobiety wyjątkowo rzadko faktycznie reagują na sytuacje molestowania czy dyskryminacji. Zarzucanie im w tej sytuacji „cienkiej skóry” i „nadwrażliwości” jest więc ogromnym wypaczaniem rzeczywistości.


Te wszystkie różnice płacowe wynikają nie z jakiejś systemowej dyskryminacji, tylko z tego, że kobiety po prostu nie chcą i nie umieją walczyć o swoje! Gdyby były mniej ugodowe i skłonne do twardszej negocjacji, nie byłoby żadnych różnic!

Takie „ambicjonalne” stało się w ostatnich latach całkiem popularne. Gdy w końcu nie jesteśmy w stanie dalej zaprzeczać nierównościom płacowym, próby tłumaczenia, że to nie kwestia „systemu”, tylko wina samych kobiet, bo są „za miłe” ładnie wpisuje się w stereotypy i zdejmuje z nas to ciężar jakiejkolwiek naprawy systemu. W końcu nie ma nic do naprawiania, wystarczy, żeby kobiety się bardziej starały!

Cóż, faktycznie badania pokazują, że kobiety które są gotowe aktywnie, wręcz agresywnie domagać się swojego zarabiają więcej niż kobiety nie skłonne do takich zachowań. Dokładniej, 5% więcej.

Tyle tylko, że mężczyźni skłonni agresywnie domagać się swojego zarabiają o 18% więcej niż kobiety nieskłonne do agresji i o 13% więcej od kobiet skłonnych do agresywnej walki o swoje. Argument „ambicjonalny” może więc wyjaśniać co najwyżej niewielką część zmienności, zdecydowanie nie podważa on jednak systemowego problemu.

Co więcej, problem jest tutaj dużo bardziej złożony i jest przykładem pewnego klasycznego diabelskiego wyboru. Kobiety są bowiem społecznie (i zawodowo) karane za „walkę o swoje”.

Dla przykładu, analiza ocen rocznych w korporacjach pokazała, że choć u obydwu płci wskazywano na agresję jako coś do poprawy, u mężczyzn sugerowano zwiększenie agresji, a u kobiet praktycznie zawsze zmniejszenie agresji. Co więcej, mężczyźni oceniali byli z perspektywy ich kompetencji i osiągnięć zawodowych, a kobiety z perspektywy charakteru (gdzie asertywność była traktowana jako coś negatywnego i przejaw agresji, do poprawy!).

Co więcej, kryteria „agresji” u obydwu płci są bardzo odmienne. U kobiet, zwłaszcza w środowisku silnie męskim, nawet zwykłe zabranie głosu na zebraniu może już być interpretowane jako nadmiernie agresywne, wpychanie się przed szereg, itp. Tymczasem u mężczyzn zachowania takie jak przerywanie innym (głównie kobietom, co też pokazują badania), ignorowanie wypowiedzi innych osób, przypisywanie sobie autorstwa ich pomysłów i wiele innych wciąż mieszczą się w ramach dopuszczalnej, albo „za małej” agresji.

Do tego dochodzi społeczny odbiór – kobiety walczące o swoje traktowane są jako „jędze”, „suki”, „babochłopy” i poddawane ostremu ostracyzmowi za takie „niekobiece” zachowania.

W efekcie kobiety są postawione przed diabelskim wyborem:

a) siedzieć cicho i być uznawane za miłe, ale zaliczać ostrą dyskryminację;

b) asertywnie zawalczyć o swoje, ale być za to karaną na wiele mniej lub bardziej subtelnych sposobów, choć zyskując drobne zmniejszenie dyskryminacji.

Czego nie wybiorą, będzie to bardzo kosztowny wybór – i wybór narzucony systemowo. Argument o braku ambicji/nadmiernej ugodowości po prostu nie wytrzymuje konfrontacji z tymi danymi.


Feministki chciałyby mieć dobre strony równouprawnienia, ale zachować też dobre strony tradycyjnego układu.

W tej tezie kryje się nieco prawdy, choć nie w ten sposób, w jaki zakładaliby jej twórcy.

W naszej kulturze zarówno kobiety jak i mężczyźni wychowywane są w pewnych normach kulturowych i rolach płciowych. Oduczenie się takich przypisanych ról wymaga czasu i uwagi. Zachodzi też stopniowo, ponieważ role te spływają na ogromną ilość obszarów życiowych.

No więc bardzo wiele osób owszem, uczy się postaw feministycznych, ale uczy się ich stopniowo. Już zmieniło pewne zachowania, oczekiwania i wartości, ale inne wciąż czekają na zmianę. Patrząc z zewnątrz, zwłaszcza gdy szukamy do czego się tu przyczepić, bardzo łatwo dostrzec tu pozorną selektywność „dobre nowe + dobre stare”. Ale nie jesteśmy w głowie drugiej osoby. Gdybyśmy byli i mogli się sobie solidnie przyjrzeć, wtedy widzielibyśmy, że to w rzeczywistości układ „niektóre dobre nowe + niektóre złe nowe + niektóre dobre stare + niektóre złe stare”. To złożona mieszanka, gdzie stopniowo proporcje „nowego” rosną, a „starego” spadają. Tylko na litość mroku, nie oczekujmy, że ktoś wszystko przewartościuje przez kilka tygodni czy nawet miesięcy. Nasza socjalizacja trwała kilkadziesiąt lat. Dajmy sobie co najmniej kilka lat na jej pełną zmianę.

Dodatkowo, mam wrażenie, że często postulaty o równouprawnieniu są traktowane jako przyzwolenie dla pominięcia podstawowych uprzejmości, jakie wykazalibyśmy wobec każdej osoby. Np. idzie w biurze para pracowników, mężczyzna i kobieta. Mężczyzna ma wolne ręce, kobieta niesie kilka segregatorów. Ma też poglądy feministyczne. Część mężczyzn w takiej sytuacji nie będzie otwierała przed kobietą drzwi – „bo w końcu feministka!” – choć otwarłaby drzwi przed innym facetem niosącym te same segregatory – „bo on ma zajęte ręce, a ja nie.” Innymi słowy „nie feministki traktuj szczególnie uprzejmie, ale feministki traktuj jak powietrze”. A to naprawdę nie o to chodzi. Po prostu traktuj ludzi jak ludzi, niezależnie od płci. Jak jesteś bucem i nikomu nie pomagasz, to nie pomagaj. Jak jesteś uczynny i pomagasz każdemu, to pomagaj. Po prostu nie różnicuj. To serio nie jest trudne.


Feministki to sfrustrowane kobiety, których nikt nie chciał

Jak już wskazałem na początku, praktycznie każda kobieta w naszym kraju jest feministką co najmniej pierwszej fali (bo bardzo niewiele kobiet jest przeciwna prawu kobiet do głosowania), miażdżąca większość jest też feministkami drugiej fali (bo niewiele kobiet jest przeciwna prawu kobiety do pracy). Jeśli chodzi o feminizm trzeciej fali – ogromna większość kobiet również zgodziłaby się z jego postulatami (choć, ze względu na sposób publicznej debaty o feminizmie, mogą mieć opory przed określeniem się mianem feministek). Pokazują to też badania socjologiczne, które mówią, że o ile młodzi mężczyźni wychowywani byli jeszcze zwykle w modelu tradycyjnym, o tyle młode kobiety już w oczekiwaniu równości. Trudno argumentować, że ponad połowa współczesnych kobiet (dużo więcej w przypadku kobiet z wyższym wykształceniem) jest sfrustrowana i nikt ich nie chciał.

Równie dobrze można argument odwrócić i powiedzieć, że szowiniści to strachliwi chłopcy, którzy nigdy nie dorośli do równości. Tyle tylko, że takie hasło będzie jedynie nakręcało spiralę agresji. Zamiast tego najlepiej po prostu zacząć od tego, że „tradycyjny” model jest po prostu XIX-wiecznym wymysłem i próby podtrzymywania go skazane są na porażkę.


Feminizm odbiera kobietom prawo do zachowywania się kobieco

Nie spotkałem się z feminizmem, który cokolwiek by kobietom odbierał.

To co feminizm robi, to oducza przymusu i stereotypów. Bo to co stanowi o „kobiecych” zachowaniach jest identycznym stereotypem jak to, co stanowi o „męskich”.

Nie ma „męskich” ani „kobiecych” zachowań. Są stereotypy wykreowane sto lub dwieście lat temu.


Np. wydaje Ci się, że męskim jest podrywanie kobiet, a kobiecym bycie podrywanymi?

Jeden problem – sto pięćdziesiąt lat temu było zupełnie odwrotnie. Widzisz, standardowo w dobrym towarzystwie mężczyzna odwiedzał wtedy kobietę w jej domu, a dokładniej w domu jej rodziców. A skoro to oni go gościli, poili, itp.,  to nie wypadało mu się wpraszać. Trzeba było zostać zaproszonym, choć można było dać znać, że w razie zaprosin przyjęłoby się je z wielką chęcią.

Minęło kilkadziesiąt lat i sytuacja się zmieniła. Coraz popularniejsze samochody i zmiana obyczajów spopularyzowały inny rodzaj randek, już nie w domu rodziców kobiety, tylko np. w dinerze do którego trzeba było dojechać. Ponieważ kobiety wtedy albo nie pracowały, albo za taką samą pracę dostawały drastycznie mniej niż mężczyźni (często różnice na poziomie 2/3 pensji!), to przyjęło się, że to mężczyzna w takiej sytuacji płaci. A skoro to on płaci, to teraz jej nie wypada się wpraszać i to on powinien zapraszać. Ponieważ nie było żadnych istotnych zmian społecznych ani technologicznych w tym okresie, ten zwyczaj pozostał, siłą bezwładu, aż do dziś i wciąż postrzegamy za „męskie” wykonanie pierwszego kroku i zaproszenie na randkę.


I teraz kluczowa kwestia – jeśli taki układ się danej kobiecie podoba i go oczekuje, ma do tego pełne prawo i nie ma w tym nic złego. Zwłaszcza, jeśli jasno sygnalizuje, że jest to coś czego oczekuje. Żadna poważna feministka nie będzie jej za to krytykować. Tak długo, jak taki układ jest faktycznie wyborem tej kobiety, jak długo ma świadomość, że tak nie musi być, że ma wiele różnych opcji i świadomie wybiera akurat taką. Problem jest wtedy, gdy taka kobieta zachowuje się w ten sposób bo nie zna innych opcji i nie ma świadomości, że mogłaby inaczej.

(By być fair, są pewne „tradycyjne” zachowania, w których jest sporo złego i faktycznie należałoby się ich pozbyć. Np. gra interpersonalna w której kobieta ma ochotę na seks, ale odmawia chcąc skłonić mężczyznę do większej presji i starań jest obiektywnie zła. Warunkuje bowiem mężczyzn i uczy ich by nie traktować „nie” jako „nie”. To z kolei może być ogromnym problemem dla kolejnej kobiety z którą taki mężczyzna się spotka i która faktycznie będzie miała na myśli „nie”, ale on usłyszy „staraj się bardziej”, bo już został tego nauczony. To przykład zachowania szkodliwego i dla kobiet i dla mężczyzn. Takie zachowania obiektywnie powinny być zwalczane w naszej kulturze, bo sprzyjają po prostu ludzkiej krzywdzie.)


Kilka słów na koniec

Dla jasności, współczesny feminizm będzie się też różnił. Będą nurty kładące większy nacisk na pewne kwestie. Będą nurty, które z perspektywy innych mogą się wydawać ekstremalne. To normalne – każdy ruch społeczny czy polityczny tak ma, tylko na kartach historii, patrząc na wywalczone zmiany, wydaje się to takie jasne i zgodne.

Dla przykładu, sam nie jestem pewien co do niektórych haseł odnośnie zakazu prostytucji, promowanych przez część środowiska feministycznego. Tak jak zdaje sobie sprawę, że handel ludźmi jest potwornym problemem i dotyka dysproporcjonalnie kobiet, tak np. w ramach wspomnianej wcześniej pracy w ramach redukcji szkód mieliśmy na konferencji również przedstawicielki zachodniej organizacji zrzeszającej sex-workerki. I słucham przy okazji jakiegoś panelu sympatycznej Brytyjki, mającej około pięćdziesiąt lat, mówiącej o swojej pracy sex-workerki, tym co w niej ceni, tym do czego dąży w ramach pracy w tej organizacji pozarządowej, itp. I wiem, że z jej perspektywy takie postulaty, jakie głosi wiele organizacji feministycznych są tak naprawdę szkodliwe i są inną formą ograniczania kobiecej seksualności. Być może mimo wszystko takie ograniczenie jest lepsze, jeśli ograniczy problem handlu żywym towarem? A może inne rozwiązania byłyby bardziej skuteczne? Nie wiem tego, podaję to celowo jako przykład tego, że i współczesne ruchy feministyczne mogą być mocno zróżnicowane – i nie ma w tym nic złego.

Bo sedno ich przekazu jest takie samo, dyskusja dotyczy narzędzi. Można się różnić w szczegółach tego, jakie konkretnie zmiany sprzyjają najskuteczniejszemu zwiększeniu równości. Ale sednem feminizmu trzeciej fali jest po prostu skupienie się nad tym, by tą równość wprowadzać.


Dlatego warto to słowo odczarować. „Jestem feministą” oznacza po prostu tyle, że „jestem za równymi szansami kobiet i mężczyzn”. To naprawdę niewiele – ale może zmienić życie wielu osób.


Tak jak pisałem na początku – uważam feminizm za rozwiązanie po prostu racjonalne. Jeśli chcesz dyskutować z tym o czym pisałem, liczyłbym na racjonalne argumenty, odnoszące się do badań. Jeśli się nie zgadzasz – jest oczywiście miejsce na dyskusję, ale w oparciu o fakty. Nie o „tak mi się wydaje” (bo wszyscy jesteśmy ludźmi i może nam się wydawać źle), „zawsze tak było” (możemy się założyć o jakieś sympatyczne piwko BA, że znajdę Ci przykład historyczny czy geograficzny w którym nie, nie było) czy podobne hasła. Dyskutujmy racjonalnie.

Co jednak równie ważne dla mnie, feminizm jest czymś więcej niż tylko racjonalnym wyborem.

Jest po prostu wyborem najnormalniej w świecie przyzwoitym. Nie wiem jak na bazie jakiegokolwiek z powszechnie uznawanych systemów moralnych (włączając w to nawet hedonizm!) dałoby się uzasadnić bycie przeciw feminizmowi. To po prostu przyzwoity wybór w dzisiejszym świecie.

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis