Paradoks “białorycerstwa”…

Jako feminista biorący często udział w dyskusjach na temat praw kobiet, regularnie spotykam się z tekstami o “białorycerstwie”. W środowisku mężczyzn atakujących prawa kobiet idea pt. “jak facet występuje w obronie praw kobiet  to “robi za rycerza na białym koniu” i na pewno tak nie myśli, tylko odgrywa rolę, licząc, że dzięki temu zaciągnie jakąś kobietę do łóżka” wydaje się być dość powszechna interpretacją istnienia feministów.

Cóż, moją pierwszą reakcją w takiej sytuacji jest zawsze wrzucenie poniższego zdjęcia, z komentarzem “jeśli już coś, to czarny rycerz”. ( Bo a) zdjęcie jest zajebiste i za rzadko mam okazję go używać oraz b) serio, ilu antyszczepów trzeba zamordować w tajnym ośrodku tortur, żeby przestać być postrzegany jako ten dobry, sygnowany bielą, a zacząć jako ten zły, sygnowany czernią? )

Ale sama koncepcja jest czymś wartym omówienia, bo jest w niej pewien fascynujący paradoks.

 

 

Z jednej strony idea “białorycerstwa” więcej mówi o posiadającym ją, niż o osobie, która jest przy jej użyciu opisywana. Sprowadza bowiem de facto wszystkie motywacje mężczyzn do pogoni za seksem. Ktoś nie może głosić jakichś poglądów dlatego, że doszedł do nich drogą głębokich przemyśleń. Albo dlatego, że przekonały go badania. Albo ze względów etycznych. Albo nawet przyjmując egoistyczne i nieetyczne motywacje – i tak byłoby ich nieporównywalnie więcej, niż sam seks. Te wszystkie opcje odpadają. Jedyną braną pod uwagę motywacją jest tylko pragnienie pójścia do łóżka.

Fakt, że odrzuca się tak wiele innych możliwości i sprowadza wszystko tylko i wyłącznie do pogoni za seksem mówi niesamowicie dużo o mentalności osób stosujących taki argument. I tak szczerze? Trochę mi żal takich osób.

Jak puste musi być życie, w którym wszystko podporządkowane jest pogoni za seksem i myśleniu o nim? Jasne, seks może być super przyjemny czy niesamowicie zbliżający. Jednocześnie jest tylko jednym z wielu fajny elementów życia. Jednym z wielu fajnych elementów związku, żebyśmy nawet nie uogólniali na całe życie. Jeśli staje się obsesją i najważniejszym elementem życia, to jest to takie szalenie puste… Serio – jeśli resztę życia masz nieciekawą i niefajną, to łatwy seks naprawdę tego nie zmieni i nie podbije Twojego samopoczucia znacząco. A jeśli resztę życia masz fajną, to zwykle i o seks nie jest trudno.

Być może wśród feministów będą tacy, których głównie motywuje seks. Mamy tu w końcu pełen przekrój ludzi. Będzie to jednak absolutnie mniejszość, bo motywacji będzie cała masa. Od wspomnianych etycznych czy naukowych, przez opcje pt. “chcę lepszego świata dla moich córek”, aż po “ej, chcę w jakiś sposób usprawnić świat i akurat wybrałem ten obszar”. Życie naprawdę jest bogatsze i sprowadzanie go tylko do seksu nie ma większego sensu.

 

No a z drugiej strony pojawia się tu faktycznie pewien paradoks. Bo nawet jeśli ktoś już chciałby sprowadzać życie tylko do seksu… Albo po prostu szukał sposobu na łatwiejsze i częstsze jego uprawianie… To tak, faktycznie, bycie feministą daje w tym zakresie większe szanse. Według wszystkich dostępnych badań, z pokolenia na pokolenie kobiety dorastają będąc coraz bardziej równościowe i oczekując takiego równościowego podejścia od partnerów. (I strasznie mnie te badania, swoją drogą, cieszą.) O ile mężczyźni jeszcze często wychowywani są w modelu patriarchalnym, o tyle już ich siostry wychowywane są w oczekiwaniu lepszego życia niż w tym modelu by miały.  Również w związkach bardziej równościowych seksu jest więcej i jego jakość jest lepsza.

Więc owszem, cóż za zaskoczenie – jeśli traktujesz kobietę jak równą sobie osobę, a nie jak podczłowieka, to jest dużo większa szansa, że będzie chciała iść z Tobą do łóżka. Tak, wiem to niesamowite, że ludzie lecą raczej na tych, którzy ich szanują i traktują z godnością. Kto by pomyślał?

Więc owszem, cóż za zaskoczenie – jeśli pilnujesz entuzjastycznego consentu i druga osoba nie czuje się zagrożona tym, że będziesz próbować ją zmusić do czegoś, czego nie chce, jest dużo większa szansa na to, że poczuje się z Tobą na tyle bezpiecznie, by chcieć iść do łóżka.

Więc owszem, cóż za zaskoczenie – jeśli nie narzucasz kobietom zjebanych norm odnośnie seksu, to jest dużo większa szansa, że będą się chciały tym seksem cieszyć, być może nawet z Twoim udziałem.

Więc owszem, cóż za zaskoczenie – jeśli kobieta w związku nie jest przeciążona niesprawiedliwym obciążeniem zadań domowych, to jest dużo większa szansa, że będzie mieć siłę i ochotę na seks.

 

To właśnie tytułowy “paradoks białorycerstwa”. Większość osób oskarżanych o postawy białorycerskie i pozowanie w nadziei na seks bynajmniej nie ma takich motywów. Po prostu jest feministami – z przyczyn etycznych, w wyniku badań jakie poznali, w imię dobra swoich bliskich, itp. A jednocześnie feministyczna postawa, którą mają faktycznie zwiększa ich szanse na zbudowanie relacji czy na luźny seks. I trend ten będzie się jedynie nasilał, wraz z dalszym wzrostem świadomości równouprawnieniowej u kobiet. Co oznacza tyle, że nawet ci szowiniści, których świat obraca się tylko wokół seksu i pogoni za nim, powinni przerzucić się na stanowisko feministyczne.

A przy okazji jest mała nadzieja, że jak coś w temacie poczytają, nadrobią zaległości, to i faktyczne postawy im się zmienią. I coś co było celową grą przekształci się w świadomą zmianę na lepsze.

 


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis