Covid-19 i mity z nim związane

Czemu znów pojawia się tu ten temat? Przecież o „koronawirusie” wspominałem już kilka wpisów temu w kontekście psychologicznego spojrzenia na obecną sytuację! A do tego to blog rozwojowy, jak Covid i mity o nim mają się do rozwoju osobistego?

Cóż, to blog rozwojowy, który ma uczyć czytelników między innymi racjonalnego podejścia do świata. Ponieważ racjonalne podejście po prostu działa. Przez „działa” rozumiem – daje nam największe szanse na zrealizowanie celów, na jakich nam zależy. Covid-19 i mnóstwo mitów, jakie wokół niego narosło jest dobrym przykładem na to jak potrafimy być irracjonalni, także w bardzo trudnych sytuacjach. Oraz co można z tym zrobić.

 

Jest niestety cała masa mitów, bredni i odlotów na temat choroby Covid-19 i powodującego ją wirusa SARS-CoV-2 (Severe acute respiratory syndrome coronavirus 2 – koronawirus drugiego typu wywołujący poważny ostry zespół zaburzeń oddechowych). Niestety, bardzo silnie działa tu efekt Krugera-Dunninga, czyli przeświadczenie, że doskonale znamy się na jakimś temacie, choć w rzeczywistości jesteśmy w nim ignorantami. Mój „ulubiony” przykład, pokazujący jak mało ludzie ogarniają temat, to tezy pt. „To Covid-19. To znaczy, że było już 18 innych Covidów i powinniśmy ten temat dobrze rozumieć.” Oczywiście 19 w Covid-19 odnosi się do roku w którym ta choroba została po raz pierwszy opisana. Ale ludzie powtarzają takie brednie z absolutnym przekonaniem i przeświadczeniem o swojej wiedzy. Co gorsza, gdy wskazuje im się na ich ignorancję, zwykle prowadzi to do dalszego zawzięcia się upierania przy swoim. To naturalne i ludzkie – niestety, nasz mózg jest pod wieloma względami głupi. Ale „naturalne” i „ludzkie” nie znaczy „dobre”, „zdrowe” ani „skuteczne”. Jeśli chcemy być skuteczni, musimy wyrosnąć poza takie swoje ograniczenia. Skonfrontowani z własną ignorancją musimy być gotowi ją docenić i zmienić zdanie. Oczywiście, czasem wystarczy po prostu gdy dostaniemy trafne informacje wystarczająco wcześnie. Wtedy te same mechanizmy będą sprzyjały ich utrzymaniu.

 

No dobrze, ale z jakimi mitami warto się zmierzyć w przypadku Covid-19? Zacznijmy od najważniejszego hasła, które wpływa mocno na podejście ludzi do tematu…

Może Covid-19 nie jest wcale taki groźny?

To – bardzo błędne – założenie, przewija się u podstaw dyskusji o tej chorobie. Jakieś 2-3 miesiące temu mogło być relatywnie uzasadnione. Wiedzieliśmy, że duża część chorych przechodzi zakażenie bezobjawowo. Zagrożeni śmiercią byli przede wszystkim ludzie starsi. Ogólna śmiertelność wydawała się być na poziomie 2-3%, może nawet mniej licząc niewykryte zakażenia. No i może ludzie, którzy umierali na Covid-19 i tak by umarli na coś innego? W końcu byli starsi, więc bardziej ryzykowali śmiercią…

 

To wiedzieliśmy wtedy. Na tej podstawie można było sobie było wtedy wyrobić zdanie. Sam miałem dość podobne. Wciąż nie uważałem podjętych kroków za przesadne. 1-2% śmiertelności to wciąż 400-800 tysięcy zmarłych osób tylko w naszym kraju! To tak, jakby ot tak wymarł cały Wrocław albo Kraków! Nad tym nie da się przejść do porządku czy stwierdzić „te osoby i tak by wkrótce umarły.” Próby przejścia nad tym do porządku to tak, jakbyś przypisał swoim znajomym numerki od 1 do 100, wylosował jedną lub dwie z tych cyfr i rzucił wylosowanym osobom w twarz „ej, w sumie to nie obchodzi mnie, że sobie umrzesz”. Wątpię, by wielu z nas było skłonnych tak zrobić. Nawet taka śmiertelność przy tej zaraźliwości prowadziłaby do ogromnych ludzkich tragedii. Tym niemniej dostępne dane faktycznie pozwalały uznawać Covid-19 za mocno zaraźliwą, ale relatywnie mało groźną chorobę. Wtedy.

 

Od tego czasu dowiedzieliśmy się „nieco” więcej. Owszem, Covid-19 uderza najgorzej osoby mające współwystępujące choroby, a im więcej, tym jest groźniejszy. To dlatego uderza w osoby starsze najbardziej – po prostu im starszy człowiek, tym przeciętnie więcej ma przewlekłych chorób współwystępujących. Faktem jest też, że duży procent chorych przechodzi tą chorobę bezobjawowo. Tym niemniej dane wskazują, że śmiertelność Covid-19 nie była zawyżona. Była drastycznie zaniżona. Chiny już podniosły swoje szacunki śmiertelności w Wuhan o 50% i prawdopodobnie nie jest to jedyna korekta jaką dokonają. Analiza przypadków we Włoszech i Hiszpanii wskazuje na drastyczny skok śmierci nie przypisanych Covid-19, od ok. 50% w Madrycie do około 250% w Bergamo, gdzie Covid również zebrał największe żniwa. Wskaźniki te sugerują, że śmiertelność w wyniku Covid-19 mogła być dwukrotnie albo nawet trzykrotnie zaniżona. Podwyższona śmiertelność została też wykazana w marcu w całym szeregu europejskich krajów i tylko część tych śmierci była dotychczas przypisywana Covid-19. UK właśnie wskazała, że realna liczba ofiar jest prawdopodobnie ponad dwukrotnie większa niż dotąd uważano. A weźmy pod uwagę, że w obecnych warunkach m.in. mniej osób jeździ do pracy, mamy więc dużo mniej śmierci w wypadkach samochodowych, redukcji ulega też wiele innych przyczyn śmierci. (Uprzedzając pytanie, niestety nie udało mi się znaleźć odnośnie typowej śmiertelności w Polsce w marcu oraz śmiertelności w marcu 2020. Jeśli ktoś może wskazać takie źródła, chętnie uzupełnię artykuł.)

Tezy pt. „zamiast na Covid-19 te osoby umarłyby na coś innego” należy więc wyrzucić do śmieci, a realna śmiertelność Covid-19 wydaje się niestety być bliższa 5-6%. Wciąż nie jest to dżuma z jej 70% śmiertelnością, ale w skali Polski awansowaliśmy już do wybicia całej metropolii warszawskiej.

 

To jednak nie wszystko. W przypadku Covid-19 zafiksowaliśmy się bowiem na śmiertelności. A cała zabawa polega na tym, że to nieco bardziej złożony problem. Pojawia się niestety coraz więcej badań wskazujących, że „koronawirus” może mieć szereg długoterminowych negatywnych konsekwencji. Świeże badania z Chin wskazują na możliwe długoterminowe uszkodzenia wątroby w wyniku Covid-19. Wiedzieliśmy już o tym, że przebieg choroby może prowadzić do trwałego i nieodwracalnego zwłóknienia płuc. Około 20% pacjentów okazało się mieć uszkodzenia serca. U osób u których rozwinęła się zaawansowana wersja choroby w 20-50% przypadków doszło do uszkodzeń nerek. U 36% hospitalizowanych pacjentów wystąpiły uszkodzenia neurologiczne i trudno ocenić jak będą one trwałe. (Jeden z charakterystycznych objawów – utrata zmysłu węchu i smaku występująca u części pacjentów – ma właśnie podłoże neurologiczne.) O ile dzieci wydają się przechodzić chorobę bardzo łagodnie, trudno na tym etapie ocenić, czy nie będzie ona miała długoterminowych poważnych skutków rozwojowych. Nie wiemy też prawdopodobnie o całym zestawie długoterminowych skutków Covid-19. Nie znamy ich jeszcze, bo cóż, to Covid-19, a mamy wczesny 2020. Choroba zidentyfikowana została zaledwie pół roku temu. Po prostu nie mamy jeszcze dość danych by przewidzieć jakie długoterminowe efekty wywoła.

 

Jak widać, „koronawirus” jest groźny. Jest czymś, czego warto się obawiać i czego rozprzestrzenianie należy jak najbardziej ograniczyć. Warto jednocześnie wypracować sobie odpowiednie narzędzia i rozwiązania, bo wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, takich chorób będzie coraz więcej. Ta akurat przeszła na nas ze zwierząt, ale musimy się też liczyć z konsekwencjami globalnego ocieplenia. Z dotychczas tropikalnymi wirusami rozszerzającymi swoją strefę wpływów wraz ze wzrostem temperatury i potencjalnie przechodzącymi mutacje przy większej populacji na której mogą się rozmnażać. Oraz z wirusami wypuszczonymi z topniejącej wiecznej zmarzliny. Mieliśmy już epidemię wąglika, który czekał pod lodem syberyjskim 100 lat. Pod głębszymi połaciami mogą czaić się mikroorganizmy nieznane nam od tysięcy czy dziesiątków tysięcy lat, na które nie mamy żadnej odporności. Obecna pandemia powinna być traktowana jako otrzeźwiający policzek, sygnał, że musimy się przygotować na potencjalnie dużo większe i groźniejsze nadchodzące problemy. Takie, których śmiertelność może wynosić nie sześć, a sześćdziesiąt procent.

 

Z perspektywy racjonalnego myślenia tak kwestia jest ciekawą demonstracją tego, jak łatwo nam zawiesić się na jednym kryterium – śmiertelności, nie doceniając mniej medialnych, ale z perspektywy zdrowia potencjalnie dużo bardziej problematycznych kwestii. Dlatego zawsze warto analizować wszystkie dane, jak również być gotowym do zmiany zdania gdy pojawią się nowe informacje.

 

A może obecna strategia radzenia sobie z wirusem jest zła? W końcu może doprowadzić do krachu finansowego, biedy, samobójstw?

Powyższe dane wskazują wyraźnie, że Covid 19 nie jest czymś, nad czym można po prostu przejść do porządku dziennego i stwierdzić „a, przechorujemy to” albo „powinniśmy normalnie funkcjonować”. Ze względu na brak szczepionki, dystansowanie społeczne jest jedynym sensownym narzędziem jakie mamy dla zapobiegania chorobie, przynajmniej do czasu gdy nie zbijemy ogólnego poziomu zakażeń do łatwiejszego do kontrolowania. Realna śmiertelność na poziomie 5-6% oraz długoterminowe skutki zdrowotne nie są czymś, co po prostu można ignorować.

 

Jednocześnie warto wskazać na to, że strategia dystansowania społecznego wcale nie musi być taka szkodliwa dla gospodarki. Osoby postulujące jej porzucenie i „otwarcie wszystkiego” ignorują bowiem jeden prosty fakt: śmierć i choroba także mają swoje koszta dla gospodarki. I to całkiem duże. Nawet w przypadku osób, które już nie funkcjonują na rynku pracy i są na emeryturze. (I pomijając fakt, że w wielu branżach, w tym w medycynie, to emeryci są u nas tymi, którzy ciągną system i bez których dawno by już się zawalił!) Po pierwsze, nawet takie osoby często wnoszą coś do gospodarki, choćby w formie nieodpłatnych usług opiekuńczych czy kulinarnych. (Lub, mówiąc po ludzku – opieka nad dziećmi czy ugotowanie obiadu przez babcie/dziadka to też praca która ma realną wartość, bo jakby nie zrobiły tego te osoby, to trzeba byłoby do tego kogoś wynająć i tej osobie zapłacić!) Po drugie jest to utrata ogromnego kapitału ludzkiego, lat wiedzy i doświadczenia, które wciąż mogłyby generować wartość. Po trzecie, takie osoby mają znaczenie emocjonalne dla osób będących na rynku pracy. Wyobraź sobie teraz, że 15-20% osób na rynku pracy traci rodzica lub oboje rodziców. (A to dość zaniżone wyliczenia! Bardziej realistyczne byłyby bliższe 30-50% dotkniętych osób w wieku produkcyjnym!)

Przecież to jest potężna skala żałoby! Drastycznie wpływająca na wydajność pracy, możliwość skupienia, efektywność itp. takich osób. Nawet u osób mających złe relacje z rodzicami, żałoba zwykle jednak występuje. U tych mających dobre – jest to ogromny cios. Skumulowane straty dla gospodarki byłyby ogromne – a to nawet nie licząc dodatkowej kaskady ofiar wypadków drogowych itp. wynikających z tak dużej ilości rozkojarzonych, emocjonalnie wyczerpanych ludzi próbujących normalnie funkcjonować.

 

Nie jest to też tylko czcze rozważanie. Mamy bowiem analizy z czasów nieco pokrewnej pandemii – Hiszpanki* w latach 1918-1919. (Tu omówienie popularne, a tu oryginalna praca naukowa.) Badanie to porównało wyniki ekonomiczne różnych miast w czasie epidemii w USA, odnosząc je do tego jak szybko wprowadziły one ograniczenia, jak ostre te ograniczenia były oraz jak długo je utrzymały. Wnioski? Ostrzejsze ograniczenia nie przekładały się na gorsze spadki ekonomiczne. Co więcej, po zakończeniu pandemii miasta które wprowadziły ostrzejsze ograniczenia odbiły się dużo szybciej i sprawniej niż te, które nie naciskały na takie ograniczenia. Bezrobocie w nich było wyraźnie niższe (4% niższe przy wcześniejszym wprowadzeniu ograniczeń, 6% przy dłuższym ich utrzymaniu). Innymi słowy wydaje się, że wprowadzone ograniczenia nie stoją wbrew pozorom w sprzeczności z potrzebami ekonomicznymi. To nie interwencje prozdrowotne zabijają ekonomię. Uderza w nią sama pandemia, a interwencje mogą to uderzenie jedynie złagodzić. Jasne, byłoby super, jakby pandemii w ogóle nie było. Niestety, nie mamy takiej opcji, pandemia jest i już wpływa na nasze życie. Będzie miała swoje koszta, bo takie rzeczy zawsze niosą ze sobą koszta. Pytanie brzmi co zrobimy z tymi kosztami – i to jest prawdziwe wyzwanie dla państw i ich odpowiedzialnej polityki dbania o obywateli.

*Niektórzy krytycy mogą wskazać, że Hiszpanka niekoniecznie jest trafnym modelem, gdyż uderzała w dużo więcej osób w wieku produkcyjnym. Jest to prawdą, ale też elementem dużo bardziej złożonego obrazu – rynek pracy w latach 20tych wyglądał inaczej, ludzie w wieku 50 lat w tamtym czasie byli nieporównywalni do dzisiejszych 50-latków.  Jeśli ktoś wątpi, polecam porównanie choćby PRLowskiego „40-latka” z dzisiejszymi. Koniec końców, tak, pewne rzeczy będą odmienne, ale to i tak najlepszy model jaki mamy. I w ramach tego modelu wnioski są jasne – dystansowanie społeczne działa.

 

Warto tu też podkreślić, że dystansowanie społeczne w Polsce po prostu działa. Wg. międzynarodowych szacunków przeszliśmy już szczyt zakażeń. Wg. danych google, Polacy bardzo ładnie przestrzegają reguł dystansowania społecznego. Zbieramy więc tego owoce i sytuacja realnie się powoli poprawia. Udało nam się – mimo bardzo słabego i przeciążonego systemu opieki zdrowotnej – uniknąć krachu i był to kolosalny sukces każdej osoby, która posłuchała zaleceń i zredukowała swoje wyjścia.

 

Czego uczymy się z kwestii kosztów pandemii? Cóż, po pierwsze tego by nie ufać temu co mówi „zdrowy rozsądek”. Ignoruje on bowiem często to, co niewidoczne. Widzi koszta zamknięcia fryzjera dzisiaj, nie widzi kosztów żałoby fryzjerów i fryzjerek po śmierci ich rodziców. Dlatego niezbędne jest opieranie się na danych i analiza faktów. „Zdrowy rozsądek” nie jest ani zdrowy, ani rozsądny. Jest zestawem prostych automatyzmów poznawczych nastawionych na wykrywanie drapieżników na sawannie, a nie analizę ekonomicznych skutków pandemii w wielomilionowym społeczeństwie na które wpływa kolosalna liczba czynników.

 

Na dziś to wszystko, jeśli pojawi się potrzeba, wrócimy odnieść się do innych mitów.

 


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis