Lifestyle porn, czyli sprzedawanie fantazji rozwoju osobistego

Jest pewien trend w rozboju osobistym, który, cóż, praktycznie zawsze mnie nieco wkurzał. A ostatnio wkurzył na tyle, że w końcu postanowiłem coś więcej o nim napisać.

Trend ten można określić jako lifestyle porn*. Jak inne rodzaje „nieerotycznego porno” (np. struggle porn czy gun porn), także tu chodzi o kreowanie pewnej fantazji i wizji tego, jakie życie mogłoby być. I tak jak w przypadku „klasycznej” pornografii, tak i tutaj okazuje się sprzedawać wyobrażenia nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością.

W tym przypadku jest to sprzedaż scenariusza w którym, gdybyśmy tylko chcieli* i wiedzieli jak** oraz odpowiednio się zawzięli***, to mielibyśmy to fascynujące niesamowite życie i rozwinęlibyśmy się w tak niezwykłe sposoby.

* oczywiście są na to specjalne produkty i usługi

** oczywiście na to też są specjalne produkty i usługi

*** oczywiście są i tu specjalne produkty i usługi

 

Cała zabawa w tym, że większość takich scenariuszy nie bierze zupełnie pod uwagę uwarunkowań życiowych, cóż, jakichś 98% populacji.

Moim ostatnim zderzeniem z takim modelem była książka „Ultralearning” Scotta Younga, gdzie między innymi opisywał jak nauczył się w ciągu roku czterech języków… Podróżując przez rok po świecie i zatrzymując się po trzy miesiące w różnych krajach, nie mówiąc przez ten czas w ogóle po angielsku.

Taaaak….

 

Zatrzymajmy się na chwilę i pomyślmy jak techniki, które pomogły mu w tej sytuacji mają przełożenie na naukę języka przeciętnego polaka, który chciałby je powtórzyć.

Jak wiele osób stać, żeby jeździć przez rok po świecie, po relatywnie drogich krajach (Portugalia, Hiszpania, Korea Południowa) bez dodatkowego źródła utrzymania?

Jak wiele osób może zostawić swoją rodzinę na taki rok (albo zabrać ją ze sobą – tylko to zwiększa koszta)?

Jak wiele osób ma tak słabe relacje interpersonalne, że nie ma problemów z porzuceniem ich na rok (zero komunikacji we wspólnym języku)?

Jak wiele osób może porzucić swoją pracę i inne zobowiązania na tyle czasu?

I to wszystko NA RAZ?

 

To wszystko oczywiście pomijając kwestię tego, na ile można wnioskować z osobistego doświadczenia, czyli de facto dowodu anegdotycznego takiej osoby, oraz na ile uczenie się języka by zdać egzamin przekłada się na zdolność jego realnego wykorzystania w codziennych sytuacjach.

 

Podobne kwestie przebijają się raz za razem w wypadku większości takich popisowych postaci. Pisałem o tym trochę w tekście „Jak zhackować społeczeństwo life-hackerów?„, ale jeśli cokolwiek, temat stał się jeszcze bardziej widoczny przez lata. Dokonanie popisowej zmiany w momencie, gdy możesz w to zainwestować ogromną ilość czasu i środków jest oczywiście barwne i robi fajną historię, tylko ma jeden kluczowy problem – nijak nie przenosi się na realne życie większości ludzi.

 

Większość osób, które chciałby stosować narzędzia rozwoju osobistego, robi to w ściśle ograniczonych warunkach.

Ma mało czasu. Albo mało kasy. Albo mało energii. Albo wszystko na raz i kilka dodatkowych kwestii.

 

Nie jest sztuką zrobić techniki na uczenie się gdy możesz przez pół roku skupić się tylko na tym. Sztuką są techniki na uczenie do specjalizacji lekarki, która wraca po długim dyżurze, zajmuje się dziećmi i jeszcze chce się jakkolwiek efektywnie pouczyć.

Nie jest sztuką pisać o 4-godzinnym tygodniu pracy gdy de facto nie żyjesz ze swojej firmy, tylko z kasy od rodziców. Sztuką są techniki, które pomogą krócej pracować komuś dziś zawalonemu ogromną ilością pracy i muszącemu robić na trzech etatach by się utrzymać.

Nie jest sztuką zaoszczędzić 5 tysięcy gdy jesteś singlem zarabiającym 15 tysięcy. Sztuką byłyby narzędzia, które faktycznie pomogłyby odłożyć kilkaset złotych komuś żyjącemu za minimalną krajową lub blisko tej kwoty – i jeszcze nadały jakiś realny sens temu odkładaniu.

Nie jest sztuką pisać o porządku w domu gdy sam sobie ogarniasz ten dom. Sztuką są rzeczy przydatne dla kogoś kto ma trójkę dzieci, czwórkę kotów, psa i tchórzofretkę.

 

Przykłady można mnożyć. Lifestyle porn w rozwoju osobistym sprowadza się do sprzedawania takiej uproszczonej wizji, bez brania pod uwagę tych realnych ograniczeń. I taka wizja może się nawet sprzedawać, bo jest pewną ucieczką dla wielu ludzi. Fajnie jest sobie pomarzyć o rzuceniu wszystkiego i wyjechaniu na Fidżi (zanim zatonie). Póki jest to wszystko sprzedawane tylko jako fantazje, nie ma problemu.

 

Problem się pojawia, gdy ktoś podchodzi do monetyzacji tych fantazji w formie „ej, zobaczcie, ja to zrobiłem, wy mnie naśladujcie i uzyskacie to samo”. Bo to nie tylko tak nie działa, to nawet się do tego nie zbliża. Bo dla większości ludzi takie rady nie byłyby przydatne nawet gdyby wychodziły poza gloryfikowane studium przypadku. Bo większość ludzi potrzebuje rozwoju, który będą mogli wdrożyć w życiu. Niekoniecznie super popisowych rzeczy, ale realnych, namacalnych i praktycznych.

Lifestyle porn w rozwoju osobistym tego nie dostarcza. Co rodzi frustrację i sprawia, że ludzie mają dość rozwoju jako takiego. Kojarzy się ze ściemą i czymś oderwanym od rzeczywistości. Tym samym zmniejsza szanse na to, że ludzie, którzy mogliby faktycznie z niego skorzystać, zrobią to.

A to już bardzo niefajna sytuacja.

 

Nie mam tu prostej puenty czy prostego rozwiązania. Ten post jest bardziej wyrzuceniem moich frustracji tym stanem rzeczy, niż propozycją jasnych rozwiązań. Cóż, czasem warto zacząć od wskazania na problem, by była przestrzeń na dyskusję o nim – i może ten wpis da temu początek.

 

 


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis