Kult zajętości

Nieco ponad sto lat temu dominującą kulturą na świecie była kultura spokoju. Dziecko płacze? Podaj mu mleczko z opium. Czujesz się źle? Weź nieco Heroiny Bayera. (Tak, tak, wielka litera. To nazwa własna marki należącej do Bayera – choć zdecydowali się dalej jej nie rejestrować. Ciekawe dlaczego, prawda?) Ceniono spokój, wyważenie, chłód emocjonalny. Matki uczono by okazywały dzieciom minimalne możliwe zaangażowanie.

Od tego czasu świat się zmienił.


Dziś absolutnie najpopularniejszym narkotykiem jest piękna molekuła C8H10N4O2. (Znana też jako kofeina.) Obecna w kawie i herbacie, spożywana regularnie przez większość światowej populacji. Nie tyle nawet pobudzacz, co „zagłuszacz zmęczenia”. Kofeina wiąże się bowiem z receptorami adenozyny, substancji, która normalnie mówi naszemu mózgowi, że jesteśmy zmęczeni. Kofeina zaś te receptory zajmuje, więc adenozyna nie ma jak przekazać swojej wiadomości. 

Dzisiejszy świat nie chce, by ta wiadomość została przekazana. Dzisiejszy świat wierzy, że bycie zajętym, nieustanne dążenie, jest najważniejsze. Niezliczone poprozwojowe źródła wskazują na to, jak wiele mają niby robić i pracować ludzie sukcesu. (Sugerując, że jeśli chcesz też osiągnąć sukces, to musisz pracować tyle samo!) Facebook i youtube wypełnia tzw. struggle porn, demonstrowanie jak to bardzo jesteśmy zajęci i jak wiele pracujemy*. Ze wszystkich stron kuszą nas nowe atrakcje, możliwości, okazje i tylko nie ma czasu by ze wszystkich skorzystać… Albo i jest, jeśli się bardziej postarasz, bardziej zmotywujesz, bardziej zaangażujesz. Zrezygnujesz z odrobiny snu. Zapomnisz o zmęczeniu, lub je zagłuszysz.


Żyjemy w świecie wyznającym kult zajętości. Im bardziej zajęty jesteś, tym bardziej jesteś cnotliwy. Tym lepszym jesteś człowiekiem. Na tym więcej zasługujesz.

*Swoją drogą, zapomniałem konkretny termin jakim to było określane. Błędnie zakodowałem jako „busyness porn” i musiałem szukać prawidłowego. Możecie się domyślić jak skuteczne było googlowanie w stylu, w tłumaczeniu, „bycie bardzo zajętym porno”.


Żeby było jasne, nie dissuje kofeiny. Sam dbam o utrzymywanie bezpiecznie niskiego poziomu krwi w kofeinie, jakbym śmiał wypominać to komuś innemu?

Różnica jest taka, że o ile kofeinie się kłaniam w pas, to naprawdę nie trawię towarzystwa, w jakim się obraca. Banda żałosnych pozerów i szarlatanów.

Czemu to jest problemem?

No dobrze, ale czemu aż tak nie trawię tego całego „kultu zajętości”, tej nieustannej potrzeby robienia czegoś? Ganiania? Zajmowania się czymś? Niedosypiania, byle tylko zrobić jeszcze więcej i więcej?

Przede wszystkim dlatego, że jego efekty są odwrotne od zamierzonych. Jasne, ma całą masę dodatkowych kosztów i nimi też się zajmiemy, ale gdyby zajętość się obiektywnie zwracała, dałoby się jej jakoś bronić. To trudny wybór, ale jednak wybór, na który można się zdecydować.


Tak nie jest. Zajętość nie działa.


Jeśli nie poświęcisz czasu na regenerację, Twoja wydajność spada i to drastycznie. Badano to na szereg różnych sposobów w różnych dziedzinach. Od niemal stu lat! Pracownicy międzywojennych fabryk amunicji w UK pracujący 70 godzin na tydzień okazywali się niemal równie wydajni, w sumie, co ci, którzy pracowali 55 godzin. Innymi słowy, dodatkowych 15 godzin w pracy nie dawało praktycznie żadnych efektów. A mówimy tu o manualnej pracy. W pracy intelektualnej jest jeszcze gorzej.

Badania na amerykańskich naukowcach z lat 50-tych pokazały, że największą wydajność w stosunku do wkładanego czasu pracy mieli ci, którzy spędzali w biurze/laboratorium 10-20 godzin tygodniowo. Przy 25 godzinach produktywność na godzinę była podobna do 5. Przy 35 spadała do połowy poziomu z 20 godzin (innymi słowy, spędzając 35h w pracy naukowcy w sumie osiągali wyniki o jedną ósmą GORSZE niż ci, którzy spędzali w biurze 20 godzin!). Powyżej 35 godzin następował drobny wzrost – na poziomie 50-55 h wydajność wzrastała z powrotem do wydajności z 5h/tydzień, by dalej drastycznie spaść. Co więcej, autorzy tego badania spekulowali, że te konkretne wyniki są artefaktem – wydawały się dotyczyć przede wszystkim badaczy, którzy musieli przez dłuższe okresy czasu nieustannie monitorować działanie dużych maszyn. No i po 55h wydajność leciała na łeb na szyję.


Dlaczego tak się dzieje? Są oczywiście różne hipotezy, ale kluczowa wydaje się ta, że mamy po prostu ograniczone moce przerobowe w ciągu dnia (o tym jak to może mechanicznie działać pisałem w „Krótkiej koncepcji Siły Woli” – jestem tu dużym zwolennikiem modelu serotoninowego).

Tak wychodziło m.in. z badań Ericssona nad ekspertami sugerowały, że możliwy zakres celowego ćwiczenia dla większości osób to około 4.5 godzin dziennie. Biorąc pod uwagę, że celowe ćwiczenie jest przede wszystkim stanem wysokiego skupienia, można zakładać, że stanowi ona dobrą miarę dla ludzkiej zdolności koncentracji w ogóle w ciągu dnia. Oczywiście, mogą tu być pewne różnice indywidualne – ktoś będzie w stanie skupić się na 4 h, ktoś inny na 5 h – ale ogólny limit wydaje się być podobny. (Spotkałem od tego w swojej karierze kilka wyjątków, ale pasujących do ogólnej reguły 20h/tydzień – takie osoby bardzo intensywnie pracowały kilka dni, po czym równie intensywnie się regenerowały przez kolejne.)

O ile krótkoterminowo, w skali 1-2 dni da się pewnie te granice przekroczyć i wymusić większą wydajność, o tyle długoterminowo jest to w zasadzie niemożliwe. (Inna sprawa, że jeśli non stop pracujesz niewydajnie to bardzo łatwo jest stracić porównanie i zapomnieć, że da się krócej i lepiej.) Czy to się komuś podoba czy nie, nasz mózg ma limity, których po prostu nie przeskoczymy.


Co więcej, próby przeskoczenia po prostu nie są bezpieczne. Szereg badań sugeruje, że zajętość prowadzi też do dodatkowych kosztów. Przemęczeniu ludzie popełniają więcej błędów, które trzeba albo korygować, albo które mogą się bardzo nieprzyjemnie kończyć. Jest więcej wypadków. Więcej zwolnień chorobowych. Niedospanie, często powiązane z taką obsesją zajętości, jest potężnie destrukcyjne – zaburza pamięć i procesy poznawcze. Wybebesza koncentrację niczym operacja wyrostka wkurzonym rosomakiem. Prowadzi do mierzalnych szkód zdrowotnych i zwiększonego ryzyka przedwczesnej śmierci.

No i nie zapominajmy o szkodach społeczno-osobistych. Jeśli cały czas starasz się być zajęty, każdą chwilę wykorzystać, to paradoksalnie brakuje Ci zwykle czasu na rzeczy faktycznie ważne. Na to by przystanąć i docenić chwilę. By się zregenerować. By spędzić czas z bliskimi.


Dla jasności, dotyczy to nie tylko pracy. Dla wielu osób praca pracą, ale po pracy non stop czują presję by się czymś „ważnym” i „odpowiedzialnym” zająć. Nauczyć nowego języka. Iść na siłownię i zadbać o siebie. Zrobić jak najwięcej, bo w końcu jest tyle opcji do wykorzystania, że szkoda z nich nie skorzystać. Owszem, szkoda. Ale jeszcze większa szkoda zgubić się w pogoni za tymi opcjami i żadnej tak naprawdę nie docenić. Jeszcze większa szkoda dodatkowo marnować zasoby poznawcze na rozważania i wyrzuty „co powinniśmy zrobić”.


Ustalanie granic

No dobrze, ktoś powie, a co jeśli moja praca jest też tym, co mnie kręci? Jeśli się w nią naprawdę angażuje, fascynuje mnie, pracuje w temacie który mnie po prostu jara i chcę go lepiej zrozumieć?

Czy to też źle, że chcę na to poświęcić jak najwięcej czasu?


Cóż, po pierwsze – rozumiem. Żółwik. Serio, sam robię w szkoleniach i rozwoju dlatego, że chcę lepiej zrozumieć jak działa ten śmieszny glut między naszymi uszami. Wiem co to znaczy pracować w działce, która po prostu kręci i jara i jest ważnym elementem życia.

I tym bardziej wiem, że potrzebne są w takiej sytuacji pewne granice bezpieczeństwa.


Przede wszystkim, oddzielenie dźwigania (mentalnych) ciężarów od lżejszych zadań. Dostajesz mentalnego papu na 20 godzin taszczenia mentalnych ciężarów – i rozplanuj je odpowiednio.

Ale są też lżejsze rzeczy, które tak nie angażują i które możesz robić. Np. Karol Darwin pracował w ciągu dniach w trzech cyklach po 90 minut, między nimi robiąc co najmniej 90 minut przerwy. W czasie tych przerw m.in. czytał, pisał listy, chodził na spacery czy jadł. To wciąż w jakimś sensie działania poznawcze, wciąż mogły być w okolicach tego czym się zajmował – korespondował m.in. z innymi filozofami przyrody – ale nie było to jednak sednem jego pracy, na które poświęcał faktycznie swoją pełną uwagę.

Po drugie, jeśli pracujesz poznawczo non stop, to tak naprawdę nie dajesz się tym informacjom przegryźć. Masz dużo kawałków, ale nie integrują się one dobrze w całość. Czasem warto odpuścić skupienie właśnie po to, by móc faktycznie pozwolić im się wzajemnie poprzeplatać.


Umiejętność celowego odpoczynku – zmuszania się do wyłączania i regeneracji, nawet gdy mamy poczucie, że jest jeszcze wiele rzeczy, które moglibyśmy zrobić – jest trudna. Zwłaszcza gdy wychowało się w kulcie pracowitości. Może być wstydliwa, gdy się o niej mówi wśród ludzi ten kult wyznający. Coraz więcej wydaje się jednak wskazywać, że, paradoksalnie, jest ona jedną z kluczowych rzeczy do efektywności poznawczej i skutecznego działania. Koniec końców to po prostu zaakceptowanie ograniczeń naszego mózgu zamiast próby zmuszenia go, by pasował do oczekiwań naszej kofeinizowanej kultury.

To powiedziawszy – tak, to jest trudne. Wiem. Rozumiem, naprawdę. To jest jedna z tych rzeczy, nad którymi sam u siebie pracuję od lat i wciąż nie doszedłem w tym do poziomu jaki byłby satysfakcjonujący. Po prostu wydaje się, że sensownej alternatywny nie ma. Może poświęcę oddzielny artykuł temu, jak to robić.


Skąd to się bierze?

Kult zajętości wiele przyczyn. Jedną z nich jest współczesna pop-filozofia kapitalizmu. Przekaz silnie wpisany w nurty konserwatywne, głoszący, że ludzie znajdujący się na szczycie „zasłużyli na to”. Ciężko pracując. Ucząc się. Starając. Jeśli więc chcesz osiągnąć sukces, musisz robić to samo. A jeśli nie – to cokolwiek Cię złego spotka, jest tym na co zasługujesz. W końcu mogłeś bardziej się starać. Ciężej pracować. To przekłada się też na oczekiwania społeczne. Pracowitość jest cnotą, pracoholizm takim „niby problemem” – czymś, co mówi się z taką przekorną dumą. (W odróżnieniu od innych uzależnień, np. od alkoholu czy od seksu.)

Rozwój (a zwłaszcza rozbój) osobisty niestety chętnie tą filozofię podejmuję i nagłaśnia. To dobre dla biznesu i to na dwa sposoby. Po pierwsze, odwzorowuje to przekonania i pragnienia wielu klientów, co zwiększa ich zaangażowanie. Po drugie, cóż, zdecydowanie ułatwia to sprzedaż. Jeśli wszystko czego potrzebujesz do sukcesu to pracować ciężej, lepiej, mądrzej, to doskonała okazja dla każdego kto obiecuje metody mające na to pozwolić.

Pod ten nurt podpina się też wiele osób indywidualnych, w tym wielu tzw. influencerów. W końcu jeśli bycie zajętym jest obecnie skrótem do bycia cnotliwym. Łatwo więc sygnalizować cnotę przez sygnalizację zajętości. Zobaczcie jakim jestem niesamowitym człowiekiem, bo jestem tak niesamowicie zajęty! A że jak sama nazwa wskazuje influencerzy influencują, to inni też „łapią się” na ten trend i zaczynają się chwalić. Mam znajomych chwalących się tym jak wiele robią, pokazujących różne swoje zadania i osiągnięcia, ale prywatnie przyznających, że potężnie nie dosypiają. I zwykle wiedzą, że mają z tym problem, ale gdy już weszli w „ciąg” to trudno im przestać. Bo „zajętość” banalnie łatwo staje się uzależnieniem. W końcu, pomijając wszystko inne, zbudowało się już pewien obraz siebie, do którego trzeba teraz się dostosować.


Do tego, niestety, bycie zajętym jest przez nas odbierane jako coś dobrego i dowód pracowitości.  Także przez nas samych. Trafiłem jakiś czas temu na eksperyment pewnego blogera, który naprzemiennie w niektórych tygodniach pracował 20h, a w innych 90h. Jego wydajność była praktycznie identyczna- jak mówił, w 90-tygodniowych robił obiektywnie może z kilka procent więcej. Jednocześnie czuł się jednak duuuuużo bardziej pracowity i zaangażowany. Oczywiście to anegdota, nie dowód – po prostu ilustracja pewnego trendu. Tak potrafią nas odbierać też inni, mimo, że, obiektywnie, nie są w stanie rozpoznać różnicy między realną ciężką pracą w nadgodzinach, a udawaniem takiej pracy. Powstają więc często patologiczne układy w firmach, gdzie „wypada” zostawać po godzinach. (Na szczęście powoli coraz więcej firm od tego odchodzi, uświadamiając sobie, że to po prostu niewydajne i szkodliwe.)


Technologiczna dostępność też ma swoje znaczenie. Gdy możesz pracować de facto wszędzie i z każdego miejsca, a jak nie pracować, to zaraz uczyć się nowego języka czy inaczej się rozwijać, to robi się duża pokusa, żeby to robić. Do tego inni często oczekują od nas dostępności w każdym momencie, co dodatkowo napędza problem.

Ale technologia i współczesny świat przyczyniają się do problemu jeszcze na jeden sposób. Poprzez ogromną ilość opcji, jaką nam dają. Skoro możesz robić tak wiele, uczyć się tak wielu rzeczy, do tego masz co i rusz przykłady tych ludzi robiących tak niesamowite rzeczy – to pojawia się presja by to wszystko robić. By „optymalnie” wykorzystać każdą sekundę. Uruchamia się FOMO, lęk przed przegapieniem czegoś fajnego i cennego. Presja by tego uniknąć.


Swoje robią też problemy typu syndrom oszusta. Ludzie nimi dotknięci często mają poczucie, że muszą pracować wyjątkowo ciężko, bo jeśli tego nie zrobią, inni odkryją, że nie są wcale tak dobrzy, na jakich wyglądali. (Jest to przy tym układ samonapędzający się – bo później taka osoba tłumaczy, że wypada tak dobrze tylko dlatego, że pracowała tak ciężko, a inni mają te same efekty pracując lżej.)


No i w końcu oszukuje nas też nasz mózg. Bardzo lubi on łączyć poczucie robienia wielu rzeczy (najlepiej na raz) z tym, że to co robimy jest ważne, cenne i efektywne. Nawet gdy nie ma to z tymi kwestiami nic wspólnego.


Te wszystkie kwestie- i pewnie wiele innych – łączą się w bardzo toksyczny pakiet. W standard kulturowy, który nas po prostu bardzo krzywdzi.


Co dalej?

Przełamanie kilkunastu czy kilkudziesięciu lat warunkowania nie jest łatwe. Wystąpienie przeciwko społecznym normom i oczekiwaniom, zwłaszcza budzącym duże poczucie winy, nie jest łatwe. Ucieczka przed złudnym poczuciem „robię wiele rzeczy, więc jestem pracowity i wydajny” jest trudna. Zatrzymanie myśli mówiących „rób coś, nie marnuj tak czasu, czemu dziś niczego nie zrobiłeś” jest czasem pracą na tygodnie czy miesiące. (Tak, dialogi wewnętrzne da się wyciszyć szybko, ale wciąż pracujemy i żyjemy w pewnych normach kulturowych i uodpornienie się na nie jest już większą kwestią.)

Tyle tylko, że – paradoksalnie – jeśli chcemy być wydajni i efektywni oraz szczęśliwsi, to nie mamy innej opcji. To jedna z tych rzadkich sytuacji, gdzie podjęcie jednej decyzji ma same plusy, gdzie to samo działanie zwiększa i efektywność i zadowolenie z życia. Ale tak, ma to swoją cenę – sama decyzja jest trudna do podjęcia i jeszcze trudniejsza do wprowadzenia.

Powodzenia.



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis