O co chodzi z tym globalnym ociepleniem (i dlaczego mamy albo przerąbane, albo wybitnie przerąbane)?

Tematyka globalnego ocieplenia coraz aktywniej odżywa ostatnimi czasy w mediach. Po części ze względu na triumfy konserwatystów w kilku kluczowych miejscach (USA i Brazylia) i proponowane przez nich rozwiązania. Po części dlatego, że, cóż… Jest źle. I coraz częściej dostajemy tego sygnały.

Nie, czekaj. Nie ująłem tego trafnie. Wcale nie jest źle.

Jest absolutnie, skrajnie tragicznie łamane przez apokaliptycznie. Tylko na razie front burzowy dopiero się zbliża, dopiero widzimy czarne chmury na horyzoncie i czujemy pierwsze krople deszczu…

Gdy zerwie się nawałnica będzie za późno.

Sam jeszcze do niedawna byłem optymistą… Sądziłem, że jakoś uda się to obejść bokiem. Że jakoś coś ogarniemy, może wynajdziemy nowe, lepsze technologie (lub jakiekolwiek w ogóle technologie) pozwalające na cofnięcie tego, co spapraliśmy. A potem trafiłem na świeższe dane, które były niepokojące… Choć sceptycy obwołali je zbyt panicznymi. A potem międzynarodowy panel IPCC ogłosił swoje wyniki za 2018. Bardzo konserwatywne wyniki.

Pokazujące, że te „zbyt paniczne świeższe dane” były skrajnie zbyt optymistyczne.

Mamy przerąbane.


Czym jest Globalne Ocieplenie (GO)?

No dobrze, ale o co chodzi z tym całym globalnym ociepleniem? Czemu niby mamy tak przerąbane? W końcu ostatnie dni były całkiem zimne!

Globalne Ocieplenie to zjawisko opisane już pod koniec ubiegłego wieku, wraz z przepisami na to jak mu przeciwdziałać i go uniknąć. Mówiąc w skrócie – ogromna część naszego postępu cywilizacyjnego w ostatnich dwóch wiekach (a zwłaszcza w ostatnim trzydziestoleciu) bierze się ze spalania kopalin. To źródło ogromnej ilości energii w naszym życiu (niektórzy wręcz sugerują, że miażdżąca większość naszego rozwoju gospodarczego w minionych wiekach to całkowicie efekt tej dodatkowej energii wtłoczonej do systemu).

W tym nie ma nic złego… Tyle tylko, że te kopaliny, po spaleniu, wydzielają gazy, które działają w ziemskiej atmosferze niczym szklarnia, zatrzymując większą niż dotychczas proporcję światła słonecznego. To zaś sprawia, że nasza planeta się podgrzewa. (Oczywiście, w uśrednieniu. Niektóre obszary oberwą mocniej – średni wzrost globalny +1C może dla nich oznaczać aż +4C… Inne mogą wręcz ulec schłodzeniu, gdyż klimat to bardzo złożony system i np. zmiana prądów morskich może sprawić, że pewne rejony zrobią się zimniejsze. Albo że pogoda – jak w przypadku Polski – będzie bardziej nieregularna.)

Tych gazów nie jest dużo – w przypadku dwutlenku węgla mówimy np. o średnio 405 cząsteczkach na milion (ppm) w 2017 roku. Jest ich jednak wyraźnie więcej, niż historycznie (gdzie mieliśmy wahania od nieco poniżej 200 ppm przy epoce lodowcowej, do ok. 300 ppm w najcieplejszym okresie przed współczesną historią ludzkości i rewolucją przemysłową. To relatywnie niewielkie stężenie jest zresztą dodatkowym problemem, bo utrudnia naprawienie tego co zepsuliśmy – do tego jednak wrócimy.


Piszę o współczesnej historii ludzkości i rewolucji przemysłowej, ale trzeba podkreślić, że to nie tak. Ten dramatyczny skok stężenia gazów cieplarnianych to nie jest podatek od ostatnich 200+ lat historii.

My to zrobiliśmy. My i nasi rodzice.

OSIEMDZIESIĄT PIĘĆ PROCENT węgla jaki wypuściliśmy do atmosfery wypuściliśmy w okresie od końca drugiej wojny światowej do teraz.

POŁOWĘ wypuściliśmy zaledwie w ciągu ostatnich TRZYDZIESTU lat. I tylko przyśpieszamy.

Gdy to piszę mam trzydzieści pięć lat. To w jakiś sposób fascynujące, zdać sobie sprawę, że prawdopodobny wyrok na naszą cywilizację podpisaliśmy gdy już chodziłem po tym świecie…

I gdy było już jasno wskazane i opisane przez badaczy, w jak katastrofalnym kierunku zmierzamy i co należy zrobić by tego uniknąć. Nikt nie posłuchał.


Globalny wzrost +1C już osiągnęliśmy. +2C do 2050 jest pewne NAWET jeśli uczynilibyśmy przeciwdziałanie GO absolutnie najwyższym priorytetem całej ludzkości od jutra. Na co się nie zapowiada. +4C do 2100 jest bardzo prawdopodobne nawet przy takiej mobilizacji. Bez niej niektóre (wcale nie najbardziej pesymistyczne, niestety) szacunki wskazują na +8 lub +10 stopni.

Dla niektórych może się to wydawać mało znaczące. W końcu nawet +10 stopni, co to jest? No to w lecie będziemy mieli w Polsce 42 stopnie regularnie. Nieco upalnie, ale do przeżycia, prawda?

Cóż, nie do końca. Ale o negatywnych skutkach GO jako takiego napiszę poniżej. Najpierw chciałbym zająć się kwestią, której większość osób nie jest świadoma – delikatnym układom sprzężenia zwrotnego występującym w przyrodzie.

Bo cała zabawa polega na tym, że GO jest niemalże takim perpetuum mobile. Im więcej go mamy, tym więcej go mieć będziemy. Samo się napędza, od pewnego moment w ekstremalnym tempie. A konsekwencje? Cóż, na cztery wielkie historyczne wymierania (z których większość kojarzy jedno, sprzed 65 milionów lat, dinozaurów), trzy były efektem globalnego ocieplenia napędzanego uruchomieniem nieodwracalnej kaskady wydarzeń – i kosztowały nas średnio 97% wszystkich istot żywych na planecie. Tak wszystkich wszystkich – roślin, zwierząt. Przetrwały najdrobniejsze insekty, rośliny, itp. A i to potężnie przetrzebione.

A to i tak nie tak źle. Spójrzmy na koleżankę Wenus. Wiemy dziś, że Wenus miała kiedyś temperaturę i strukturę dość podobną do naszej. A potem uruchomiła się kaskada wydarzeń, która sprawiła, że przeciętna temperatura na tej planecie to skromne 460 stopni Celsjusza. To też jest realną możliwością dla Ziemi – choć w skali tysiącleci, nie dziesiątków lat. Tyle tylko, że raz uruchomiony, taki mechanizm może się nie cofnąć.

Pętle sprzężenia zwrotnego, czyli dlaczego będziemy mieć przerąbane

Największy problem z GO leży nie w lekkomyślności naszej rasy i tego, że wpuszczamy aż tak wiele dwutlenku węgla, metanu i innych gazów cieplarnianych do atmosfery. Największy problem leży w złożonych procesach sprzężeń zwrotnych, których nie jesteśmy w stanie do końca oszacować, ale które – w miażdżącej większości – raz uruchomione przyczyniają się do zwiększenia globalnego ocieplenia.


Dla przykładu mamy tzw. efekt albedo. Albedo to miara światła słonecznego odbijanego od powierzchni. Jak chodzisz w lecie w białym ubraniu to jest nieco chłodniej, bo odbija więcej światła słonecznego, niż czarne, prawda? Cóż, z powierzchnią planety jest podobnie. Najwięcej energii słonecznej odbija oczywiście biały. A więc lód – całe połacie wiecznej zmarzliny… Które właśnie topnieją… Więc im gorętsza jest planeta, tym więcej energii słonecznej pochłania i tym gorętsza się staje.

Efektowi albedo nie sprzyjają też – napędzane globalnym ociepleniem – wielkie pożary. Dym i sadza z nich niesione opadają na lód i zmniejszają ilość światła jaki odbija… Przyczyniając się do dalszego ocieplenia.


Ale z tą zmarzliną mamy jeszcze jedne problem. Kryje ona bowiem ogromne połacie dwutlenku węgla i metanu (gazu cieplarnianego, który przez pierwsze dwie dekady jest 84 razy gorszy niż dwutlenek węgla, w skali 100 lat „jedynie” 34 razy gorszy). I w miarę topnienia te gazy cieplarniane będą uwalniane. Pod wieczną zmarzliną kryje się przynajmniej drugie tyle gazów cieplarnianych, jakie już wypuściliśmy do atmosfery. (Kryją się też inne rzeczy, ale o tym później.) Im cieplej się robi, tym więcej tych gazów się wydziela i tym cieplej się robi.


No ale te gazy czają się nie tylko pod wieczną zmarzliną na lądzie. One się też kryją w głębokich pokładach oceanicznych. Na razie jeszcze z nimi nie ma problemu – ale gdy dojdzie do pewnej kluczowej temperatury, możemy oczekiwać masowego wydzielania tych gazów z oceanu. (Tzw. hipoteza pistoletu metanowego – to właśnie była przyczyna tych trzech wielkich wymierań o których pisałem, przekroczenie kluczowej temperatury i „boom”.) Dobra wiadomość jest taka, że PRAWDOPODOBNIE wystrzał pistoletu metanowego nie zabije nas w ciągu jednego-dwóch pokoleń (bo pierwotnie hipoteza brała pod uwagę taką opcję). Zła jest taka, że jeśli faktycznie wystrzeli, to jest to nieunikniony reset ziemskiej biosfery na poziomie masowego wyginięcia 97% gatunków – tyle, że w ciągu kilkuset lat, nie kilkudziesięciu. Cóż za pociecha. A, ta kluczowa temperatura wody, której przekroczenie pociągnie za spust? Cóż, nie wiem jaka jest dokładnie, ale wiemy, że jesteśmy jej bardzo, bardzo blisko.


A skoro mowa o wodzie, większa temperatura to więcej pary wodnej. Para woda jest… tak tak, zgadliście, gazem cieplarnianym. Im cieplej, tym cieplej.


Ale, ale, to nie wszystko. To całe globalne ocieplnie sprawia, że roślinom, tak na lądzie jak i w oceanie jest ciężej. Nie tolerują takich temperatur. Umierają. W efekcie zamiast przyczyniać się do redukcji ilości węgla, same zwiększają jego ilość… Częściej też płoną ( o efekcie dymu i sadzy na albedo już wspominałem). Płoną i wysychają też torfowiska, które są potężnym źródłem CO2 i metanu.


By być fair, jest też kilka cykli negatywnych, redukujących globalne ocieplenie. Tylko ich skala jest, delikatnie mówiąc, mniejsza. Im cieplej, tym czarne obiekty więcej wypromieniowują w paśmie podczerwonym (ale daleko im do białych). W skali kilkuset lat wiele CO2 zostanie pochłonięte przez ocean (ale nie mamy tych kilkuset lat, plus to też ma swoją cenę). W skali tysięcy lat mamy organiczne przekształcenie CO2 na wapień.

Widzisz różnicę? Te efekty wymagają setek albo tysięcy lat. Te sprzyjające GO działają w zasadzie na bieżąco.

Jasne, mają swój limit – jak wypuścimy całe CO2 i metan ze zmarzliny i oceanów, roztopimy cały lód, itp. to gorzej już nie będzie mogło być… Dlatego jeśli dojdzie do tak ekstremalnej sytuacji, przez kolejnych kilka milionów lat wszystko się ładnie poukłada i życie powróci. Po nas nie zostanie pewnie nawet ślad, może za wyjątkiem dziwnie nieregularnych złóż metali i podobnych kwestii.


To uświadomienie sobie tych pętli zwrotnych było dla mnie (nomen omen) punktem zwrotnym w podejściu do GO. Uświadomienie sobie jak blisko jesteśmy ekstremalnej katastrofy, takiej na poziomie masowego wyginięcia wszystkiego, było, cóż, otrzeźwiające.

Ale załóżmy, że jesteś hedonistą, nie obchodzi Cię przyszłość gatunku ludzkiego ani tej planety. Chcesz się bawić. Czy to oznacza, że możesz zignorować GO? W końcu za naszego życia aż tak źle nie będzie, prawda? Jasne, tragedie może się pojawią, ale tak koło 2100. Koło 2500 będzie potwornie. Ale teraz? Teraz nie ma co się przejmować, prawda? Co najwyżej jasne, GO oznacza podniesienie oceanów, więc lepiej nie kupować działek w Miami. Ale będzie ok, prawda? Prawda?


Nieprawda.

Skutki GO, czyli dlaczego już mamy przerąbane?

Główny problem z GO jest taki, że ludziom się wydaje, że to problem podnoszących się oceanów i „a, najwyżej parę miast zaleje”. Nawet gdyby, prowadziłoby to do kolosalnych zmian, w tym do migracji na skalę kilkaset razy większą niż „kryzys uchodźców” sprzed kilku lat…

Ale to nie jest jedyny problem, ani nawet nie główny. Choć do niego też wrócimy.

Chcecie wiedzieć jakie są inne? Nie, nie chcecie, tylko Wam się wydaje, ale ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a jeszcze parę stopni i zrobimy sobie piękne piekło na ziemi…


Więc tak:


– Temperatura

Już teraz w rejonach tropikalnych nastąpiła taka zmiana temperatury, że robotnicy masowo zapadają na choroby nerek przez odwodnienie. Kilka stopni więcej (a zmiany temperatur nie rozkładają się liniowo) i dochodzimy do poziomu gdzie przez niektóre miesiące dosłownie nie będzie się dało tam żyć na zewnątrz. Nie „trudno jest żyć na zewnątrz, jak obecnie na Saharze”. NIE DA SIĘ. W ciągu kilku godzin się ugotujemy.

Wbrew pozorom, nie trzeba dużo większej temperatury, zwłaszcza, gdy dodatkowo wzrośnie stężenie pary wodnej w powietrzu… Co jak już wskazaliśmy też następuje ze wzrostem temperatury. Po prostu, nasz organizm potrzebuje się schładzać przez powietrze. Jeśli proporcja wilgotności i temperatury jest zbyt wysoka, przestajemy się schładzać wystarczająco wydajnie. Gotujemy się od środka. Podła, bolesna śmierć w ciągu zaledwie kilku godzin.

Do 2100 1/3 ziemi może być w takich strefach śmierci i to nie są bynajmniej najczarniejsze scenariusze.


No ale to tylko strefy śmierci. Pamiętacie jak w ostatniej dekadzie mieliśmy rok po roku kilka razy „rekordowe lato”? Jak codziennie umierały osoby starsze, których organizmy po prostu nie dawały sobie rady z obciążeniem? Tego będzie więcej, dużo, dużo więcej. I będzie dotyczyło też wyraźnie młodszych osób. A i dla reszty z nas udary i podobne przyjemności staną się czymś bardziej standardowym.

A, przy okazji, wzrost temperatury to wzrost kosztów energetycznych klimatyzacji, która obecnie już w lecie zżera 10% naszych wydatków energetycznych. Kolejna, tym razem ludzka pętla sprzężenia zwrotnego.


Głód

Każdy stopień to co najmniej 10% spadek wydajności rolnictwa – często więcej, bo dochodzi pustynnienie gruntów i podobne. Po prostu obecnie rolnictwo jest prowadzone w optymalnych do tego pasmach, jeśli temperatura wzrośnie, wydajność spada.

Niektórzy mogliby postulować przesuwanie stref upraw, ale to niestety nie zadziała. Po pierwsze ze względu na to, że tam często jest już jakaś infrastruktura, po drugie dlatego, że zwykle nie ma tam dobrych gleb- najżyźniejsze wykorzystujemy. A stworzenie odpowiednio żyznych gleb to kwestia setek lub tysięcy lat.

Ale problem jest nie tylko z rolnictwem. Problem jest też z połowami. Bo wiele ryb słabo sobie radzi ze zbyt wysoką temperaturą. Migrują do innych terenów, lub po prostu giną. Giną też rośliny, które są dla nich żywnością, albo rozwijają się takie, które – nomen omen -też napędzają efekt cieplarniany. Więc wydajność rybołówstwa też spadnie i to znacząco. Jeśli lubisz owoce morza, wiadomość jest mieszana- skorupiaki raczej wyginą, natomiast będzie dużo więcej i dużo większych ośmiornic, więc tu może być zmiana diety… Tylko głowonogi lepiej absorbują wszelkie zanieczyszczenia, także jedzenie ich może niekoniecznie być fajnym doświadczeniem.

A no i dochodzi do tego jeszcze jeden ciekawy efekt. Wraz ze wzrostem temperatury rośliny robią się większe, ale mniej gęstsze odżywczo. Intensywniejsza fotosynteza oznacza więcej związków węglowych – cukrów, większe owoce/warzywa/liście… Przy tej samej ilości innych składników odżywczych, więc wszystko co jemy będzie zawierało mniej cennych mikroelementów. I to efekt globalny, którego nie unikniesz przez „ekożywność” czy inne wymysły.


Ktoś może tu argumentować, że żywności mamy dziś dość, nawet nadmiar, problem jest z dystrybucją. To prawda. Tylko do 2050 musimy podwoić produkcję żywności w związku z rosnącą populacją i zmianą oczekiwań dietetycznych. A tymczasem możemy liczyć raczej na spadek.

Pewną pomocą mogą tu być warianty GMO odporniejsze na temperatury, ale wiele tu nie zmienimy.


– Choroby

Hej, kojarzycie te wszystkie choroby tropikalne, z którymi nie musieliśmy się borykać w Europie czy USA? Te, które drastycznie wpływały na zdrowie mieszkańców krajów tropikalnych?

Już zaczynamy je odnotowywać, w południowych rejonach Europy czy USA. Za 10-20 lat malaria czy denga będą u nas równie popularne co tam. Cóż, chcieliśmy tropików…

A, ani na dengę ani na malarię nie mamy na razie szczepionki. Fun times!

Ale to nie wszystko. Ta wieczna zmarzlina? Ona też kryje mikroorganizmy. Większość martwych, ale mieliśmy na Syberii niedawno zgony od wąglika z rozmrożonego truchła renifera sprzed stu lat. Jakie jeszcze niespodzianki kryją się w wiecznej zmarzlinie? Jakie bakterie i wirusy, z którymi nie mieliśmy nigdy kontaktu?


– Pożary

Liczniejsze, większe, trudniejsze do opanowania, bardziej destrukcyjne. Już teraz wiele rejonów świata zalicza je niemal non stop, gdy kiedyś zachodziły tylko sezonowo. Wzrost temperatury jest niestety bezwzględny w tym zakresie. A pożary to z kolei dym i wzrost efektu albedo… No i wypuszczanie dodatkowego CO2 do atmosfery.


– Inne naturalne katastrofy

Może zwróciliście uwagę, że ostatnio dużo było rzeczy typu „powódź stulecia” czy „huragan tysiąclecia”. Cóż, będzie ich dużo, dużo więcej. W niektórych rejonach mamy już możliwość wystąpienia sześciu ekstremalnych katastrof na raz. Ktoś tu się brzydko bawi z Sim City…

Zmiany klimatu sprawiają, że Ziemia wychodzi z tzw. „Goldilocks zone”, „Sfery Złotowłosej” (przez odwołanie do bajki), klimatu potrzebnego do wyewoluowania inteligentnego życia. Będziemy mieli więcej wszystkiego. Powodzi. Tornad. Wiatrów huraganowych. Fal upałów. Ekstremalnych przymrozków (powtarzajcie za mną: „zmiany klimatyczne nie rozkładają się liniowo”). Sztormów. Huraganów. Tajfunów. Powodzi błotnych. Pożarów. Jedno napędzające drugie.  (Pożar wypala drzewa, więc huraganowe deszcze łatwiej wywołują powódź błotną, itp.) Te „ekstrema” pogodowe z ostatnich lat? Powiedziałbym, że to „nowa norma”, ale prawda jest taka, że do takiej normy jeszcze będziemy tęsknili i to niedługo.


– Niedobory wody pitnej

Susze. Rosnące potrzeby rolnictwa. Rosnące potrzeby elektrowni, które trzeba coraz bardziej chłodzić wraz ze wzrostem temperatur. Rosnące potrzeby ludzkości. Już teraz w niektórych wielkich miastach wprowadza się sezonowo racjonowanie wody. Będzie tego więcej.


Masowe migracje

To wszystko będzie się przekładało na dramatyczne pogorszenie warunków życiowych wielu ludzi. Optymistyczne szacunki przewidują koło 140 milionów relokowanych do 2050. Pesymistyczne miliard. Pamiętacie jakie mieliśmy problemy i ekscesy społeczne z zaledwie milionem w ramach kryzysu syryjskiego?  To teraz pomnóżcie to razy 140… Albo razy TYSIĄC. Uciekających już nie przed wojną, a przed głodem, tajfunami czy po prostu przed temperaturą, która w ciągu godzin potrafi Cię ugotować.


– Kasa

To wszystko powyżej? To kosztuje. Straty z samych klęsk żywiołowych w okolicach 2100 są szacowane na więcej niż CAŁE obecne PKB świata. Co w praktyce oznacza, że zniszczonych miast nawet się nie będzie próbowało odbudowywać. Bo nie będzie za co. Z tej perspektywy walka z GO jest niesamowitą inwestycją – bo jego koszta są tak ogromne, że nawet drobne ich ograniczenie to de facto ogromny, światowy zysk.


– Inne, drobniejsze rzeczy

Takie, które też będą miały znaczenie, ale serio, po tej wyliczance powyżej, kto by się już nimi przejmował? Np. dużo częstsze wojny (najczęściej „by proxy”, wielkie mocarstwa nie będą się brzydko bawiły u siebie… ale to marne pocieszenie).


– I dopiero do tego dochodzą podnoszące się oceany.

Swoją drogą, wszystkim się wydaje, że wody, które już teraz podtapiają m.in. Miami to efekt roztapiania lodów. Jeszcze nie. Na razie główny wzrost poziomu wody (i będzie kontynuował) mamy z podnoszenia się temperatury oceanów. Bo jak wie każdy, kto gotował kiedyś wodę- im wyższa temperatura, tym większa objętość wody. Dodatkowa woda dodana z wiecznej zmarzliny to do tego bonus.

Podnoszenie oceanów – i to jest w zasadzie pewne – docelowo da nam koło 80 metrów wyższy poziom mórz i oceanów. Potencjalnie nawet sto. Warto pobawić się symulatorem i zobaczyć jak by to wyglądało. Warszawa jest nad morzem, Nowy Dwór Mazowiecki po drugiej stronie zatoki. Z północno-zachodniej polski trzymają się tylko Chojnice, reszta pod wodą. Poznań częściowo zalany, Zielona Góra niemal nad wodą. (To przy 80 metrach, przy 100 Warszawa trzyma się nieźle na skarpie, pozostałe miasta toną…)

Ale spokojnie ,to może zająć nawet kilkaset lat, może nawet tysiąc. Już tego nie powstrzymamy, dla jasności, proces zabrnął za daleko, możemy go tylko albo dramatycznie dalej przyśpieszać, albo bardziej rozłożyć w czasie i dać sobie jakieś szanse do dostosowania się. I to jest ten DOBRY scenariusz, o który walczyć musielibyśmy pazurami.

Więc tak, będzie zabawa. Wciąż ktoś uważa, że się zrobiłem pesymistą?


Czy jest aż tak źle?

Dla jasności, większość krytycznych skutków globalnego ocieplenia będzie miała miejsce, gdy mnie już na tym świecie nie będzie. Pod koniec mojego życia będzie jeszcze do zniesienia. Ot, dużo więcej głodu i cierpienia na świecie. Kawa i czekolada staną się luksusami, podobnie jak wiele innych rzeczy (np. potencjalnie oliwki i oliwa z oliwek). Piwo będzie wielokrotnie droższe. Kilka wielkich miast zalanych. Coroczne letnie fale śmierci cieplnej. Ale generalnie będzie do przeżycia. Natomiast mieć dziś dzieci? Cóż, nie zazdroszczę im starości, jeśli do niej dożyją. Tak, jest tak źle.

Ale hej, to początek! Potem dopiero będzie zabawa. Bo te wszystkie mechanizmy o których mowa dopiero się rozpędzają. Rzuciliśmy kamyczek, lawina się zbiera i dopiero będzie schodziła. I będzie schodziła długo, ale będzie w zasadzie nie do powstrzymania. Przyszła ludzkość będzie się musiała mocno dostosować.

Dobra wiadomość jest taka, że prawdopodobnie będzie przyszła ludzkość. Jeśli pistolet metanowy nie wypali na raz i z hukiem, to jako rasa przetrwamy. Duży problem możemy mieć natomiast z przetrwaniem jako zaawansowana cywilizacja techniczna, bo na to nie będziemy mieli warunków. Jeśli szybko się nie ogarniemy, to nasze nadzieje na to, że kiedyś opuścimy ten kawałek skały przeminą na zawsze.


Płonne nadzieje, czyli co nas nie uratuje?

Przyznaję, przez lata byłem optymistą. Sam wierzyłem w coś, co Peter Watts pięknie nazwał „magic unicorn technologies”. Czyli wyssane z palca cud technologie, które magicznie odwrócą globalne ocieplenie, pochłoną cały ten zbędny węgiel z atmosfery i w ogóle uratują nam tyłek w ostatniej chwili.

To się nie wydarzy. 

Lub, inaczej, liczenie na to, że to się wydarzy to jak skok z samolotu bez spadochronu i liczenie, że po drodze w dół uda nam się błyskawicznie wyewoluować skrzydła. Powodzenia.


Tak, mamy protoptypowe technologie odsysania węgla z atmosfery. Mamy taki ośrodek na Islandii. Aby ZRÓWNOWAŻYĆ obecną produkcję CO2 (nie mówiąc o nadrobieniu zaległości z minionych lat) musiałby być jednak odrobinę bardziej wydajny.

Ile? 76 razy? No, wydaje się to wyzwaniem, prawda?

A, nie pomyliłem się. 760 razy. Ok, to już sporo, ale Islandia dała radę, to inne państwa też dadzą, jeśli tylko się za to weźmiemy.


Ups…


Pominąłem kilka zer.

Potrzebujemy nie 76 razy większej wydajności.

Nie 760 razy większej wydajności.

Potrzebujemy 760 MILIONÓW razy większej wydajności. 

JEDYNIE po to by zrównoważyć obecną produkcję. Która, przypomnijmy, non stop rośnie.

Powodzenia.


Więc nie, „magiczne jednorożcowe technologie” nic nam nie pomogą.  To może w takim razie tzw. geoengineering? Wypuszczenie do atmosfery np. odpowiednich cząsteczek siarki, by zaczęła odbijać więcej światła słonecznego? Cóż, też nie do końca. Po pierwsze – te cząsteczki miałyby negatywny wpływ na życie tu na ziemi. Po drugie, trzeba by je wypuszczać non stop i z całej planety. Nawet niewielka przerwa i mamy problem. Więc byłby to idealny cel do twardych negocjacji politycznych. (Ktoś widzi Putina wskazującego, że cóż, utrzymanie tych stacji geoinżynieryjnych jest drogie, więc może by tak zdjąć sankcje jeśli mają działać? Bo ja tak…) Oraz idealny cel dla terrorystów.

Więc nie, geoinżynieria też nas nie uratuje.


Oczywiście nie uratuje nas też zamykanie oczu i udawanie, że to nie jest konsekwencja ludzkiego działania, tak jak robiliśmy przez ostatnich kilkadziesiąt lat. Albo, że nie będzie wcale tak tragicznie. Jest. Będzie. Dorośnijmy i to przyjmijmy.


Czy jest cokolwiek, co możemy zrobić?

Indywidualnie, paradoksalnie, niewiele. Tzn. jasne, jest wiele rzeczy, które możesz zrobić, by zmniejszyć swój ślad węglowy.

W pierwszej kolejności nie mieć dzieci. (Względnie jakieś zabić, ale z różnych przyczyn nie polecam… Chyba że mnie zapytacie w nieodpowiednim momencie w samolocie albo pociągu, wtedy nawet wskażę konkretnie od którego zacząć. Ale generalnie jednak chyba nie.)

W dużo mniejszym stopniu ograniczyć lub zrezygnować z mięsa (zwłaszcza wołowiny), ograniczyć podróże (zwłaszcza lotnicze), więcej chodzić i jeździć na rowerze, ew. komunikacją miejską, a mniej samochodem. Dbać o mniejsze zużycie energii w ogóle. (Żeby porównać proporcjonalnie – rezygnacja z dziecka to uniknięcie ok. dodatkowych 58 ton CO2/rok, życie bez samochodu ok. 2.4 tony CO2/rok, przejście na wegetarianizm ok 1 tony CO2/rok.

Tyle, że to w zasadzie nic. Trzeba by zostać rekordowo sprawnym seryjnym mordercą by cokolwiek tu zdziałać indywidualnie. (Nie znaczy to, że takie zmiany nie mają wartości. Mają, ale z innego powodu, o czym niżej.) Koniec końców w tym zakresie ważniejsze jest to jak zagłosujesz.

Bo indywidualnie nic tu nie zdziałamy. To problem na skalę globalną i tylko globalne, polityczne działania mają szansę coś tu zmienić.


Potrzebujemy ogromnego globalnego wysiłku na rzecz odwęglowienia.

Musimy energetycznie przerzucić się na atom i to szybko. Na odpowiedni rozwój technologii OZE nie mamy po prostu czasu (choć OZE mogą być oczywiście dla atomu wsparciem).

Skupienie badań technologicznych na technologiach odwęglania jest bardzo ważne. Jasne, obecny prototypowy ośrodek odwęglający w Islandii musiałby działać jedynie 760 milionów razy intensywniej żeby w ogóle równoważyć nasze dotychczasowe zużycie… Albo potrzebujemy zbudować i napędzić 760 milionów takich ośrodków… Ale to nie jest proces na teraz. Odwęglanie jest kluczowe jeśli chcemy w perspektywie 80-100 lat zatrzymać pętle zwrotne, które obecnie uruchamiamy – jeśli do tego czasu zahamujemy wypuszczanie CO2 do atmosfery.

I musimy – ustawowo – wymusić drastyczne zmiany stylu życia. Nie wszystkie będą złe. Część zmian może nawet zwiększyć jakość życia, choćby przez drastyczną redukcję różnych bezsensownych prac i ogólne skrócenie czasu pracy (mniej dojazdów, mniej chłodzenia biur, mniej marnowanej energii na zbędne maile i podobne śmieci). Niektóre będą mniej lub bardziej trudne. Szanse na globalne przejście na wegetarianizm są niewielkie, ale znaczące zmiany w odżywianiu, w tym drastyczna redukcja spożycia mięsa (zwłaszcza wołowiny) owszem. Mocne przejście na transport zbiorowy (lub rowery i podobne). Redukcja lotów i promocja komunikacji pociągami i innymi podobnymi metodami. Przemalowanie wszystkich możliwych dachów na biało. Intensywne akcje zalesiania, póki jeszcze się da. Podważenie dużej części konsumpcjonistycznego podejścia, jakie mamy obecnie – bo tak się po prostu nie da i trzeba to ogarnąć systemowo, skoro indywidualnie nie ogarniemy.


To pod tym względem przydatne mogą być te działania indywidualne. Nie po to, by znacząco wpłynąć na GO, ale po to, by przyzwyczaić się łatwiej do tego, jaki świat musi być, jeśli chcemy przetrwać. Po to, że niekoniecznie etyczne jest wypuszczanie dzieci na świat, jaki przyszykowaliśmy za 50-80 lat. Po to, żeby przywyknąć do świata gdzie akcyza na paliwo czy mięso będzie kolosalna, jako jeden ze sposobów drastycznej ich redukcji. (Możliwe, że obok akcyzy pojawią się inne opcje, np. indywidualne limity, choćby na latanie, niezbywalne.)

Po co?

Cóż, jeśli masz dzieci, to po to by ich koniec życia nie był piekłem na ziemi i by Twoje wnuki miały jakąś szansę na szczęśliwą przyszłość.

Po to, żebyśmy jako gatunek mieli kiedykolwiek szansę na ucieczkę z tej skały, zanim pochłonie ją eksplodujące słońce, albo zabije nas przypadkowy meteoryt czy inna rzecz poza naszą kontrolą.

Po to, żeby nasze życia, pod ich koniec, nie były dużo trudniejsze niż obecnie.

Jest źle. Jest bardzo, bardzo źle. Nie jestem w stanie oddać słowami jak jest źle, bo szczerze, ten głupi kawałek białka, jaki mamy między uszami po prostu nie radzi sobie dobrze z wyobrażeniem tak absurdalnie katastrofalnych zmian.

Zmian, do jakich doprowadziliśmy w ciągu zaledwie dwóch pokoleń.

Zmian pełzających, ale gdy już dojdą – rozwalających wszystko.

Więc cokolwiek piszę, są to tylko słowa. Ale może pomogą innym uświadomić sobie jak źle jest i jak ogromnym priorytetem jest ta sprawa.



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis