Sex-work: prostytucja, pornografia i sporo trudnych pytań

Ten artykuł powstał przez pyskówki… Liczne, liczne pyskówki, jakie miały miejsce na jednej z lewicowych grup do których należę. Bardzo emocjonalne, bardzo mało merytoryczne, bardzo frustrujące dla kogoś kto, jak ja, siedzi przede wszystkim w danych. Tym bardziej, że problem którego dotyczyły te pyskówki był bardzo konkretny i realny… Tylko podchodzono do niego od, nomen omen, dupy strony.

 

Faktem jest, że szeroko rozumiany sex work (termin preferowany przez organizacje osób z branży) – prostytucja, striptiz, porno – ma za uszami sporo syfu. Często bardzo mrocznego. Większość osób pracująca w tej branży nie chciałaby długoterminowo w niej pracować. Jednocześnie jednak delegalizacja prostytucji i podobnych działań – czy to ogólna, czy skupiona na klientach, jak w tzw. modelu nordyckim – niesie ze sobą wiele problemów. Przede wszystkim dla osób już zaangażowanych w branży. Oddzielną kwestią jest to, na ile prawni decydenci – głównie mężczyźni – powinni w ogóle decydować i narzucać coś branży w której pracują głównie kobiety. Zwłaszcza gdy branża jest tak nasycona różnego rodzaju kulturowymi naleciałościami i obciążeniami.

Ponieważ jednak merytoryczna dyskusja w temacie była, jak wspomniałem, trudna, pomyślałem, że warto przygotować po prostu artykuł wskazujący na realny obraz sytuacji, konsekwencje różnych działań, itp. Przygotowując się do niego miałem okazje doczytać kilka źródeł, niektóre nieco zresztą zmieniły moje własne stanowisko w temacie. O moim stanowisku jednak nieco później, zacznijmy od zarysowania problemów z sex-workiem, potem przejdziemy do możliwych rozwiazań, omówimy ich konsekwencje, wskażemy na nieco absurdów prawnych. Na koniec przedstawie moje stanowisko oraz to co uważam za sensowne umiarkowane oraz ewentualnie poważne kroki w temacie, w świetle dostępnych danych.

Bardzo, bardzo ciemna strona sex-worku

Powiedzmy sobie szczerze, nawet najbardziej hojne i ciepłe spojrzenie na sex-work nie mogłoby zaprzeczyć, że w branży jest bardzo wiele łajna.

 

Przede wszystkim kwestia przemocy seksualnej i przymusu, oznaczającego po prostu gwałty.  Dla jasności, popularne wyobrażenie w temacie jest mocno oderwane od rzeczywistości branży. Wyobrażenie = kobiet porywane z ulicy do burdeli. Rzeczywistość = raczej kobiety płacące przemytnikom za nielegalny wjazd do danego kraju, po czym odkrywające, że ich dług magicznie urósł i praca w burdelu jest silnie „sugerowanym” sposobem na jego spłacenie. Zdarzają się przypadki bardziej dramatyczne – ostatnio głośną sprawą była historia nastolatki porwanej w USA, z którą porywacz nagrywał porno z faktycznym gwałtem i umieszczał je na Pornhubie, gdzie były wśród najpopularniejszych filmów. Są one jednak zdecydowaną mniejszością, miażdżąca większość tego rodzaju przymusu bierze się z kwestii szmuglowania ludzi. To o tyle istotne, że nawet gdyby zlikwidowano prostytucję, szmuglowanie ludzi pozostanie. Razem z powiązanymi długami i przemocą. Tym niemniej w chwili obecnej handel ludźmi mocno wiąże się z prostytucją.

 

Druga istotna kwestia to przemoc, zagrożenie życia i zdrowia, mobbing i molestowanie związane z samą branżą – od przemocowych klientów, przez przemoc ze strony policji, po przemoc i wykorzystywanie ze strony alfonsów, osób wynajmujących prostytutkom mieszkania (w wielu krajach mogą je bardzo łatwo stracić), itp.

 

Trzecia kwestia to ciężar psychologiczny takiej pracy. Ciężar dodatkowo potęgowany wykluczeniem i pogardą, jaka spotyka sex-workerów, także ze stron środowisk, które wydawałoby się powinny być po ich stronie. Między innymi części środowisk feministycznych, paradoksalnie mówiących w tym zakresie jednym głosem z mizoginami.

 

Czwarta – to zagrożenie HIV i innymi podobnymi chorobami. Wydaje się, że kwestia ta jest oczywista i nie trzeba tu się specjalnie rozpisywać. Są to niestety zawody podwyższonego ryzyka, także za sprawą konkretnych presji ze strony klientów.

 

Piąta to konsekwencje całej branży dla podejścia do kobiet, uprzedmiotowiania ich i traktowania ich jako towaru do nabycia. W połączeniu z dodatkową fetyszyzacja m.in. kobiet nieletnich i przemocy seksualnej. Jasne, mężczyźni także parają się prostytucją, ale jednak miażdżąca większość osób w branży to kobiety, a miażdżąca większość klientów to mężczyźni i trzeba temat oceniać w tym świetle. (Można natomiast wskazać, że wspomniana fetyszyzacja jest raczej pochodną pornografii, niż prostytucji i być może należałoby o nich dyskutować oddzielnie.)

 

Szóstą konsekwencja może być postrzeganie seksu przez mężczyzn, wraz z kompleksami i obawami z tym powiązanymi. Podobnie jak wcześniej, to może mniej kwestia samej prostytucji, a bardziej pornografii, są to jednak kwestie powiązane.

Te wszystkie konsekwencje są realne, poważne i nie da się ich trywializować. Obecna postać sex-worku, obecne uregulowania prawne (lub ich brak) realnie się na te kwestie przekładają. Generują duże, absolutnie zbędne cierpienie, z którym warto coś zrobić.

Coś trzeba z tym zrobić!

Co?

 

Cóż, istnieje kilka możliwych modeli prawnych:

 

Kryminalizacja – w tym modelu zarówno oferowanie, jak i nabywanie usług seksualnych jest nielegalne (zwykle nie obejmuje to pornografii). Ten model funkcjonuje np. w większości USA.

 

Częściowa kryminalizacja (w tym klasyczna „szara strefa”) – w tym modelu sama prostytucja nie jest nielegalna (zarówno kupowanie, jak i nabywanie), ale nielegalne są już różne działania wokół niej. Np. stręczycielstwo (czerpanie zysków z prostytucji przez osoby trzecie), albo oferowanie usług seksualnych na ulicy. To model, który funkcjonuje m.in. w Polsce czy UK.

 

„Model Nordycki” – popularny przede wszystkim w krajach skandynawskich model, który formalnie miał dążyć do zlikwidowania prostytucji (w praktyce już się z tego celu wycofano) poprzez zlikwidowanie popytu. W tym celu kryminalizuje się korzystanie z usług prostytutek, ale nie samo świadczenie usług. (Często jest to jednocześnie powiązane z pewnymi elementami częściowej kryminalizacji.)

 

Legalizacja – model funkcjonujący m.in. w Niemczech czy Holandii, przewidujący stworzenie specjalnych stref lub instytucji w ramach których prostytucja jest legalna, pod silnym nadzorem państwowym. Innymi słowy prostytucję można uprawiać, kupować, robić wokół niej biznes, ale tylko na bardzo konkretnych, zwykle dość surowych zasadach.

 

Dekryminalizacja – model w którym prostytucja zostaje po prostu wciągnięta na listę możliwych zawodów i działalności gospodarczych i podpada pod normalne prawo pracy, wraz z jego ochroną, prawami (np. do uzwiązkowienia), itp. Funkcjonuje np. w Nowej Zelandii.

Modele, a rzeczywistość

Praktyczne różnice między tymi modelami sprowadzają się jednak do tego, czego doświadczają realnie osoby zaangażowane w sex work. Dotarcie do tego nie jest proste o tyle, że w debacie dominują dwie główne narracje… obydwie wygodnie ignorujące głosy osób faktycznie zaangażowanych w branży. (Sam, przyznaję, byłem bliski jednej z tych narracji, dopiero niedawno uległo to zmianie.)

 

Pierwsza narracja, to narracja traktująca całą prostytucje jako coś obrzydliwego. Formalnie walcząca o prawa kobiet, ale tak naprawdę zwykle osadzona bardzo mocno w wiktorańskiej moralności. (Co widać też w wielu wypowiedziach osób zaangażowanych w ten nurt, potwornie piętnujących i pogardliwych dla osób świadczących usługi seksualne.) Tu często formalnie mowa o walce o prawa kobiet, ale jeśli w tej walce musi ucierpieć lub nawet zginąć nieco prostytutek, to dla pewnej części tego nurtu „wielka krzywda się nie stanie”. W języku tej narracji dużo mowy o chorobach, wypaczeniu, niszczeniu rodzin i „prawdziwej” kobiecości, dużo jest uprzedmiotowienia i pogardy dla kobiet pracujących w branży. Ideałem tego nurtu byłaby pełna likwidacja sexworku w każdej postaci – bez większego zwracania uwagi na to, co stanie się z osobami obecnie tak pracującymi. (Dla jasności, wiele osób zaangażowanych w ten nurt szczerze wierzy, że pomaga w ten sposób zaangażowanym w sex-work osobom. Po prostu, jak to często bywa i o czym nie raz pisałem już na blogu, dobre chęci nie zastępują racjonalnych działań.)

 

Druga narracja, to narracja seksualnej wolności, przedstawiająca prostytucję jako świadomy wybór, zapanowanie nad swoją seksualnością przez osoby pracujące w branży. W tym ujęciu kobiety wyzwolone z kajdanów tradycyjnej, represjonującej moralności mogą w końcu w pełni decydować o sobie i swojej seksualności. Jeśli chcą ją sprzedawać, ich absolutne prawo i wybór i nikomu nic do tego. Ten nurt dla odmiany nadmiernie gloryfikuje relatywnie niewielką grupę osób, które faktycznie czerpią z sex-worku dużą satysfakcję, dla których jest to świadomy wybór spośród wielu atrakcyjnych opcji.  Problem w tym, że ta narracja też niestety ignoruje rzeczywistość większości osób pracujących w branży, dla których nie jest to wcale praca pierwszego wyboru, ale często jedyna opcja by poradzić sobie z trudną sytuacją życiową, oferując jako jedyna odpowiednią mieszankę wystarczających zarobków, elastycznych godzin pracy, itp. by zaspokoić ich potrzeby. Praca tych osób nie jest przejawem wolności czy wyrażania siebie. Jest najlepszym wyborem spośród masy podłych opcji.

 

I tu pojawia się sytuacja realnych osób zaangażowanych w sex-work. Bo skoro obecnie prostytucja i pokrewne (pornografia, pozowanie do kamerek internetowych, erotyczne profile na instagramie czy podobnych portalach) są dla nich NAJLEPSZĄ spośród podłych opcji… To usuwając im tą opcję lub utrudniając jej realizację bynajmniej im nie pomożemy.

 

Pisałem wcześniej, że byłem długo zwolennikiem jednej z powyższych opcji – drugiej narracji, empowermentu. (Skąd taka postawa, itp. napiszę pod koniec.) To między innymi analiza materiałów do tego artykułu skłoniła mnie do zmiany stanowiska. Obecnie brzmi ono mniej więcej tak: o ile dla niewielkiej mniejszości sex-work może być czymś cennym, dla większości jest wyjątkowo trudnym wyborem, często skazującym takie osoby na wiele cierpienia. Warto zadbać o pozbycie się tego cierpienia. Skuteczną metodą – ja postaram się wskazać poniżej – nie są jednak działania na rzecz delegalizacji (w żadnej formie) sex-worku. Są nimi przede wszystkim działania na rzecz zapewnienia takim osobom lepszych alternatyw do sex-worku. Oraz zapewnienia im lepszych warunków w ramach sex-worku, zanim takie alternatywy staną się dla nich dostępne i/lub zostaną przez nie wybrane. W tym ujęciu moje podejście do tematu stało się bardziej negatywne i krytyczne. Z jednoczesną świadomością, że rozwiązania postulowane przez nurt „krytyczny” dają po prostu odwrotne efekty i szkodzą osobom, którym formalnie miałyby pomagać. (Prywatnie obstawiam, że przynajmniej w części przypadków nie jest to przypadkowe i jest wyrachowaną realizacją własnej mizoginii takich osób.)

 

No dobrze, ale przyjrzyjmy się konkretnym problemom związanym z sex-workiem i tym jak mogą na nie wpłynąć poszczególne modele.

Mity i fakty na temat handlu ludźmi

Handel ludźmi jest jedną z tych rzeczy, które dość uniwersalnie uznaje się za złe. Zwykle określa się go mianem współczesnego niewolnictwa. Typowo wyobrażamy sobie tutaj osoby przemycane przez granice, po czym zmuszane do niewolniczej pracy w burdelach czy nielegalnych fabrykach.

Niekiedy na myśl przychodzą porwania, rodem z filmu „Taken” (rasowe relacje w tym filmie dużo mówią o rasistowskim podłożu takich kulturowych fantazji). Biała amerykańska turystka porwana z hotelu w Paryżu przez mężczyzn bliskowschodniego pochodzenia i sprzedana w seksualną niewolę arabskiemu szejkowi. Bikoz of kors.

Jak większość rzeczy w kontekście sex-worku, rzeczywistość okazuje się nieco bardziej złożona. Ba, według praw wielu krajów, w tym europejskich, może się okazać, że Ty także klasyfikujesz się jako handlarz ludźmi!

 

W praktyce, o ile jak już wspomniałem porwania i przemoc seksualna w ich ramach niekiedy się zdarzają, jest to bardzo rzadki scenariusz. Z dość prostego powodu: po co robić porywanej osobie „prezent” przewożąc ją nielegalnie przez granice? Taka usługa normalnie słono kosztuje! (Terminu „prezent” używam tu nieco ironicznie, mając świadomość dużego nasycenia emocjonalnego wszystkich kwestii związanych z problematyką handlu ludźmi.) Handel ludźmi zarabia głownie na przewożeniu ludzi nielegalnie przez granice. Późniejszy przymus pracy, odrabianie „długów” w niewolniczych warunkach itp. są pochodną tego pierwotnego procesu. Procesu, na które ofiary handlu ludźmi decydują się zwykle świadomie (nie wiedząc, że „warunki mogą ulec zmianie”). Bo chcą uciec przed biedą i rozpaczą ze swoich oryginalnych krajów.

 

Bardzo wiele osób – w tym młode kobiety – są gotowe zapłacić bardzo dużo za przeszmuglowanie ich z ich rodzinnego kraju, często biednego i niebezpiecznego, do krajów postrzeganych jako bogatsze. Ostre kontrole graniczne, wysiłki służb anty-imigracyjnych, itp. jeszcze podbijają ceny i zapotrzebowanie na takie usługi. Dają też szmuglerom opcję dość dowolnego modyfikowania ceną, jaką takie osoby ponoszą, także w trakcie wykonywania usługi. W ten sposób taka osoba często odkrywa, że znajduje się po drugiej stronie granicy ze sporym długiem – a metodą na jego odrobienie jest np. niewolnicza praca w nielegalnej praktyce… Albo metoda dużo szybsza – prostytucja. Dla jasności, samo oswobodzenie wcale nie jest dla tych osób czymś korzystnym (nie bez powodu często w przypadku rajdów policji na nielegalne burdele, to pracujące tam imigrantki pierwsze uciekają przed policja). Kontakt z policją w większości przypadków wiąże się dla nich z deportacją, a więc całe cierpienie jakie już poniosły okazuje się być na marne. (Lub gorzej – w rodzinnym kraju szmuglerzy często i tak upomną się o resztę długu. Co więcej, osoby faktycznie stojące za szmuglem rzadko kiedy ponoszą jakiekolwiek konsekwencje takich rajdów. W niektórych przypadkach (np. znany przypadek z 2018 z Niemiec z grupą Tajek) aresztowi i deportacji ulegają osoby które świadomie, w rodzinnym kraju podjęły decyzję pt. „dokonuję nielegalnej imigracji, płacąc za to szmuglerom późniejszą pracą w burdelu przez określony czas”. (We wspomnianym przykładzie z Niemiec, władze rozważały oskarżenie tych kobiet o… „pracę bez odpowiedniej wizy”!) Osoby zatrzymane w takich rajdach często pozbawiane są podstawowych praw przynależnych aresztowanym, możliwości kontaktu z bliskimi, itp. Ich pieniądze nie raz są konfiskowane, spotykają się z przemocą (także seksualną) ze strony policji. Pojawia się więc pytanie w czym państwo jest w takiej sytuacji lepsze od mafii, którą zwalcza?

 

Dobrym dowodem na to, że to ograniczenia imigracyjne są głównym problemem jest przykład krajów, które przeszły na model wizy „pracodawcowej”, uzależniającej pobyt danej osoby w kraju od zachcianek jednego pracodawcy „sponsorującego” przyjazd. To w takich sytuacjach mamy najwięcej przypadków przemocy (także seksualnej), niewolniczej pracy, oszukiwania na zarobkach itp. Bo tacy pracodawcy czują się panami pobytu swoich podwładnych w kraju. A ci ostatni boją się zareagować i wezwać odpowiednie służby (zresztą zwykle słusznie – co im z tego, że przemocowy pracodawca zostanie ukarany, skoro ich samych deportują?)

Innymi słowy, jeśli chcemy pozbyć się problemu handlu ludźmi, rozwiązaniem jest zmiana polityki imigracyjnej.

 

Swoją drogą, pamiętasz, jak wspomniałem, że też możesz być winny/a handlu ludźmi? Cóż, statystyki na temat handlu ludźmi są bardzo wypaczone, bo w wielu systemach prawnych wliczają się do niego bardzo kuriozalne rzeczy. (Podobnie jest z sutenerstwem czy prowadzeniem burdelu, o czym później.) Np. jeśli nocował/a u Ciebie znajomy/a nie mający/a legalnego prawa pobytu w danym kraju… To wg. prawa USA już kwalifikuje się to jako udział w handlu ludźmi. Nie ma znaczenia, że nikt tu nikogo do niczego nie zmuszał, nie było żadnego seksu (ani z Tobą, ani z nikim innym), było użyczenie kanapy komuś, kto akurat nie ma prawa pobytu. Jeśli wydarzyło się to w USA, właśnie podpadasz pod przepisy o handlu ludźmi. I nie jest to puste hasło, mamy takie wyroki. Ba, mamy wyroki w którym ludzie byli skazywani za handel samymi sobą (za przeszmuglowanie się do USA). Podobne areszty i wyroki dotykały osób w związkach z sex-workerami, osób wynajmujących im mieszkania (nawet gdy nie miały pojęcia o ich pracy, a ich praca nie nie była wykonywana w wynajmowanych mieszkaniach), innych sex-workerów pracujących razem z nielegalnymi imigrantami, itp.

 

To wszystko nie znaczy, że „tradycyjnie” rozumiany handel ludźmi nie jest tragedią i czymś obrzydliwym. Jest. Tylko niestety najskuteczniejsze rozwiązanie problemu handlu ludźmi, przynajmniej na zachodzie (w niektórych krajach dochodzi nam kwestia porywanych żon, itp.) jest jednocześnie tym, na które jest największy opór społeczny.

 

Ułatwmy imigrację. Tak drastycznie. To tak naprawdę jedyna opcja umożliwiająca solidne zredukowanie handlu ludźmi. On już i tak jest nielegalny, więc jakiekolwiek kary za prostytucje, sutenerstwo, itp. nie zniechęcą osób zaangażowanych w taki handel. Co więcej, wszelkie formy kryminalizacji prostytucji (w tym „model nordycki” – kryminalizacja nabycia seksu, ale nie sprzedaży) jedynie utrudniają życie osobom faktycznie siłą przymuszanym do seksu. Nawet jeśli taka osoba zaryzykuje poproszenie klienta o pomoc, co ten ma niby zrobić? W końcu kontaktując się ze służbami i zgłaszając taką sytuację sam naraża się na karę za złamanie prawa.

Dekryminalizacja i legalizacja także, dla jasności, nie rozwiązują tego problemu, ale przynajmniej go nie pogłębiają…

Morderstwa, rabunki, mobbing, przemoc i seks bez zabezpieczenia

Faktem jest, że w obecnej postaci sex-work jest pracą niebezpieczną. Klienci bywają przemocowi, niektórzy wręcz „ćwiczą” przemoc na prostytutkach. (Postrzegane są jako bezpieczniejsze cele. Z przyczyn psychologicznych: dla wielu mizoginów to „niepełne” czy „skażone” kobiety. Oraz z przyczyn praktycznych: wiele z takich osób traktuje wezwanie policji jako absolutnie ostatnią deskę ratunku. Coś czego za wszelką cenę trzeba unikać. Często niestety słusznie.) Często pracując np. w burdelu funkcjonują w podłych warunkach, nie mając możliwości jakiejkolwiek skargi na zaistniałą sytuację (bo i do kogo?) czy grupowej pozycji negocjacyjnej.  Mogą być w podobny sposób prześladowane przez osoby wynajmujące im mieszkania lub w tym pośredniczące. (W wielu krajach wynajmujący ma prawo eksmisji osoby zajmującej się prostytucją bez zwrotu kaucji; policja wręcz często mocno naciska na wynajmujących by to zrobili, grożąc im oskarżeniami – np. o handel ludźmi czy prowadzenie burdelu. Co istotne, wystarczy by taką osobę oskarżyć o prostytucje, wcale nie musi jej uprawiać w wynajmowanym lokalu! )  Gwałt jest realnym zagrożeniem, podobnie jak nacisk na zachowania seksualne, których dana osoba może nie chcieć świadczyć, choćby seks bez zabezpieczenia.

 

Te wszystkie kwestie są jak najbardziej realnymi problemami dotykającymi osób w sex-worku. Problem w tym, że większość z modeli podejścia do sex worku bynajmniej ich nie rozwiązuje. Przeciwnie, często je jeszcze zaognia.

 

Przede wszystkim, tam gdzie prostytucja jest nielegalna – w tym w modelu nordyckim, penalizującym klientów („szwagrow” jak utarlo się w niektórych polskich środowiskach), faktycznie zachodzi pewien efekt odstraszajacy. Tyle tylko, że na koniec dnia zakup seksu jest dla większości wydatkiem na rozrywkę i przyjemność. Czymś z czego można zrezygnować. Natomiast dla osób w branży jest to sposób zarabiania na życie. Nie wybierają go bo to coś fajnego czy łatwy wybór. Wybierają, bo to dla nich najlepsza opcja na dany moment. Często jedyna. Nie mogą więc zrezygnować ot tak. Naprawdę, to nie jest kwestia „mogę pracować w Lidlu, ale seksem zarabiam o 100 euro miesięcznie więcej przy tym samym obciążeniu godzinowym, więc wybieram prostytucję.”

 

Co się więc dzieje? Cóż, takie osoby potrzebują zarobić podobnie, a klientów jest mniej. Dłużej na nich czekają. Są gotowe zgodzić się na mniejsze stawki by cokolwiek zarobić. Są gotowe zgodzić się na gorsze warunki. Na rzeczy w rodzaju seksu bez zabezpieczeń – bo innej opcji nie mają. Na spotkanie w mniej bezpiecznych miejscach, bo tam nie przyłapie ich policja, a klientom na tym zależy. Akceptują klientów, których mogłyby wcześniej odrzucić jako potencjalnie zbyt niebezpiecznych. Co więcej, to w większości tacy klienci im zostają do wyboru. Ci bardziej „normalni” podchodzący do prostytucji bardziej rekreacyjnie, stwierdzają, że nie chcą ryzykować kariery czy sytuacji życiowej w wyniku aresztu. Zostają ci, którzy aresztem się nie przejmują, bo i tak są ścigani za inne rzeczy. Ci, którzy są od seksu uzależnieni. Ci, których skłonności mogą być bardziej przemocowe czy w inny sposób groźne dla sex-workerów.

Innymi słowy, wszelkie delegalizacyjne modele stawiają sex-workerów dużo gorszej sytuacji. Co więcej, takie modele często powiązane są z utrudnionym, nie ułatwionym wyjściem z prostytucji. Wymagają np. aby osoby ją oferujące najpierw przez jakiś czas przestały tak zarabiać, by móc się zakwalifikować na państwowe programy wsparcia. Jak mają przez ten czas żyć, nikt nie tłumaczy.

 

Problem jest jeszcze nakręcany przez działania państwowe typu blokowania platform do oferowania usług seksualnych i wymiany opinii o klientach. Osoby pracujące w sex-worku tracą w ten sposób możliwość wcześniejszego sortowania klientów i wyboru bezpieczniejszych. Tracą możliwość wymiany informacji. Trudniejsze zdobywanie klientów wymusza bardziej ryzykowne decyzje.

 

A co do ryzykownych decyzji… Pamiętacie jak wspominałem o patologiach prawa sutenerskiego? Cóż, w świetle np. prawa funkcjonującego w UK, dwie kobiety wspólnie wynajmujące mieszkanie, w którym przebywają na zmianę i w którym oferują seks już podpadają pod przepisy o sutenerstwie (sama prostytucja nie jest w UK nielegalna, ale sutenerstwo, także tak rozumiane tak). Podobnie wygląda umawianie „trójkątów” – w Szkocji skazano za sutenerstwo małżeństwo, które wspólnie oferowało usługi seksualne. Ale absurdy idą dalej. Jeśli kobieta uprawia prostytucje w jednym pokoju, a w drugim siedzi jej koleżanka (prostytutka lub nie), tylko po to, by – jeśli klient okaże się przemocowy – było kogo wezwać po pomoc… To podpada to pod przepisy o sutenerstwie. Co więcej, klienci potrafią być tego świadomi i wręcz grozić prostytutkom wezwaniem policji w takiej sytuacji – mimo, że to oni byli przemocowi!

 

Systemy delegalizujące okazują się więc- w najlepszym razie – oferować sex-workerom „niedźwiedzią przysługę”. Co z legalizacją?

Cóż, nie jest wiele lepiej. Legalizacja okazuje się bowiem generować „dwie klasy” sex-workerów, legalnych i nielegalnych. Ta druga to imigranci (tu dekryminalizacja też faktycznie nie pomaga), ale też osoby zaburzone psychicznie, uboższe, mieszkające daleko od wyznaczonych stref prostytucji, czy po prostu nie mieszczące się w ramach ograniczonego „naboru” do legalnych miejsc pracy. Albo nie będące w stanie opłacić z góry opłaty, jak np. w holederskich „czerwonych oknach”. Te osoby wpadają we wszystkie pułapki znane z systemów kryminalizacyjnych/delegalizacyjnych.

Osoby funkcjonujące w ramach legalnych systemów mają lepiej, ale niekoniecznie dużo. W wielu krajach systemy legalizacyjne generują silny monopol „legalnych” burdeli, do których jest nadmiar chętnych. To czyni ich pozycje negocjacyjną dużo gorszą. (Podobne problemy widzimy w przypadku striptizu czy porno.) Czyni to takie osoby podatniejszymi na mobbing czy np. poczucie przymusu w akceptacji zachcianek klientów, których mogłyby nie chcieć zaakceptować. Nawet wezwanie inspekcji pracy wcale nie jest oczywiste -jeśli inspekcja wykaże poważne zaniedbania, to grożące wtedy zamknięcie legalnego burdelu, przy ograniczonej państwowo ilości funkcjonujących oznacza pogorszenie sytuacji osób na rynku.

 

W świetle tego wszystkiego najlepiej wypada model dekryminalizacyjny. Nie jest on idealny, ale przynajmniej zdecydowanie poprawia pozycje osób w branży. Podlegają prawu pracy, co oznacza, że również np. ubezpieczeniom społecznym i chorobowym. (Co nie jest domyślne w przypadku legalizacji!) Jeśli nie pasuje im miejsce pracy, mogą pracować same lub założyć kooperatywę z innymi osobami z branży, nie są skazane na sutenerów czy innych pośredników. Mogą stworzyć związki zawodowe i negocjować grupowo. Ich pozycja jest po prostu dużo lepsza. Rozwiązania te wciąż nie obejmują niestety nielegalnych imigrantów – ale przynajmniej dla legalnie pracujących zdecydowanie poprawiają sytuację. Jednocześnie model dekryminalizacyjny, tam gdzie jest wprowadzony, zwykle wiąże się z bardzo dobrymi inicjatywami do wyjścia z prostytucji – np. w Nowej Zelandii przy dobrowolnym porzuceniu pracy funkcjonuje okres przejściowy przed otrzymaniem zasiłku dla bezrobotnych. Ten okres NIE OBEJMUJE osób dobrowolnie porzucających pracę w prostytucji i podobnych. (Uprzedzając obawy, nie, urzędy pracy bynajmniej nie sugerują też pracy w prostytucji jako opcji dla bezrobotnych, pod groźbą obcięcia zasiłku.)

 

Jeśli więc zależy nam na wzroście bezpieczeństwa i jakości życia osób w sex worku, dekryminalizacja okazuje się być najskuteczniejszym rozwiązaniem. Najlepiej, oczywiście, gdyby była połączona z takimi społecznymi politykami, które redukują potrzebę zarabiania w ten sposób dla każdego, dla kogo nie jest to faktycznie pierwszy wybór. Programy takie jak bezwarunkowy dochód podstawowy mają szansę realnie zmniejszyć podaż w sex worku i faktycznie ograniczyć tą sferę w dużej mierze do osób, które chcą w niej pracować, a nie muszą. Oczywiście w połączeniu z odpowiednimi politykami imigracyjnymi i dekryminalizacyjnymi – to zespół naczyń powiązanych. Taka redukcja sex-worku byłaby czymś sensownym i uzasadnionym.

Ciężar psychologiczny

Faktem jest, że sex-work może być bardzo obciązający psychologicznie. Otwartym pytaniem pozostaje na ile jest to pochodna samego sex-worku, a na ile całej otoczki branży. Dla przykładu, holenderskie badanie porównujące stan psychiczny kobiet pracujących jako sex-workerki w legalnych burdelach i jako pielęgniarki wskazały, że ich stan psychologiczny jest podobny. (Istotnie wyższa była tylko miara depersonalizacji – odcięcia od ciała – w przypadku sex-workerów.) Kluczowymi czynnikami dla ich zdrowia psychicznego były przy tym:

  • warunki pracy, w tym podejście przełożonych
  • wsparcie społeczne i podejście ludzi do ich pracy
  • kwestia własnej decyzyjności w wyborze pracy, na ile takie osoby czuły się do tego życiowo przymuszone

Nowozelandzko-australijskie badania (miks dekryminalizacji i legalizacji) wskazały na brak różnic między zdrowiem fizycznym i psychicznym kobiet zajmujących się sex-workiem i grupą kontrolną.

 

Z drugiej strony, mamy badania np. z USA pokazujące zły wpływ sex-worku na zdrowie fizyczne i psychiczne kobiet. Kluczową różnicą wydaje się tu być kwestia kryminalizacji. Legalizacja (a zwłaszcza dekryminalizacja) dają sex-workerom możliwości, który nie mają przy kryminalizacji, w tym większe poczucie sprawczości i większe bezpieczeństwo. To przekłada się na ich dobrostan fizyczny i psychiczny

Prawa mniejszości

W tych krajach, gdzie funkcjonuje kryminalizacja prostytucji, ofiarami policyjnych prześladowań, przemocy, przymusowych deportowań (także nie do końca legalnych – np. deportowań obywateli/ek innych krajów UE ze Szwecji tylko dlatego, że oferowali/ły tam prostytucje) padają dysproporcjonalnie często prześladowane mniejszośći. Np. policja w Nowym Jorku aresztuje nieproporcjonalnie dużo czarnoskórych i latynoskich kobiet (ponad 50% aresztów za prostytucje), aresztuje też takie kobiety pod byle pretekstem. (I tak, areszt jest często pretekstem do molestowania, są liczne przypadki szantażu pt. „przeleć mnie albo cię aresztuje… po czym i tak cię aresztuję, niespodzianka!”)  Policyjna przemoc dysproporcjonalnie często dotyka też osób homo- czy transseksualnych oferujących takie usługi.

Legalizacja takim osobom zwykle nie pomaga (funkcjonują gdzieś na obrzeżach prawa), co innego dekryminalizacja.

Uprzedmiotowianie kobiet. Fetyszyzacja gwałtu i przemocy

Czy sex-work uprzedmiotawia kobiety? Albo przynajmniej utrwala to uprzedmiotowienie?  W jakimś stopniu na pewno tak. Choć formalnie obydwie płcie mogą kupować seks i choć jest pewna grupa żigolaków… cóż, powiedzmy sobie szczerze, miażdżąca większość sprzedających seks to kobiety, a kupujących to faceci. (To drugie podwójnie, bo homoseksualistów sprzedających seks gejowski facetom jest dużo więcej niż homoseksualistek sprzedających seks lesbijski kobietom.)

I tak, w niektórych wypadkach może tu być aspekt emporwermentu. I tak, historycznie mieliśmy do tego dużo zdrowsze podejścia, np. w starożytnym Egipcie czy Babilionie. To jedna z tych kwestii gdzie nie mam jasnej odpowiedzi. Mam wrażenie, że jest tu jakaś droga do zdrowszego układu, tym bardziej że nie chciałbym bardzo być w pozycji faceta zakazującego lub nakazującego kobietom co mogą robić ze swoją seksualnością. Jednocześnie nie jestem pewien jaka by to była droga. Zostawiam to jako otwarty temat.

 

NATOMIAST i to jest duże natomiast, nie da się zaprzeczyć, że współczesna pornografia uczy pewnych bardzo złych nawyków i oczekiwań. Trudno ocenić, czy były one nauczane już wcześniej, ale na pewno to co jest obecnie pogłębia problem.

Współczesna pornografia fetyszyzuje przemoc i gwałt. Fetyszyzuje brutalną dominację. Fetyszyzuje infantylizację kobiet oraz seksualizację nieletnich kobiet. Nie jest w tym jedyna – to samo robią filmy i inne media. Ale jest bezdyskusyjnie elementem problemu i go pogłębia. Nie da się tego ukrywać. To jeden z tych aspektów sex-worku, który wpływa bardzo negatywnie na ogólne podejście do seksu.

A co z facetami?

Sytuacja z sex-workiem i pornografią nie jest też obojętna dla mężczyzn. Przede wszystkim uczy dość nierealistycznych standardów – co wskazuje bardzo wielu seksuologów – co do seksu. Zarówno na poziomie oczekiwanych zachowań partnerek, jaki i własnych, co może prowadzić do poważnych zaburzeń przy realnym seksie. Może też sprzyjać problematycznym uwarunkowaniom, w którym ktoś przenosi swoje podniecenie z prawdziwego seksu na superbodziec jakim jest porno.

Cała kwestia sex-worku jest też często używana do powielania i promowania pewnych typowo machoistowskich modeli seksualności i relacji. „PRAWDZIWY facet nie kupuje seksu, prawdziwy facet wyrywa. Tylko gorsze egzemplarze są ograniczone do konieczności zakupu usług seksualnych.” To nie luźny tekst – to dość bezpośrednia parafraza komendanta szwedzkiej policji wypowiadającego się w temacie modelu Nordyckiego. Takie podejście też nie służy ani mężczyznom, ani kobietom, ani seksualnej równości obydwu płci.

Pod tym kątem dekryminalizacja wydaje się również służyć „odczarowaniu” seksualności i zmniejszeniu presji na obydwie płcie.

Nieco dodatkowych uwag

O ile większość argumentów w kontekście sex-worku ma w sobie jakąś dozę trafności, o tyle jeden, dość popularny w środowisku „anty”, wydaje się mieć konsekwencje, których nie wzięli pod uwagę nawet sami jego autorzy. Przywołuje go tutaj, na koniec, ponieważ nie chciałem dyskusją z nim trywializować realnych problemów, które zasługują na dużo poważniejsze potraktowanie. Argument ten mówi, że każdy przejaw sex-worku będzie z automatu gwałtem, ponieważ seks pod przymusem to zawsze gwałt, a w tym wypadku mamy do czynienia z przymusem ekonomicznym. Skoro więc jest przymus ekonomiczny, to każdy seks zarobkowy jest gwałtem.

 

No cóż… Problem z tą tezą jest taki, że jeśli przyjmiesz to stanowisko, to bardzo łatwo – tak jak w wypadku stręczycielstwa czy handlu ludźmi – możesz odkryć, że i Ty jesteś gwałcicielem, według tej definicji. Mimo, że druga osoba była w pełni chętna i świadomie się zgadzała na seks.

 

Bo co ze związkami, gdzie jedna z osób czuła, że jeszcze przez miesiąc-dwa sama się nie utrzyma i uprawiała seks mniej z podniecenia, a bardziej dla „utrzymania przy sobie” drugiej, np. posiadającej mieszkanie? Zgodnie z koncepcją przymusu ekonomicznego, jesteś gwałcicielem/ką, nawet gdy dbasz o potwierdzenie zgody.

Ale zostawmy czysty przymus ekonomiczny. Seks jest bowiem uprawiany z bardzo, bardzo wielu powodów, z których pożądanie jest tylko jednym. Nuda. Chęć uniknięcia trudnej dyskusji. Samotność lub lęk przed nią. Bardzo wiele z tych kwestii można opisać jako niezaspokojone potrzeby, albo wręcz przymus. Stąd bardzo łatwo o zdefiniowanie dużej części seksu w ogóle jako gwałtu. Co jest o tyle problematyczne, że rozbija koncepcje gwałtu w ogóle.

Dlatego dużo zdrowszym układem jest podejście consentowe. Albo osoby uprawiające seks zgodziły się na niego – jakie by nie były ich powody – albo nie.

Moje podejście

No dobrze, na koniec obiecałem powiedzieć parę słów o moim podejściu. Jak było i jak jest.

Wychowałem się generalnie w dość konserwatywnej rodzinie. (Dalekiej od moherów, ale raczej prawa niż lewa strona PO/KO).  Nie korzystałem nigdy z usług prostytutek (i przyznam, że tu trochę mam postawę mizoginistyczno-machoistowską, pewnej pogardy dla kupowania seksu, choć w dużej mierze ją przepracowałem). Niespecjalnie mnie kusiło by skorzystać – seks nie jest dla mnie czymś ultra ważnym, a tam gdzie jest ważny, istotna jest dla mnie więź z drugą osobą, niespecjalnie podnieca mnie bezosobowy kawałek ciała jakkolwiek atrakcyjnego. Zdarzało mi się korzystać z pornografii. Wciąż zdarza, choć raczej mocno to ograniczam – czysto praktycznie, „bez” jest po prostu przyjemniej, choć wymaga chwili skupienia na sobie by to zauważyć.

 

Jednocześnie przez długie lata pracowałem w redukcji szkód od narkotyków. Przy okazji jednej z konferencji organizowanych w tym zakresie (bodajże IHRA 2008 w Warszawie, aczkolwiek konkretna data już mi umyka, a przyznam, po tak dlugim arcie nie chce mi się sprawdzać…) poznałem przedstawicieli organizacji sex-workerów. Prostytutki (bo były to głównie kobiety) byłe i obecne, walczące o prawa osób pracujących w sex-worku. Było to dla mnie sporym zaskoczeniem. Moje dotychczasowe wyobrażenie prostytutek to klasyczne „tirówki” widziane na poboczach dróg, a tu nagle poznaję ok. 50-letnią brytyjską matronę, taką klasyczną „miłą ciocię”, która opowiada o tym, że owszem, jest prostytutką, czuje się z tym dobrze, jej rodzina (dzieci, wnuki) o tym wiedzą. Totalne złamanie schematu. (Nie, żeby pierwsze – praca w redukcji szkód złamała wiele schematów np. na temat osób uzależnionych.)

 

Od tego czasu miałem inne podejście do sex-worku, dużo bliższe podejściu empowermentowemu. Jeśli ktoś na to się decyduje, to jego prawo i nic mi do tego. Czemu miałbym tej osobie coś narzucać, skoro nikogo nie krzywdzi? Badania wydawały się też generalnie temu pasować – rozwiązania typu „modelu nordyckiego” wydawały się raczej uderzać w sex-workerów, niż realnie cokolwiek zmieniać.

Dziś, po przeczytaniu dodatkowych licznych źródeł, moje podejście jest nieco bardziej zniuansowane. Jestem się gotów zgodzić, że sex-work i pokrewne kwestie SĄ dużym problemem dla dużej części osób zaaangażowanych w tą branżę. Po prostu rozwiązania problemu są inne, niż to, co postuluje większość krytyków. Te rozwiązania co najwyżej szkodzą i pogłębiają izolację i wyobcowanie osób zaangażowanych.A te osoby nie mają luksusu „po prostu zrezygnować z sex-worku”. Jeśli wiec nam faktycznie na nich zależy… No własnie, co wtedy?

 

Co wydaje się być sensownym rozwiązaniem?

Po pierwsze, dekryminalizacja. Ten model wydaje się być absolutnie najlepszym w poprawie pozycji osób tu i teraz zaangażowanych w sex-work.

Po drugie, wsparcie społeczne. Dla ogromnej części osób zaangażowanych w sex-work jest to najlepszy z podłych wyborów. Rozwiązaniem nie jest pozbawianie ich tej opcji. Wtedy zostają im tylko gorsze. Rozwiązaniem jest zapewnienie im LEPSZYCH alternatyw.

Po trzecie, reforma imigracji. To jedyny sposób na realne ukrócenie handlu ludźmi i patologii z nim związanych.

 

Każda z tych rzeczy jest kolosalnym działaniem. Ale to działania, które mają realny sens i warto ku nim zmierzać.

 

No dobrze, a na poziomie indywidualnym? Czy jest coś możesz zrobić samemu, w tym zakresie?

Jeśli korzystasz z pornografii, daruj sobie wszelkie kwestie przemocowe. Wyjdziesz na tym lepiej osobiście (brak warunkowania się na kiepskie i niezdrowe rozwiązania).

Jeśli korzystasz z usług sex-workerów, nie ulegaj fantazji pt. „ta osoba tego chce, jest hiper-seksualna, itp.” Miej świadomość – jak w wypadku korzystania np. z usług nisko opłacanego sprzedawcy w sklepie – że taka osoba może nienawidzić swojej pracy. Nie czyń jej gorszą czy mniej przyjemną – prawdopodobnie jest dostatecznie niefajna. (Piszę „jeśli” bo potwornie trudno mi tu doradzać „korzystaj”/”nie korzystaj”.  W świetle typowej sytuacji takich osób, zniechęcanie ich potencjalnych klientów może być, jak już mówiliśmy, niedźwiedzią przysługą.)

Jeśli możesz wspierać polityki pro-socjalne, rób to. Dotyczy to zarówno kwestii typu redystrybucja, jak i np. odpowiedniego wsparcia psychologicznego/psychiatrycznego, terapii narkotykowych, itp. Wiele osób decyduje się na prostytucje ze względu na trudną sytuację życiową, w tym problemy psychologiczne. Im mniej problemów w tym zakresie, tym lepiej.

Z tego samego powodu, promuj dbanie o zdrowie psychiczne, korzystanie z terapii, itp. Mamy w Polsce z tym duży problem. Warto mu przeciwdziałać.

Promuj polityki oparte na dowodach, a nie na oburzeniu moralnym. Dotyczy to też innych obszarów niż sex-work, ale tu najbardziej krzywdzi.

 

To chyba tyle. To złożony temat ( i długi tekst). Nie ma prostych rozwiązań. Nie ma oczywistych metod. Jest trudna sytuacja wielu osób, którą należy brać pod uwagę przy wprowadzaniu polityk społecznych, które wpływają na ogromne rzesze, często bardzo wrażliwych, osób.

Tak, życie jest pod tym względem wredne. Innego nie będzie, termin gwarancji minął. Dbajmy by nie czynić go gorszymi dla innych.

 


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis