Nowe koncepcje w seksuologii

Zbliżam się powoli do końca mojej podyplomówki z seksuologii… I niespecjalnie nauczyłem się tam czegoś nowego, prawdę mówiąc. Jednak przy okazji samych studiów miałem okazję szlifować swoje kompetencje w innych źródłach i tu już było całkiem ciekawie. Dlatego pomyślałem, że chętnie podzielę się z Wami niektórymi spośród tych koncepcji i rozwiązań, które były dla mnie czymś nowym, ciekawym, a czasem odkrywającym zupełnie nową perspektywę.

CW: W niektórych punktach będziemy poruszali tematykę przemocy seksualnej (choć w kontekście, którego poznanie może być bardzo cenne dla osób, które doświadczyły takiej przemocy i pomóc im uporać się z takim doświadczeniem).

 

 

Odejście od zmedykalizowanego podejścia

Przez długi czas seksuologia była bardzo mocno zmedykalizowana. Nic dziwnego – w końcu jako dziedzina wychodziła z klasycznej medycyny. Pierwszy model podniecenia, opisany przez Masters’a i Johnson nie brał w ogóle pod uwagę kwestii pożądania prowadzącego do stosunku, jedynie etapy fizjologicznego podniecenia, plateu, orgazmu i odprężenia. Nic dziwnego, w końcu badał osoby, które przychodziły do ich laboratorium i były badane w takich warunkach. Nie tylko nie była to typowa próba (zwłaszcza w latach 60-tych), ale też nie były to typowe warunki. Dlatego z pracy Masters’a i Johnson wyszło wiele modeli pracy z zaburzeniami na tym etapie (np. zaburzenia orgazmu czy pochwicą), ale już niezbyt z osobami, których problemy dotyczą braku pożądania jako takiego. To pojawiło się dopiero w modelu Kaplan, która z kolei proponowała trójetapowy proces: pożądania, podniecenia i orgazmu. Model ten stał się podstawą używaną w podręcznikach diagnostycznych, a wynalezienie viagry stało się kolejnym silnym krokiem do zmedykalizowanego podejścia do seksualności: jeśli coś nie działa, to rozwiążemy to odpowiednią tabletką… Tyle tylko, że nie do końca to tak działało. Nie tylko nie udało się znaleźć „kobiecej viagry”, ale też wielu mężczyzn, których problemy z erekcją rozwiązywała pozornie niebieska tabletka… rezygnowało z jej przyjmowania. Wydawało się, że czegoś tu brakowało, że problemy w zakresie seksualności nie sprowadzają się tylko do tego jak silna będzie erekcja czy po jakim czasie pojawi się orgazm.

Pierwszym krokiem powrotu do bardziej psychologicznego rozumienia seksuologii był model podwójnej kontroli Janssena i Bancrofta*. Sugerują oni, że reakcja seksualna jest wynikiem interakcji między systemem aktywującym zachowania seksualne (SES – sexual excitation system) oraz systemem hamującym takie zachowania (SIS – sexual inhibition system). Dla przykładu, SES danej osoby może reagować na romantyczny nastrój, ale jej SIS jeszcze silniej reagować na stres codziennego życia. Co więcej, obydwa systemy mogą mieć różną wrażliwość, więc np. osoba o wrażliwym SES i mało wrażliwym SIS bardzo łatwo będzie pobudzona seksualnie i wiele będzie trzeba by jej to pobudzenie zredukować. I odwrotnie, osoba o mało wrażliwym SES i bardzo wrażliwym SIS nie tylko z trudem będzie w nastroju, ale i jej ten nastrój może bardzo łatwo zniknąć. Oczywiście możliwych jest wiele innych kombinacji, np. jednocześnie wysokie SES i SIS. W ramach tego modelu ważna jest praca zarówno nad kwestią czynników podniecających, jak i nad tymi, które podniecenie hamują. Rola psychiki robi się więc już większa.

Najświeższe nurty, takie jak Terapia Seksualna Oparta na Intymności (Intimacy-Based Sex Therapy) idą jeszcze o krok dalej, porzucając zmedykalinizowaną terminologię oraz cele terapii. Zamiast skupiać się na takich kwestiach jak „osiąganie” erekcji, „podtrzymywanie” erekcji, „osiąganie” orgazmu, „wytrwanie wystarczająco długo” w stosunku czy „uzyskiwanie” nawilżenia, terapie te idą w nieco innym kierunku. Starają się zmienić perspektywę pacjentów z podejścia „czy jestem wystarczająco twardy/nawilżona?” albo „czy nie dojdę za wcześnie” na dużo bardziej humanistyczne „czy to co się teraz dzieje sprawia mi przyjemność? czy jest przyjemne dla osoby z którą jestem?” Seks przestaje być zadaniem do zrealizowania, a zaczyna być postrzegany jako interakcja dwojga osób. Z dużą korzyścią dla wszystkich zaangażowanych.

 

Dlaczego to ważne: Seks u ludzi** nie jest tylko działaniem mechanicznym. To również – a może przede wszystkim – proces społeczny i emocjonalny. Próba spłycenia seksu tylko do mechaniki jest czasem wygodna, gdyż umożliwia uniknięcie konfrontacji z realnymi problemami i zamiecenie ich pod dywan. Realne przepracowanie problemów w tym zakresie jest jednak czymś, co wymaga podejścia na różnych poziomach. Kwestie zdrowia fizycznego są oczywiście bardzo istotne, ale nie mogą być jedynym, ani nawet nie głównym punktem skupienia pracy z większością problemów.

 

*Trzeba tu powiedzieć, że Bancroft miał niestety dużo syfu na sumieniu, między innymi stosowanie tortur/pseudoterapii konwersyjnej wobec pacjentów. Nie przekreśla to jednak modelu, którego był współtwórcą.

**jak również u wielu innych gatunków, no ale tu zajmujemy się ludźmi.

 

Niezależność podniecenie i reakcji pobudzenia

Kultura popularna, a zwłaszcza porno, nauczyły nas zrównywać podniecenie, pożądanie i pobudzenie. Jeśli facet kogoś pragnie, to staje mu członek. Jeśli kobieta kogoś pragnie, to jej wagina ulega lubrykacji. Podniecenie = twardy penis, mokra cipka, czego tu nie rozumieć?

W rzeczywistości oczywiście wiemy***, że w przynajmniej jedną stronę sprawy tak nie działają. Większość ludzi obecnie zdaje już sobie sprawę z tego, że u kobiety mogą się pojawić problemy z lubrykacją, a u mężczyzny zaburzenia erekcji. Rzadziej jednak pojawia się świadomość tego, że działa to też w drugą stronę. Że można mieć fizyczne pobudzenie organów płciowych bez odczuwania podniecenia****.

Jest tak dlatego, że podniecenie jest stanem psychicznym, związanym z naszą chęcią na szeroko rozumiane zachowania seksualne. Tymczasem pobudzenie jest automatyczną reakcją naszego mózgu na kontekst, który ten rozpoznaje jako seksualny. Oczywiście, automatyczna reakcja może być częścią pętli informacji zwrotnej, która doprowadzi też do emocjonalnej reakcji… Ale tylko może, zdecydowanie nie musi. Sytuację, w której pojawia się jeden z tych elementów, ale nie drugi nazywamy niezgodnością podniecenia (arousal nonconcordance). W badaniach w których pokazywano ludziom pornografię, pytano ich o podniecenie oraz mierzono ich pobudzenie (poprzez weryfikację napływu krwi do genitaliów), zgodność podniecenia i pobudzenia u mężczyzn wynosiła tylko 50%, a u kobiet zaledwie 10%. Choć media popularyzowały te wyniki jako „kobiety są podniecone dużo częściej niż chcą się przyznać nawet same przed sobą, genitalia nie kłamią”, była to błędna interpretacja. Trafną okazało się po prostu zrozumienie zjawiska niezgodności podniecenia.

Jak więc możemy ocenić, czy jesteśmy podnieceni? Po prostu zwracając uwagę na to jak się czujemy. Jak możemy dowiedzieć się, czy nasz partner/partnerka jest podniecony/a? Uwierzyć temu co nam mówi, po prostu. Owszem, fizjologia może być jakimś sygnałem, ale przy trafności 10-50%… No nie są to zachwycające szanse.

 

Dlaczego to ważne: Dla wielu osób świadomość tego będzie ogromną ulgą. Wielu mężczyzn wstydzi się tego, że mieli erekcję w reakcji na bodziec, który emocjonalnie był dla nich obrzydliwy (np. przemoc seksualną, zoofilię, itp.) Uświadomienie sobie tego, że reakcja ta oznaczała po prostu „ej, Twój mózg w automatyczny sposób zarejestrował tą sytuację jako kontekst seksualny”, a nie „ej, podnieca Cię Twoja siostra”, może być ogromną ulgą. Znaczenie ma to również w kontekście przemocy seksualnej – głównie wobec kobiet, ale oczywiście nie tylko. Lubrykacja w takim przypadku bywa traktowana jako argument/dowód na to, że takiej osobie sytuacja się podobała – no bo przecież gdyby się nie podobało, to nie byłoby lubrykacji! Dla sprawcy przemocy bywa to sposób na samousprawiedliwienie. Dla ofiary jeden z argumentów do autogaslightingu, przekonywania siebie, że „skoro była mokra, to musiała tego chcieć” i ogromnego poczucia winy. Zrozumienie niezgodności podniecenia pozwala dużo trafniej podejść do tych sytuacji.

Takie zrozumienie może także znacząco pomóc parom mającym różne trudności seksualne. Brak podniecenia jest bardzo często odbierany, przez obydwie płcie, jako forma odrzucenia. Myśli typu „Nie pociągam cię”, czy „Nie sprawdzam się jako mężczyzna”, itp. mogą być niezwykle toksyczne dla związku. Błędne wyobrażenie na temat nierozłączności pożądania i pobudzenia mogą sprawiać, że jedna z osób w związku będzie wręcz ignorować zapewnienia drugiej o faktycznym pożądaniu, z którym po prostu ciało nie chce współpracować, tym samym wprowadzając do związku masę napięcia i niszcząc wzajemne zaufanie.

***Niestety nie wszyscy, wciąż można znaleźć w necie absurdalne, ignoranckie komentarze typu „Widziałem dziś w drogerii faceta kupującego z dziewczyną lubrykant, jak on się nie wstydził tak publicznie przyznawać, że nie potrafi się zaspokoić swojej dziewczyny?” Dlatego raz jeszcze powtórzmy – reakcja pożądania i reakcja pobudzenia są oddzielnymi zjawiskami w rozumieniu seksuologii.

****To jeden z motywów nieco podważających słynne badania w których osoby silnie homofobiczne miały reagować większym podnieceniem na gejowskie porno, co popularnie było interpretowane jako oznaka wypieranej homoseksualności. W rzeczywistości jednak to co mierzono to reakcję genitalną, a więc reakcję pobudzenia. W świetle omawianych treści można to więc równie dobrze interpretować jako „osoby silnie homofobiczne są bardziej wrażliwe na dostrzeganie sygnałów seksualnych w otoczeniu, a o ich podnieceniu nic nie możemy na tej podstawie powiedzieć.”

 

 

Niezależność orgazmu i przyjemności

Niezgodność dotyczy nie tylko podniecenia. Może też dotyczyć orgazmu. Orgazm jest bowiem po prostu gwałtownym, niekontrolowanym ujściem napięcia seksualnego. Owszem, często jest przyjemny, czy bezpośrednio, czy też pośrednio (innym przykładem takiej pośredniej przyjemności jest ulga po opróżnieniu pęcherza, który był już bardzo napełniony). Nie musi tak jednak być. Ba, orgazm może być wręcz nieprzyjemny. (Doświadcza tego np. wiele osób masturbujących się regularnie dla zredukowania stresu. Taki orgazm nieco redukuje napięcie, ale niekoniecznie jest przyjemny, a i samo napięcie często wciąż pozostaje wysokie. Albo wręcz rośnie, ze względu na poczucie winy, jeśli ktoś uznaje masturbację za coś złego.) Co więcej, nie musi też dotyczyć genitaliów, ani wymagać ich stymulacji. Może mieć miejsce w przypadkowej sytuacji, ku zaskoczeniu osoby go doświadczającej. Ba, nie ma nawet absolutnie uniwersalnych indykatorów orgazmu – o ile niektóre występują u większości osób (np. przerywany oddech czy niekontrolowane napięcia mięśni), o tyle nawet tu wyjątki dotyczą kilkunastu procent osób. Fizyczne indykatory nie mówią nam też nic o tym, jak intensywny był subiektywnie przeżywany orgazm. Z tego też względu nie ma czegoś takiego jak „prawidłowy” orgazm. Jest po prostu to jak reaguje dane ciało, w całej jego złożoności.

Trzeba też podkreślić, że dotyczy to obydwu płci. Owszem, podobnie jak w wypadku niezgodności podniecenia, również w przypadku orgazmu u mężczyzn jest on częściej wiązany z odczuwaniem przyjemności, ale trudno nawet odpowiedzieć na ile mamy tu do czynienia choćby z kwestią uwarunkowań kulturowych. Niezależnie od genezy, także dla mężczyzn przyjemność seksualna nie musi być bezpośrednio powiązana z orgazmem. Można uprawiać mało przyjemny seks zakończony niesatysfakcjonującym orgazmem. Można też uprawiać bardzo przyjemny seks, w którym do orgazmu nie dochodzi. Opcji jest wiele i ważniejsze jest eksplorowanie tego, co Wam sprawia przyjemność, niż przestrzeganie jakiegoś domyślnego standardu.

 

Dlaczego to ważne:  Może to zdjąć dużą presję z osób, dla których orgazm nie był istotny, ale które nadmiernie się na nim skupiały czy ze względu na oczekiwania partnera/partnerki („orgazm drugiej osoby jest sprawdzianem moich zdolności w łóżku”, co de facto jest bardzo instrumentalnym podejściem do drugiej osoby), czy ze względu na narzucone sobie standardy kulturowe. Może to również zrobić ogromną różnicę w przypadku wielu ofiar gwałtu, które obwiniają się o automatyczną reakcję swojego ciała. W ramach klasycznego modelu gwałt miałby być rzekomym dowodem na to, że całe doświadczenie było dla ofiary jednak przyjemne, w końcu doświadczyła orgazmu. To z kolei u osób, które miały takie przeżycie budziło ogromną mieszankę wstydu, wątpliwości, autogaslightingu, itp. Zrozumienie, że to po prostu ciało reagujące, automatycznie, na napięcie seksualne, a nie jakakolwiek forma zgody na zaistniałą sytuację jest dla takich osób bardzo ważne.

 

Odejście od penetracjocentryzmu

Wszystkie powyższe kwestie są głęboko powiązane z jednym z podstawowych problemów w naszym myśleniu o seksie. Jest nim założenie, że podstawowym wzorcem seksualności jest seksualność męska, a w szczególności penetracja waginy przy użyciu penisa. To od tej bazy wyznaczało się przez lata normy seksualne. (Przedwczesny wytrysk to wytrysk poniżej 15-30 sekund od penetracji? Oczekiwanie orgazmu „waginalnego” – czyli w praktyce po prostu orgazmu podczas penetracji waginalnej bez dodatkowej stymulacji – u kobiet, choć u większości jest to bardzo trudne, a u części niemożliwe, z przyczyn czysto anatomicznych?) To tą „bazę” próbowano zapewnić. To ona miała decydować o zdrowiu seksualnym lub jego braku. To do niej porównywano seksualność kobiet i próbowano ją stosownie „skorygować”.

Dziś już wiemy, że jest to głupotą. Wzięcie niewielkiego wycinka ogromnej sfery, jaką jest seksualność i zrobienie z niego esencji i sedna całego seksu jest po prostu absurdem. Absurdem ignorującym ogromne grupy osób, dla których penetracja nie jest ważnym czy atrakcyjnym aspektem seksualności (np. wiele par homoseksualnych, par seniorów, czy po prostu par heteroseksualnych dla których inne zachowania seksualne są bardziej atrakcyjne niż klasyczna penetracja). Absurdem napędzającym dużą część homofobicznych urojeń, bo przecież obsesyjne skupienie homofobów na kwestii seksu analnego jest bezpośrednią pochodną tego, że w ich głowach seks=penetracja. Absurdem, który próbuje wepchnąć wszystkich w jedną, wąską kategorię, podczas gdy seksualność jest czymś szalenie bogatym.

 

Dlaczego to ważne: Bo seksualność jest czymś tak niesamowicie bogatym, że spłycanie jej do penetracji penis-wagina jest ogromnym robieniem sobie krzywdy. Tym bardziej, że nie chodzi tu o sytuację, w której dana osoba świadomie sprawdziła szereg różnych opcji, po czym stwierdziła „a nie, to jest dla mnie najfajniejsze, chcę robić tylko to”. Tu nie ma nawet cienia próby innych możliwości.

 

Nowe granice seksualności

Wraz z odejściem od penetracjocentryzmu możliwe jest dużo szersze spojrzenie na seksualność. Jednym z jego efektów jest redefinicja tego, czym jest seks. Wspomniana Terapia Seksualna Oparta na Intymności definiuje na przykład seks jako „Tworzenie wzajemnej erotycznej przyjemności, niezależnie od formy, jaką będzie ona przyjmować.” W tym rozumieniu seks odpływa mocno od kwestii penetracji czy orgazmów, na rzecz wspólnego dbania o siebie, w kontekście erotycznym.

Jasne, ta definicja ma swoje ograniczenia. Trudno ją na przykład próbować stosować przy identyfikowaniu czy dane zachowanie było formą przemocy seksualnej, czy nie. W kontekście prawnym będziemy więc potrzebować innych definicji. Jednak w podejściu do zdrowej seksualności taka definicja jest bardzo cenna. Zmienia zadaniowość seksu we wspólne doświadczenie. Pozwala skupić się na wzmocnieniu reaktywności seksualnej, a nie na spełnianiu jakichś zewnętrznych norm, które mogą nie być istotne dla danej osoby. Pozwala na spojrzenie na stosunki bardziej wielowymiarowo i zamiast zero-jedynkowego sygnału typu „mam/nie mam ochoty na seks” umożliwia bardziej otwarte omawianie tego, na co w danej sytuacji masz siłę i ochotę. Przecież np. w kontekście ruchu fizycznego nie zawsze masz ochotę na intensywny trening squasha, czasem możesz mieć ochotę na wolny spacer – i zapewne nie masz problemów z zakomunikowaniem tego. W kontekście jedzenia nie zawsze masz ochotę na wielki posiłek, czasem chcesz zjeść owoc, albo wypić kawę i zjeść kawałeczek ciasta – i tu również zapewne nie masz kłopotów ze wskazaniem co byłoby odpowiednią porcją, a co nie.  W przypadku seksu mamy jednak dużo większą tendencje do zero-jedynkowości, co będzie często prowadziło albo do zbyt ostrego przycinania inicjatywy jednej ze stron, albo przeciwnie, do zmuszania się do czegoś, co niekoniecznie nam akurat pasuje. (Choć, paradoksalnie, mogłoby zacząć pasować, gdybyśmy najpierw zaczęli od czegoś delikatniejszego, bez presji na to, że musi się to przemienić w coś innego.) Rozszerzenie granic seksualności z domniemanego stosunku penetracyjnego, albo „przynajmniej” stosunku oralnego czy wzajemnej masturbacji na całą masę innych zachowań daje tutaj dużo większą swobodę, ułatwia też szczerość i otwarte mówienie o swoich granicach, także granicach w danej chwili.

 

IBST sugeruje tutaj trzy zasady komunikacji, które mają bardzo dużo sensu:
1) Komunikujemy się absolutnie szczerze. Cokolwiek innego niszczy zaufanie.

2) Jest nieskończona ilość możliwych sposobów na wspólne doświadczanie przyjemności, a odmowa seksu niekoniecznie jest odmową intymnego kontaktu, może być wręcz np. tylko odmową niektórych zachowań. Zdecydowanie nie jest też odrzuceniem drugiej osoby.

3) W odpowiedzi na zaproszenie seksualne należy jasno wskazać swój poziom zainteresowania. Jeśli jesteś w stanie, wskaż na takie rzeczy, które Cię interesują, albo na czas gdy możesz mieć większą chęć na zachowania seksualne czy na wspólne spędzanie czasu.

 

IBST sugeruje również wprowadzenie szeregu zachowań seksualnych na sytuacje, gdy nie mamy siły, czasu, spokoju umysłu itp. na dłuższą interakcję. Określa je mianem „seksu na tygodniu” w odróżnieniu od „seksu weekendowego/randkowego” uprawianego gdy jest więcej czasu i zasobów. W momencie gdy podchodzimy do seksu jako do wszelkiego rodzaju zachowań erotycznych skupionych na wzajemnej przyjemności, okazuje się, że jest bardzo wiele zachowań, które mogą być przyjemne, erotyczne, a jednocześnie relaksujące i nie budujące presji na to, by przerodziły się w cokolwiek więcej. Może to być coś tak prostego jak przytulanie „na łyżeczkę”, krótka stymulacja genitaliów czy piersi drugiej osoby bez zamiaru rozbudzenia pożądania. Może to być przytulanie i głaskanie drugiej osoby, która sama doprowadzi się do orgazmu, albo penetracja bez ruchów frykcyjnych, podczas której obydwoje partnerów po prostu leży przy sobie. Celem jest bliskość, a nie budowanie napięcia seksualnego, które wymagałoby wypuszczenia w formie orgazmu.

 

Dlaczego to ważne: Przejście na szerszy model seksualności pozwala dostrzec, że seks – w różnej intensywności – jest absolutnie wszędzie. Że jest czymś, co może się pojawić w dowolnym miejscu i momencie między parą zainteresowanych osób. Prywatnie i publicznie. Długo i krótko. Intensywnie i subtelnie. Tak postrzegane życie staje się jednocześnie dużo bardziej erotyczne i (może nieco paradoksalnie) dużo mniej obciążone presją na seks. Ten bowiem nie musi już oznaczać większego wysiłku czy zobowiązania, które – jakkolwiek przyjemne by nie były – niekiedy po prostu wykraczają poza nasze siły i możliwości.

 

Prawdziwa otwartość w seksie

Jednym z najciekawszych nowych trendów jest propozycja prawdziwie szczerej komunikacji w łóżku. Nie chodzi tu o mówienie o swoich preferencjach i potrzebach, typu „dotykaj tutaj, ale trochę mocniej  i nieco wolniej”. To ważne i cenne, ale już w miarę dobrze znane (choć oczywiście dla wielu par owszem, będzie to nowością, niestety). Nie chodzi o dzielenie się swoimi fantazjami seksualnymi, choć to niewątpliwie wartościowa rzecz. Nie chodzi też pornogadkę typu „mocniej, więcej, rżnij mnie!”, która niektórym może przypasować (a dla innych będzie dość komiczna – i każdy ma prawo do swojego odbioru i potrzeb).

Nie, ten nurt idzie o krok dalej, do prawdziwej intymności. Do otwarcia się z drugą osobą w łóżku na tyle, żeby mówić o tych rzeczach, których się wstydzimy czy boimy powiedzieć. I nie chodzi tu o przyznanie się do tego, że fantazjujemy o erotycznym czworokącie z partnerką, jej chomikiem (tu wstawić dowolny stary mem chomikach wykorzystywanych seksualnie) i jej pradziadkiem. Którego trzeba wcześniej wykopać. A wszystko w kryształowej gablocie na środku największego ronda w mieście. Podczas marszu najmniej lubianej przez nas partii politycznej.

 

Nie, chodzi o przyznanie się do czegoś dużo bardziej przerażającego i niekomfortowego, niż ta absurdalna*****  sytuacja, którą opisałem powyżej.

  • Na przykład do tego, że coś nam się nudzi.
  • Albo, że w sumie to nie wiemy po co coś robimy w danym momencie.
  • Albo, że czujemy się źle, bo oczekiwalibyśmy, żeby druga osoba bardziej/mniej na coś reagowała niż reaguje.
  • Albo, że boimy się, że nam nie powie, jeśli coś jej się nie spodoba.
  • Albo, że czujemy że to my powinniśmy bardziej doceniać lub bardziej reagować na to, co druga osoba robi dla nas.
  • Albo, że gdy zadaje nam pytanie o nasze potrzeby, to trudno nam na nie odpowiedzieć, bo ich nie rozpoznajemy zbyt wyraźnie.
  • Albo, że mamy wrażenie, że druga osoba chce żebyśmy coś  zrobili, ale nie potrafimy się domyślić o co chodzi.
  • Albo, że martwimy się, że tym razem średnio wszystko idzie.

 

Większość osób ma kłopoty z wyobrażeniem sobie powiedzenia w łóżku którejkolwiek z tych rzeczy, a co dopiero wszystkich. Bo koniec końców w łóżku zwykle też podgrywamy. Bardziej seksualnych i zmysłowych, bardziej kompetentnych i kontrolujących, czujących sytuację dużo lepiej, niż faktycznie ja czujemy. Jasne, taka gra może mieć swoją wartość w ramach np. odgrywania ról w S&M. Problem w tym, że zwykle gramy tak po prostu, bez żadnego umówionego odgrywania ról. A jednak staramy się utrzymać swoją rolę i staramy się wspierać drugą osobę w utrzymaniu jej roli.

Tylko to potwornie szkodzi faktycznej intymności. Bo w takiej sytuacji nie jesteśmy w łóżku z drugą osobą. Z jej neurotyzmami, obawami, ekscentryzmami, krótką uwagą, z tym co sobie faktycznie myśli i faktycznie czuje, nawet jeśli te myśli i uczucia nie wpisują się idealnie w narrację tego jak prawidłowo powinno wyglądać pójście do łóżka.

 

Ten fascynujący nowy nurt w seksuologii to właśnie rozmowy o takich rzeczach. To odsłonięcie się do gołego mięsa, do tego co w nas jednocześnie najbardziej szczere i najbardziej wrażliwe – a przez to też najbardziej intymne. Nie dla każdego i nie w każdej sytuacji. Ale tam, gdzie może zadziałać, może budować niesamowitą bliskość.

 

Dlaczego to ważne: Bo o ile na odgrywanie ról jest w seksie miejsce, to seks nie powinien być tylko odgrywaniem ról. Oraz bo takie podejście do tego typu myśli, zamiast prób ich odrzucenia czy zignorowania wydaje się dawać lepsze efekty kliniczne.

*****Czy aby?!******

******Tak, aby. Tak.

 

Nie ma czegoś takiego jak popęd seksualny! (Ale możemy mówić o motywacji seksualnej)

To była dla mnie jedna z tych drobnych zmian, które mocno przestawiają pewne kwestie w głowie: seksualność nie jest popędem. Mówienie o popędzie seksualnym jest błędem.

Nie znaczy to, że nie mamy jako ludzie*******  naturalnej chęci na uprawianie seksu. Jest to jednak MOTYWACJA, a nie POPĘD.

Biologiczny popęd jest bowiem definiowany jako „wewnętrzny stan motywacyjny, generowany przez niedobór lub wyczerpanie potrzebnej substancji (np. tlenu), generujący zachowanie mające na celu przywrócenie zaburzonej równowagi”. Lub, jak to ponad pół wieku temu ujął etolog Frank Beach „Nikt nigdy nie doświadczył uszkodzenia tkanek w wyniku braku seksu.” Biologiczne popędy dbają o to, żeby zachować Cię przy życiu. Jasne, rozmnażanie długoterminowo też jest biologicznie ważne, ale dożycie do szansy na rozmnażanie jest ważniejsze. Popędy będą więc odpowiadały za Twoje nawodnienie, najedzenie, sen, ogrzanie – rzeczy, których zaniedbanie prowadzi do szybkiego uszkodzenia ciała i zgonu. Brak seksu Cię nie zabije. Może być nieprzyjemny, ale naprawdę nie jest terminalny. Bo seks jest motywacją. Naturalną, wbudowaną w nas na twardo, tak jak preferencja dla cukrów i tłuszczy w pożywieniu, ale tylko motywacją.

Dlaczego więc mówimy o popędzie seksualnym? W gruncie rzeczy nie jest to jasne, ale prawdopodobnie winny jest tu dziadek Freud, z jego parą sugerowanych pierwotnych popędów, Erosem i Thanatosem. Tyle tylko, że o tym drugim wszyscy zapomnieliśmy, ale ten pierwszy ma się wyjątkowo dobrze w naszej zbiorowej wyobraźni. Co gorsza, termin ten wszedł do tak powszechnego użycia, że pojawia się w zasadzie wszędzie w literaturze, mimo tego jak bardzo jest błędny.

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że to trywialna różnica. Popęd, motywacja, na jedno wychodzi, prawda?

 

No nie do końca. Bo nawet jeśli coś jest ważną motywacją, to jednak odbieramy to zdecydowanie inaczej, niż gdy jest popędem. Bo jak wskazaliśmy wcześniej, popęd jest czymś, czego zaspokojenie jest nam niezbędne do życia i czego występowanie jest naturalne. Jeśli więc ktoś posuwa się np. do przemocy by zaspokoić swój popęd, to będziemy na takie zachowanie patrzeć bardziej łaskawym okiem, niż gdyby posunął się do takiej samej przemocy by zaspokoić swoją silną motywację. Co z kolei kształtuje to jak postrzegamy przemoc seksualną, z całą masą racjonalizacji i usprawiedliwiania sprawców. „Nie mógł się powstrzymać”, „musiał sobie jakoś ulżyć”, „faceci tak mają”. Te i wiele innych racjonalizacji przechodzi dużo słabiej, gdy mówimy o motywacji, a nie o popędzie. Choć uzależnienie od alkoholu czy narkotyków potrafi generować dużo silniejszą motywację, niż jakakolwiek motywacja seksualna (i w niektórych przypadkach de facto wchodzić na poziom popędu, gdyż np. zbyt gwałtowne odstawienie może być groźne dla życia takiej osoby), jesteśmy dużo mniej skłonni do usprawiedliwiania takich osób przez „nie mógł się powstrzymać”, „musiała sobie jakoś ulżyć” czy „alkoholicy tak mają”.

Rozróżnienie między popędem i motywacją jest też istotne w drugą stronę. Dla tych, którzy dotychczas czuli, że z nimi coś nie tak, bo mieli „za mały” „popęd” seksualny, albo w ogóle go nie mieli, zrozumienie tego, że to po prostu motywacja – jasne, naturalnie występująca i silna, ale nie absolutna – ułatwia lepsze zrozumienie i zaakceptowanie siebie. W końcu są ludzie, którzy nie lubią słodkiego, albo tłustego, a nawet tacy, którzy nie lubią ani jednego ani drugiego. Po prostu ich motywacja względem tych nagród jest dużo mniejsza. Podobnie może to funkcjonować z seksem.

 

Dlaczego to ważne: Tak jak wskazałem powyżej, zmiana myślenia o seksualności z popędu na motywację prowadzi do głębokiego przewartościowania wielu obszarów.

*******a przynajmniej większość z nas ma, w końcu są też osoby aseksualne

 

Stopniowe otwarcie na mniej powszechne upodobania seksualne, np. poliamorię czy sadomasochizm

Jedną z rzeczy, które mnie zaskoczyły w seksuologii jest to, jak bardzo konserwatywna, w gruncie rzeczy, to dziedzina. Paradoksalnie wydaje się, że współczesne pokolenia (przynajmniej te, które są zainteresowane tematem), są nieporównywalnie bardziej otwarte, niż większość osób, która – wydawałoby się – zjadła na pracy z pacjentami seksuologicznymi zęby. Pamiętam, jak na studiach plan jednej z wykładowczyń na zajęcia po prostu się posypał, bo była ona przeświadczona, że jako grupa studentów będziemy mieli negatywne podejścia do takich kwestii jak poliamoria, podczas gdy spotkały się one z dość masowym „jak im pasuje to super, miłej zabawy” tudzież z niektórymi osobami dzielącymi się swoimi doświadczeniami z takich relacji. O ile bowiem w badaniach postawy seksuologów wobec osób w związkach poliamorycznych okazują się dość negatywne, o tyle poglądy na takie relacje u osób z pokolenia X czy (zwłaszcza) pokolenia Y okazują się dużo bardziej otwarte.

Również sadomasochizm odbierany jest, także przez wielu fachowców, bardzo negatywnie, jako przejaw psychologicznych dysfunkcji, mimo badań pokazujących, że przeciętna osoba z kręgów S&M jest wręcz lepiej dostosowana społecznie, niż przeciętna osoba spoza takich kręgów. To także się zmienia, ale dość powoli i raczej jako zmiana pokoleniowa.

Koniec końców wydaje się, że seksuologia jest jednak bardzo głęboko osadzona w kulturowych standardach moralności i normalności. Dlatego dopiero pokoleniowa zmiana warty daje szanse na przetasowanie i większą otwartość w tym zakresie. Dobra wiadomość jest taka, że ta zmiana nadchodzi wielkimi krokami, możemy więc oczekiwać bardzo ciekawych postępów w tej dziedzinie w najbliższych dekadach. O ile na ten moment osobiście nie kusi mnie żadna z powyższych opcji, o tyle cieszę się z tego, że większa ich popularność przełoży się na większe poczucie akceptacji i dobrostanu osób o takich preferencjach. A jeszcze bardziej cieszę się na myśl o nadchodzących nowych rozwiązaniach w dziedzinie. Zwłaszcza, że jest to dość świeże pole, w którym możliwych jest wiele postępów.

 


Masz pytanie z zakresu kompetencji miękkich/soft skills? Kanał Self Overflow dostarcza odpowiedzi z tego zakresu, dostosowanych w szczególności do potrzeb osób z sektora IT. Co tydzień nowe filmy z odpowiedziami na pytania od naszych widzów!

Przykładowe pytania: