Wielka manipulacja odpowiedzialności za zanieczyszczenia…

Jako sceptyk naukowy regularnie spotykam się z niezliczonymi teoriami spiskowymi. A to big pharma ukrywa lek na raka. A to lądowanie na księżycu było sfałszowane. A to Kennedy’ego zabiliśmy my reptilianie, bo chciał nas ich ujawnić. A to ziemia jest tak naprawdę płaska, tylko NASA to ukrywa by mieć fundusze (albo coś, nie do końca oganiam tą ostatnią teorię).

 

W tych wszystkich teoriach jest wiele ciekawego – mówią nam dużo o tym jak działa ludzki mózg, jak łączymy fakty, itp. Jest jednak jedna rzecz, która mnie wyjątkowo fascynuje. O ile większość tych teorii ma spory obszar wspólny – ludzi, którzy wierzą w kilka-kilkanaście na raz…

 

Co jednak niezwykłe – ale to tak naprawdę, wręcz statystycznie niezwykłe – nie spotkałem dotąd nikogo, kto łączyłby te fikcyjne teorie spiskowe z prawdziwymi spiskami. Najczęściej spiskami prowadzonymi bardzo otwarcie, historycznie wykazanymi… ale jednocześnie mocno przenikającymi naszą kulturę. Nie będzie zaskoczeniem, że większość tych spisków była motywowana po prostu zyskami, najczęściej dla dużych firm.

Dlaczego wierzysz w to co wierzysz?

Klasycznym przykładem takiego spisku była kampania prowadzona na początku XX wieku przeciwko przechodzeniu w niedozwolonym miejscu. Dziś wydaje się nam ona czymś niewinnym i oczywistym – no przecież chodziło o ochronę życia pieszych…

 

Tyle, że to właśnie ta kampania stała się jednym z elementów obecnego ukształtowania USA, gdzie bez samochodu ani rusz! Początkowe przepisy zakładały bowiem równość różnych użytkowników dróg. To jednak nie pasowało firmom produkującym samochody – bo w efekcie wszelkie wypadki z wykorzystaniem ich produktów były interpretowane jako wina samochodu, a to nie budowało dobrego wizerunku.

 

Rozpoczęły więc kampanię przeciwko tzw. „jaywalkingowi” (przechodzeniu przez ulicę poza pasami), popularyzując ten termin, w tamtym okresie dość ofensywny („jay” było wówczas obelgą). W efekcie doprowadziły stopniowo do zmiany wyobrażeń na temat dróg – to samochody stały się ich głównymi użytkownikami i to pod samochody zaczęto je kształtować. Piesi i ich prawa zeszły na pobocze, dosłownie i w przenośni.

 

Taka zmiana drastycznie wpłynęła na infrastrukturę i planowanie przestrzenne USA przez kolejne stulecie. Pośrednio wpłynęła na całą resztę świata. Dała też nam określone kulturowe wyobrażenie o pozycji pieszych i kierowców na drodze. (To samo wyobrażenie, które sprawia, że dziś postrzegamy wspomnianą kampanię jako coś niewinnego i oczywistego). A wszystko w wyniku spisku grupy producentów samochodów by zmienić publiczne postrzeganie ich produktów.

 

Jak korporacje kształtują nasz światopogląd…

Podobne spiski prowadzone są regularnie i w wielu branżach. Oczywiście, rzadko kiedy bezpośrednio. Nikt nie uwierzy w informacje producenta napojów odnośnie potrzeby ich picia. Ale już informacje Centrum ds Odpowiedniego Nawodnienia – finansowanego przypadkiem przez takiego producenta? To co innego! (Bardzo fajną ilustracją, ironiczną, ale mocno osadzoną w rzeczywistości takich działań, jest film „Thank you for smoking„, polecam.) Ogromna część naszych popularnych wyobrażeń na temat świata jest efektem długotrwałego marketingu. Przykładów mamy bez liku:

 

  • Musisz pić osiem szklanek wody dziennie? Intensywny marketing firm sprzedających napoje. W rzeczywistości większość wody przyjmujemy z pożywieniem, pić powinniśmy tyle ile po prostu czujemy, że potrzebujemy.
  • Materac należy wymieniać do osiem lat? Cóż, tylko według organizacji stworzonej przez producentów materacy. W rzeczywistości dużo zależy od zużycia, Twoich nawyków w spaniu, jakości materacu i szeregu innych czynników.
  • Kobiety powinny golić nogi czy pachy? Cóż, dopiero od czasu gdy Gilette w latach 20-tych XX wieku szukali nowych klientów na swoje maszynki wielokrotnego użycia. A dokładniej – klientek. Przekonali więc reklamami kobiety, że w Europie nową modą jest depilacja, a kobiety powinny się wstydzić włosów pod pachami czy na nogach.
  • Diamentowy pierścionek jest niezbędnym elementem oświadczyn? Tylko od kampanii reklamowej kartelu DeBeers z 1948…
  • Bekon jest zajebisty? (Tak, wiem, sam jestem w to wkręcony… ) Tylko od czasu wspólnych kampanii reklamowych przemysłu mięsnego i fast-foodów w USA.
  • Borówki amerykańskie, jagody acai i inne „superpokarmy”? Zostały odpowiednio wypromowane przez stosownych producentów, gdy akurat rynki na nie nie były zbyt duże.

Mit odpowiedzialności indywidualnej

Listę moglibyśmy ciągnąć niemal w nieskończoność, a temat jest fascynujący i pewnie do niego kiedyś wrócę. Dziś jednak chciałem się zająć czymś, co w świetle drastycznego zagrożenia zmianami klimatycznymi jest tematem bardzo aktualnym. Spiskiem korporacji, które przerzuciły odpowiedzialność za zanieczyszczenie na indywidualnych klientów – choć to one czerpią z tego zyski. (Jest to przykład zjawiska tzw. efektów zewnętrznych, o którym pisałem tutaj.)

 

Takie działania zaczęły się już w latach 50-tych XX wieku. Gdy stan Vermont próbował narzucić ustawami obowiązek wykorzystywania opakowań wielokrotnego użytku, korporacje przeszły do ofensywy, tworząc organizację Keep America Beautiful (Utrzymaj Amerykę Piękną), która skupiła się na akcjach sprzątania śmieci, montowania popielniczek w miejscach publicznych i nie śmiecenia w takich miejscach. Tym samym odciągały uwagę od akcji na rzecz opakowań wielokrotnego użytku i podobnych rozwiązań, które byłyby zdrowsze dla wszystkich… za wyjątkiem rentowności firm stojących za Keep America Beautiful. W końcu cola w plastiku po prostu wychodzi taniej (dla producenta)… Popielniczki w parkach i na plażach są bardziej opłacalne dla Philip-Morris niż zakazy palenia w tych miejscach. Jeszcze za sprzątanie zapłaci podatnik. W porównaniu z tymi oszczędnościami, kilka milionów sypniętych takim organizacjom to dla korporacji żadne pieniądze – zwłaszcza, że zwykle działają w takich projektach wspólnie, bo „każdemu” się to opłaca.

 

Tymczasem fakty są takie, że zaledwie sto firm odpowiada za 71% całej globalnej produkcji CO2 od 1988 roku. Co więcej, ponieważ decyzje zarządów korporacji motywowane są ceną akcji, a ta związana jest z tempem rozwoju firmy, korporacje mają bardzo niewielką motywację by ograniczyć tą produkcje i zapotrzebowanie na swoją ofertę. Przeciwnie, ideałem z perspektywy korporacji jest bezmyślny konsumpcjonizm, kupowanie jak najwięcej, jak najczęstsza wymiana dóbr na nowe, itp. W tym celu stosują szereg strategii, łącznie z mocno nieuczciwymi typu „planowane postarzanie produktu„, wg. których produkty są celowo produkowane tak, by po określonym czasie stawały się bezużyteczne. Przede wszystkim jednak po prostu stają na głowie, by budować nasze zapotrzebowanie na ich produkty. Jednocześnie zaś – tak jak robiły to w kontekście śmiecenia – radośnie przerzucają odpowiedzialność za konsekwencje swoich strategii na klienta.

 

To strasznie wygodny układ dla korporacji. Mogą non stop, w coraz bardziej wyrafinowany sposób namawiać Cię do kupowania kolejnych swoich produktów… A jednocześnie obarczać Ciebie całkowitą winą za to, że faktycznie je kupujesz. To nie ich wina, że ulegasz.

Jesteś dorosła.

Duży z Ciebie facet.

Sama za siebie decydujesz.

Przecież Ty jesteś odpowiedzialny za swoje decyzje.

To nie wina korporacji, że podejmujesz takie, a nie inne decyzje. To nie wina ich marketingu, że uważasz to, co uważasz. To nie wina ich wpływu, warunkowania, itp. że kupujesz za dużo. Że marnujesz. A te batoniki przy kasie to tak zupełnym przypadkiem. Tak jak ten rozpylany zapach świeżo wypiekanego chleba. Nie wspominajmy o tym, nie ma o czym. Idźmy dalej, nie  ma tu na co patrzeć.

 

Jesteś odpowiedzialna za swoje decyzje. Sam za siebie decydujesz. Ale jesteś też człowiekiem. Podatnym na superbodźce. Podatnym na szereg innych wpływów psychologicznych, na których eksploracje i marketingową implementacje korpo wydają coraz większe pieniądze. To wbudowane w Ciebie, na głębokim poziomie, przekraczającym zakres świadomej decyzyjności. Jakkolwiek firmom wygodnie jest umywać ręce i przerzucać tą odpowiedzialność na Ciebie.

 

Zresztą, to nie jest tak, że one nie mają za uszami swojego marnotrawstwa. Mają i to kolosalne, bo produkują różne rzeczy na dużo większą skalę. Tylko lepiej się z nim kryją. Po prostu, w przypadku biznesu i klientów indywidualnych stosuje się, delikatnie mówiąc, inne miary. Jak Ty wyrzucisz nadpsutą pierś kurczaka to kosza, to jest to marnotrawstwo żywności. Ale jak hodowcy padnie 10% stada w wyniku złych warunków przetrzymywania, to nie jest to marnotrawstwo żywności.  To są straty produkcyjne. Jak sklep nie kupi warzyw czy owoców, bo mają drobne plamki i już „nie nadają się do sprzedaży” bo nie są absolutnie idealnie kształtne, jak te niekupione i niezebrane produkty rolne gniją na krzaku, nie jest to klasyfikowane jako śmieć żywieniowy. Inaczej się kwalifikuje, inaczej się liczy. Środowiska to oczywiście nie obchodzi, ale buduje zupełnie inny obraz i pozwala dalej obciążać winą głównie klienta. (Jeśli interesuje Cię ten temat bardziej, fajne omówienie znajdziesz np. w książce  „Na Marne”.)

 

A, czy wspominałem, że liczne badania pokazują, że poczucie winy zmniejsza zdolność do racjonalnego podejmowania decyzji… Więc im bardziej klienci czują się winni, tym większa szansa, że zaraz ZNOWU coś sobie kupią „na poprawę nastroju”? A mówią, że perpetuum mobile nie może działać…

 

Samemu nic nie zdziałamy

Mam kilka osób znajomych MOCNO zaangażowanych w redukcję swojego śladu węglowego i ekologicznego w ogóle. Tak mocno-mocno, że robią rzeczy, które dla mnie są już dość ekstremalne. Jedna z nich ostatnio była mimo wszystko ostro przybita, gdy wyszło jej, że nawet trzymając się jej standardów, i tak przekracza niezbędne dla planety maximum obciążenia o 70%. To dużo lepiej niż większość ludzi – i nic dziwnego, bo ta osoba naprawdę hardkorowo się stara. Tylko co z tego, skoro to i tak nie wystarcza?

 

A nie wystarcza, bo indywidualnie naprawdę niewiele da się zrobić. Tu potrzeba zmian systemowych. Realistycznie indywidualny wysiłek po prostu nie ma znaczenia w skali globalnej. No, może za wyjątkiem rezygnacji z dzieci (lub, rzecz jasna, zabicia czyichś – nie zachęcam, ale przekłada się to na podobny spadek śladu węglowego…). Może nam się pozwolić łatwiej przystosować do zmian, które prawdopodobnie i tak nadejdą. Na pewno też pozwolą nam indywidualnie poczuć się lepiej, mieć poczucie (jakkolwiek złudne), że jakoś się przyczyniliśmy do ważnej sprawy.

 

Ale koniec końców tym co potrzebujemy to zmiany systemowe. Decyzje na poziomie rządów, które z kolei ograniczą korporacje. Bo korporacje same niczego z siebie nie zrobią. A przynajmniej niczego poważnego. Bo ich indywidualni decydenci mogą nawet racjonalnie patrzeć na katastrofę do której zmierzamy (i szykują sobie bunkry). Ich decyzje są jednak ograniczone systemami w jakich działają – i póki te systemy nie pozwolą im powiedzieć akcjonariuszom „ej, nie zwalniajcie mnie z mojej ultradochodowej posadki, musimy dokonać tej zmiany, bo inaczej zapłacimy kolosalną karę” – to tego naprawdę nie powiedzą. Co więcej, ponieważ mają jako firmy dość pieniędzy, lobbingowo mają realny i poważny wpływ na tych decydentów politycznych. Nasz krzyk sprzeciwu jako społeczeństwa musi być więc naprawdę potężny, żeby nas w końcu usłyszeli przez szelest banknotów.

Dlatego indywidualne działania mogą być cenne i słuszne, ale ZAWSZE są wtórne wobec systemowych – i to na systemowych zmianach musimy się skupić jako społeczeństwo.

 


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis