Dobre intencje, szkodliwe działania

Stare (w niektórych wariantach sięgające nawet XII wieku) powiedzenie głosi, że droga do piekła wybrukowana jest dobrymi chęciami. O ile zwykle mam pewną alergię na powoływanie się na mądrości ludowe (bo równie często okazują się być ludowymi głupotami), tak, cóż, tutaj ewidentnie coś jest na rzeczy.

Temat ten poruszałem swego czasu przy okazji wpisów o efektywnym altruizmie (np. TUTAJ i TUTAJ), ale przewija się na tyle często, że zdecydowałem się do niego wrócić i napisać o tym, jak powszechne to tak naprawdę zjawisko.

Problem z dobrymi intencjami jest taki, ze większość ludzi stosuje bardzo uproszczony model pt. „jak czuję się z tym dobrze, to jest to dobre”. A dobre intencje są zwykle przyjemne. Fajnie czuć się zaangażowanym w jakąś sprawę. Fajnie czuć motywację do działania. Wspólnotę z jakąś grupą. Ba, nawet „święte oburzenie” z jakiegoś powodu może być przyjemne.

Tyle tylko, że z dobrymi intencjami jest jak w jednej z moich ulubionych przypowieści sufickich. Nasreddin z przyjacielem jadą wozem na pielgrzymkę do Mekki. Rozmawiają sobie przyjemnie, bawią się przednio, gdy nagle Nasreddin łapie się za głowę i woła do przyjaciela „Nie! Stój! Zawracaj! Zauważyłem drogowskaz, jedziemy w odwrotnym kierunku!”

Na co przyjaciel patrzy na niego karząco. „Ehh, Nasreddinie, Nasreddinie. Ty zawsze jesteś taki negatywny. Ty zawsze zwracasz uwagę na problemy. A nie mógłbyś zwrócić uwagę na coś pozytywnego? Na przykład na to jak szybko jedziemy?”


Z pozytywnymi intencjami jest jak z takim wyjazdem. Jeśli nie nadamy im odpowiedniego kierunku, łatwo mogą nas sprowadzić na manowce. Żyjemy bowiem w bardzo złożonym świecie i jakkolwiek możemy mieć dobre zamiary… Cóż, efekty są naprawdę różne.

Tak jak pisałem jakiś czas temu, „każdy jest bohaterem w swojej głowie”. Nikt nie uważa się za łotra, za kogoś, kto robi coś złego czy potwornego. Każdy chce myśleć o sobie jako o tym dobrym, fajnym, sympatycznym. O tym, kto stara się usprawnić świat i uczynić go lepszym. Pomaga nam w tym cała masa błędów poznawczych i innych skłonności. Chcemy o sobie dobrze myśleć i jesteśmy do tego automatycznie nakłaniani przez nasze mózgi. Przykładów na takie sytuacje jest cała masa.


Antyszczepionkowi rodzice mają zwykle dobre intencje. Chcą bezpieczeństwa i zdrowia swojego dziecka. Po prostu nie mają odpowiedniej wiedzy, więc przyjmują jedną z najgorszych możliwych strategii do tego celu.


Wielu coachów i rozwojowców chce dobrze – ogromna część „wchodzi” do tej branży ze świetnymi intencjami pomocy innym, ulepszania ich życia, itp. Niestety, jeśli nie mają (jak to często bywa), narzędzi do wyboru odpowiednich metod, często polegają na dobrze brzmiącym, ale szkodliwym szajsie.


Ale największy chyba problem w temacie jest w zakresie ekologii. Chęć dobrego działania, realne problemy świata, połączone z szeregiem uwarunkowań, takich jak wiara w specjalną wartość tego, co „naturalne”, prowadzą do licznych decyzji w najlepszym razie obojętnych, a często absolutnie sprzecznych z tym, co faktycznie dla środowiska dobre. Tak było np. w przypadku niedawnego zakazu plastikowych słomek – mało istotnych dla czystości mórz i oceanów (tu dużo większym zagrożeniem są np. sieci rybackie), ale stanowiących istotną i trudną do zastąpienia pomoc dla wielu osób niepełnosprawnych. Tak jest w przypadku wielu osób decydujących się wymienić nowy i sprawny samochód na samochód elektryczny – choć środowiskowy koszt produkcji tego ostatniego przekracza oszczędności środowiskowe z jego wykorzystywania. (Zwłaszcza w krajach, które energię elektryczną czerpią z „brudnych” źródeł.) Tak jest w przypadku oporu przed energią atomową (niezbędną, jeśli chcemy szybko ograniczyć emisje CO2) czy żywnością GMO (niezbędną, jeśli chcemy wyżywić rosnące masy ludzi bez wycinania dalszych, niezmierzonych połaci lasów pod uprawy, zwłaszcza w sytuacji globalnego wzrostu temperatur i zmian wydajności rolnictwa jakie to ze sobą niesie).


Oczywiście, to, że wymieniam te akurat obszary nie oznacza, że inne są bezpieczne. W każdym znajdziemy obszary, gdzie dobre intencje prowadzą do złych konsekwencji.


Dlatego właśnie potrzebujemy badań i opierania się na twardych danych. To mniej przyjemne i romantyczne, niż nagły zryw serca i podążanie za tym, co nam w duszy gra. To mniej emocjonujące. Buchalteria zamiast działania.

Ale bez tej buchalterii łatwo może się okazać, że zmierzamy w złym kierunku i coraz bardziej przyśpieszamy.

Dlatego na koniec dnia trzeba sobie zadać pytanie: co jest ważniejsze? To jak się czujemy, czy sprawa o którą się staramy?



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis