Presja na to, by „coś robić” i jej niefajne konsekwencje

Tematem, który mocno ostatnio poruszam na blogu jest szeroko rozumiana kwestia „kultu zajętości„. Presji by coś robić, robić to ciągle, nawet kosztem snu, czuć się dumnym ze swojego „zapierdolu”. To duża kwestia i na pewno wiele jej jeszcze poświęcę miejsca. Choćby dlatego, że sam z jakąś formą tego pracuje i powoli ją normalizuję.

Powoli, co oznacza, że wciąż mam nieco tematów do opisania. Co jest o tyle wygodne, że daje mi czasem pomysł na wpis. Tak jak dzisiejszy wpis – czyli presja na to, by nawet w dzień wolny „coś” robić, jakoś go wykorzystać. By „nie marnować” czasu.

Niekoniecznie chodzi tu o to, by codziennie być produktywnym. Tyle już udało mi się ogarnąć, że doceniam wartość odpoczynku i regeneracji. Ale…

Cóż, nawet w odpoczynku i regeneracji może się pojawić presja by „coś zrobić”. W końcu mam ileś gier na mojej „kupce wstydu” (ah te bundle), może by jakąś skończyć i domknąć pętle? (Nie, nie jest ważne, czy będzie to faktycznie najprzyjemniejsze spędzanie czasu. Chodzi o poczucie, że coś się zrobiło.) Albo może skończyć jakieś książki czy komiksy? Obejrzeć w końcu jeden z filmów czy seriali? Wybrać się gdzieś po to, żeby tam pójść, bo było to na liście.

A gdy tego nie robię, tak tak, pojawia się nieco winy czy frustracji. Bo jak to… Mam wolny czas to może należałoby go DOBRZE wykorzystać.

Nawet w relaksie da się sobie założyć kajdany. Nawet w odpoczynku można znaleźć nutę zapierdolu, jeśli tylko odpowiednio się postara.


A ja i tak mam to w dość umiarkowanej formie. Dla mnie to umiarkowany dyskomfort, który jestem w stanie jednak zignorować. Do tego stopniowo przepracowywany.

Mogło być dużo gorzej.


Mam przyjaciół, którzy nie potrafią wyjść na spacer, jeśli nie jest to „po coś”. Do sklepu, załatwić jakieś sprawunki, na trening – ok. Ale nawet gdy mają dość siedzenia w domu i czują potrzebę ruchu, to psychicznie trudno im się pogodzić z tym, że po prostu pójdą się przejść.

Mam przyjaciół, którzy stawiali sobie swoje kupki wstydu w widocznym miejscu, by non stop przypominały im czego jeszcze nie zrobili, nie przeczytali, nie ogarnęli.

Mam przyjaciół, którzy tworzyli całe długie listy miejsc gdzie mają się wybrać i czuli silne poczucie winy ilekroć tych list nie realizowali.

Mam przyjaciół, którzy czują potrzebę karania siebie (emocjonalnie albo i fizycznie) ilekroć nie robią czegoś produktywnego i ważnego.

Mam przyjaciół, którzy od lat nie wzięli ani jednego dłuższego urlopu, bo to „marnowanie czasu”.


Hmm, może powinienem zmienić przyjaciół? ;) (Dla jasności, mam też przyjaciół, którzy zupełnie nie czują tego problemu. Dla których nie jest żadnym kłopotem ambicja pt. „wracam do domu po pracy, piję wódkę i gram w gry i czuje się z tym dobrze”. I tak jak społecznie jest to postrzegane jako coś negatywnego, tak szanuję umiejętność swobodnego przyjęcia takiej postawy.)


Jak wszystkie elementy kultu zajętości, także i ta presja bierze się z mieszanki przyczyn. Uwarunkowanie społeczne, powiązanie ludzkiej wartości z wykonywaną pracą, FOMO i lęk przed straceniem wartości czegoś fajnego w świecie zasypującym nas kolejnymi i kolejnymi opcjami. Już o tym wszystkim pisałem, odeślę Was po prostu do wcześniejszych i podlinkowanych artykułów, tak by, nomen-omen, nie marnować Waszego czasu. Tu chciałem Was po prostu uczulić na to, że taka presja występuje, także w sytuacjach pozornie z nią sprzecznych. Luzu, relaksu, wypoczynku. U wielu osób i tak może się pojawiać poczucie „muszę zrobić coś wartościowego”. Próby „zoperacjonalizowania” relaksu. Zwiększenia jego wydajności.

Jak łatwo się domyślić, efekty będą tu odwrotne. Dodatkowa presja jedynie utrudni faktyczny relaks. Obciąży nas poznawczo na tyle, że zamiast relaksu będzie jako-takie funkcjonowanie. Trwanie. Ani relaks, ani praca. Obciąży nas emocjonalnie tak, że zamiast przyjemności z lektury, gry, czy innej rozrywki będzie jedynie presja „domknij to już, skończ, zrób coś dalej”.


Jak w wielu podobnych sytuacjach, uświadomienie sobie, że ma się problem jest tu połową sukcesu. Można wtedy zacząć próbować coś tu zmienić. Przyjrzeć się swoim przekonaniom i oczekiwaniom. Zobaczyć czemu przypisujemy wartość i dlaczego. Może też zacząć metodą małych kroków testować z większym luzem i wypoczynkiem w codziennym życiu. Ze zdejmowaniem (lub choćby luzowaniem) presji, gdy się pojawi.

Bo koniec końców, jeśli faktycznie zależy nam na wydajności, to pierwszym krokiem powinno być zrezygnowanie z sabotowania własnego działania. W tym własnego wypoczynku…



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis