Recenzja: Invisible Women

Caroline Criado-Perez

Zwykle jeśli przy książce klnę i mam ochotę czymś rzucić lub komuś przyłożyć, jest tak dlatego, że jest ona wyjątkowo zła. Mało danych. Tezy wyssane z palca. Brednie sprzeczne ze współczesną nauką. Te sprawy.

Tym razem kląłem z zupełnie innego powodu. Invisible Women to książka o niedoborze danych, więc ten niedobór danych doskonale ilustruje. Jest bardzo, bardzo gęsta informacyjnie. Jest potężnie osadzona w badaniach i twardych źródłach. Jest bardzo naukowa i bardzo ostrożna w stawianiu tez ponad przedstawione dane.

Nie musi. Przedstawione dane są wystarczające. I są bardzo, bardzo smutne. I potwornie przy nich kląłem.


“The Uninhabitable Earth”, które było jednym z moich dużych źródeł do wpisu o globalnym ociepleniu, była książką przerażającą w swej treści. Nie miałem jednak kłopotów z przeczytaniem jej w 2-3 dłuższych posiedzeniach. “Invisible Women” w wielu miejscach czytałem w rytmie 2-4 strony i chwila przerwy. Bo było za ciężko, za gęsto. Czytałem w życiu kilka naprawdę gęstych książek – “Kwiaty w pudełkach”, “Detroit: sekcja zwłok ameryki”… Książki przy których miałem wrażenie, że się duszę.

W porównaniu z “Invisible Women” był to spacer po rajskiej łące na której nawet odchody jednorożców pachną cynamonem i burbonem. (Ej, jednorożce to maszyny do zabijania, muszą zapijać poczucie winy!)

Ta książka jest porażająco ciężka i smutna. Jest czymś, przy czym kilkukrotnie dosłownie mnie mdliło. Jest czymś przy którym tak często przychodziło mi na myśl względem tak wielu znanych mi osób “Jest mi tak potwornie przykro, że musisz się zmagać z tym gównem na co dzień. Tym bardziej przykro, że indywidualne działania tak niewiele tu zmienią, a ja jestem sobie w uprzywilejowanej sytuacji w której mogę sobie pomyśleć o tym jak mi przykro, ale jak nie chcę, to mogę się od tego odciąć. A Ty nie.”

Jeśli jest jakaś wada tej książki, to chyba właśnie to – że tych danych było już tutaj wręcz za dużo. Że miejscami, trafiając na rzeczy które już znałem, niemalże wzruszałem ramionami “tak, ten szajs jest też, znam go z tego i tego źródła, idźmy dalej…” Że w jakimś sensie aż tak duże nagromadzenie na raz może być czymś znieczulającym na drobniejsze aspekty problemu, tak duży jest. Choć z drugiej strony kto wie, pewnie dla wrażliwości niektórych nawet taka suma szajsu nie wystarczy by coś się w ich myśleniu zmieniło. Raz jeszcze – tak mi przykro.


“Niewidzialne Kobiety” to książka o braku kobiet. O tym, że dane zbiera się domyślnie pod kątem mężczyzn. Że świat projektuje się pod ich kątem, aż do takich rzeczy jak rozmiar cegły czy telefonu (by wygodnie leżały w męskiej ręce). O tym jak ignoruje się dane, które mogłyby tak wiele zmienić.

To bardzo, bardzo ciężka książka. Ale nie tragiczna. Ma, paradoksalnie, kilka jasnych punktów i to od nich chcę zacząć, zanim zanurzymy się w ciemne strony omawianego tematu.


Szanse i możliwości

To, jak dotychczas ułożony był świat wygenerowało ogromną ilość luk, których wypełnienie może być nie tylko cenne, ale i nieoczekiwanie proste.


1. Istnieje OGROMNA ilość niszy rynkowych na produkty dopasowane do potrzeb i przede wszystkim WYMIARÓW kobiet. Ogromna ilość przedmiotów codziennego użytku jest robiona pod typowe męskie wymiary. Wszystko od cegieł, teczek architektonicznych, ekranów smartfonów, aż po klawiatury fortepianów. Wersje kobiece to często “pomniejszone” warianty męskie, ignorujące różne rozłożenie proporcji i związane z tym np. optymalne punkty rozłożenia ciężaru. Podobnie wygląda kwestia dopasowania do potrzeb. Pierwsza wersja smartwatcha Apple’a mierzyła kilkadziesiąt zdrowotnych zmiennych… Ale nikomu nie przyszło do głowy, by rejestrował też okres.

Te nisze są, notabene, cudowną demonstracją tego, jak to “niewidzialna ręka rynku” jest w dużej mierze fikcją. Po prostu, wśród decydentów jest zbyt wielu facetów. Zarówno w samych firmach produkujących dane rozwiązania, jak i w funduszach typu venture capital, które decydują o finansowaniu takich rozwiązań. Dla jasności, w tej ślepocie na możliwości rynkowe nie ma zbyt wiele złej woli. Odrobinę seksizmu pewnie tak, ale przede wszystkim ignorancja. Mężczyźni po prostu nie są świadomi bardzo wielu problemów i niedogodności, których doświadczają kobiety. Szereg błędów poznawczych sprawia, że ten brak świadomości przekłada się na ślepotę jeśli chodzi o potencjał rynkowy.

Kluczem do wykrycia tych nisz jest faktyczne posłuchanie kobiet, zapytanie o ich potrzeby i dopuszczenie ich do decyzji inwestycyjnych. Potencjalne korzyści są jednak ogromne. To połowa (często więcej) bazy konsumenckiej, której potrzeby są regularnie ignorowane.


2. Tak jak ogólny postęp w medycynie bardzo zwolnił w ostatnich latach, a koszty wprowadzenia na rynek nowego leku drastycznie wzrosły, tak mamy tu obiecujące możliwości. Ten spadek efektywności tłumaczony jest często wykorzystaniem wszystkich tzw. “nisko rosnących owoców”, co oznacza, że dotarcie do nowych rozwiązań wymaga nieporównywalnie większego wysiłku.

Jeśli jednak – jak wskazują dane – mamy istotne różnice między działaniem wielu leków u mężczyzn i kobiet (i to nawet na poziomie badań na liniach komórkowych!) to mamy ogromny potencjał na odkrycie bardzo wielu nisko rosnących owoców związanych z kobiecym zdrowiem. Pod warunkiem, że zaczniemy odpowiednio zbierać dane, odpowiednio w nie inwestować. Dla przykładu, przynajmniej od 2013 wiadomo, że sildenafil (Vigra) ma spory potencjał jako lek na ostre bóle menstruacyjne. Z perspektywy miażdżąco lub wyłącznie męskich paneli przyznających fundusze badawcze, nie jest to jednak problem na tyle istotnym, by inwestować w dalsze badania. Dla przypomnienia, 84% kobiet zgłasza problemy w tym zakresie, u ok. 30% przekłada się on na tymczasową niezdolność do normalnego funkcjonowania.

Oczywiście, w niektórych przypadkach sprawdzenie danych leków wymaga dosłownie ponownego przebadania rzeczy, które stosujemy od kilkudziesięciu lat, bo nikomu nie przyszło do głowy, że testy na mężczyznach mogą dać inne wyniki niż na kobietach. Tym niemniej jest to i tak większy potencjał, niż “normalne” poszukiwanie nowych leków.


3. Tak jak książka wskazuje na OGROMNĄ ilość problemów, które musimy rozwiązać, dobra wiadomość jest taka, że bardzo wiele z nich da się rozwiązać relatywnie niskim kosztem i odrobiną dobrych chęci. Segregowanie danych na męskie i kobiece nie jest szczególnie trudne, wymaga dosłownie jednej dodatkowej pozycji w tabelce. Wiele interwencji poprawiających życie kobiet da się wprowadzić minimalnym kosztem. Wiele wymaga po prostu zapytania kobiet o ich potrzeby, albo nie oczekiwania, że się dostosują do domyślnie męskiego rozwiązania. Kluczem jest świadomość i odrobinka, naprawdę odrobinka empatii i bardzo, bardzo wiele rzeczy da się zmienić.


To są te dobre wiadomości. Te złe… No cóż, mam nadzieje, że wzięliście torebkę na wymioty. Przed nami długa droga i może Was mocno zemdlić.


Co jest z nami nie tak? Ale tak serio, ze społeczeństwem? Czemu jesteśmy aż tak zwaleni?

Nawet nie wiem od czego zacząć. Tzn. ilość problemów jakie trzeba poruszyć jest tak wielka, że nie wiem jak to zrobić w składny sposób. Ba. wiele zawartych jest w książce, a ich nie poruszę, bo już je znałem, już o nich pisałem w tekstach na temat feminizmu itp. albo nawet nie pisałem, ale kojarzę i nie zaznaczyłem. Tego jest po prostu porażająco dużo.


“Człowiek = Mężczyzna”?

Zacznę więc, gdzie zaczęła autorka. Od “wojownika z Birki” – szkieletu bogatego wojownika, znanego od ponad stu lat. No, jeden problem z tym szkieletem. Miednicę miał tak ewidentnie kobiecą. Uznano jednak, że broń jest lepszym wskaźnikiem płci niż kości. Co prawda w 2017 testy DNA potwierdziły, że kości należały do kobiety, ale to nie wystarczyło. Teraz zaczęto argumentować, że kości musiały zostać pomieszane. Albo musiał być inny powód, dla którego kobiece zwłoki pochowano tak, jak zgodnie z tradycją chowano wojowników.

To jednak nie mogło być możliwe. Bo przecież kobieta nie mogła być wojownikiem. I do Heli z dowodami! (Równoległe badania ponad 1000 grobów Scytów pokazały, że nawet 37% scytowskich kobiet było aktywnymi wojowniczkami, ale to detal. Podobnie jak fakt, że z jakiegoś dziwnego powodu w jakichkolwiek wykopaliskach archeolodzy identyfikują nieproporcjonalnie dużo zwłok jako męskie…)

Pierwszy problem, problem od którego wszystko się zaczyna, to że w ogromnej większości współczesnych kultur człowiek oznacza, domyślnie, mężczyzna. Nigdzie nie było tego widać lepiej niż w znakach emoji – gdy pojawiły się pierwsze, typu “biegnący człowiek”, były one niemal uniwersalnie interpretowane jako “biegnący mężczyzna” przez różne platformy. (Konkretna graficzna interpretacja emoji jest decyzją danej platformy, np. Facebooka, nie twórców emoji.) Co istotne, to “człowiek = mężczyzna” jest stereotypem tylko częściowo powiązanym z rodzajami w samym języku. Języki pozbawione rodzajów (jak Fiński) mają nawet pewne problemy, bo ciężej w nich korygować te stereotypy, które jednak są.

Zmiana tego domyślnego “człowiek = mężczyzna” jest możliwa, ale wymaga długiej edukacji. Bez tego tendencje są bardzo silne.


I niestety wspierane naszymi mediami. Tylko 13% nie-ludzkich bohaterów telewizji dziecięcej to kobiety, 32% w wypadku ludzkich postaci. Tylko 28% mówiących postaci to kobiety, a w scenach grupowych kobiety to tylko 17% grup. Mężczyźni spędzają też 2-3 razy więcej czasu na ekranie niż kobiety. Podobnie jest z posągami, banknotami, itp. Mniej niż 10% (niekiedy mniej niż 5%!) bohaterów gier to kobiety. Dysproporcje są ogromne.

A to ma znaczenie. Bo to dodatkowo umacnia obraz pt. “perspektywa męska jest klasyczna i uniwersalna, perspektywa kobiety jest niszowa”.

Efekt ten jest dodatkowo umacniany przez, niestety, samych facetów. Kobiety niejako nauczyły się kupować i czytać książki o i napisane przez mężczyzn czy grać męskimi postaciami. Vice versa jest trudniej. Ba, wielu facetów twierdzi, że gra kobietą utrudniałaby im wczucie się w grę (z jakiegoś powodu gra np. kosmitą czy robotem nie jest dla tych samych osób problemem – pod warunkiem, że jest to męski kosmita!)


Efekt ten prowadzi też do pewnego specyficznego paradoksu. Specyficznego o tyle, że łatwego do zrozumienia z perspektywy uprzywilejowania… ale i przez to łatwego do przeoczenia.

Jeśli ktoś zwraca się do kobiet – uznaje się, że mówi do niszowej grupy.

Jeśli ktoś zwraca się do osób LGBT – uznaje się, że mówi do niszowej grupy.

Jeśli ktoś zwraca się do osób nie-białych – uznaje się, że mówi do niszowej grupy.

Jeśli ktoś zwraca się do białych, heteroseksualnych meżczyzn (lub nie różnicuje do kogo się zwraca, przez co domyślnie zostaje uznany za zwracającego się do tej grupy) – to wciąż mówi do niszowej grupy, ale z jakiegoś powodu uznaje się, że w tym jednym wypadku nie jest to niszowa wypowiedź.

I to ma znaczenie – bo standardowym “człowiekiem pracującym” w ostatniej kampanii w USA stało się 53 tysiące górników (głównie białych mężczyzn) o medianie zarobków 60 tys. USD rocznie. Pytanie na ile są dobrą reprezentacją pracowników, w porównaniu np. z liczącą 924 tysiące, zarabiającą 21 tys. USD rocznie grupą sprzątaczy (głównie nie-białych kobiet)? Z perspektywy obiektywnej dużo gorszą. Ale z perspektywy dostępności poznawczej nagle relatywnie nieźle wynagradzani górnicy okazali się być “solą tej ziemi” i oczkiem w głowie kampanii.

Ten temat będzie powracał, raz za razem, gdyż jest u sedna większości dalszych problemów. Do czasu gdy nie oddzielimy płci od “wzorcowego” mężczyzny, będziemy zawieszeni…


Neutralne płciowo działania zwykle nie są neutralne

W 2011 miasto Karlskoga w Szwecji wprowadzało szereg inicjatyw równościowych, gdy jeden z radnych zażartował, że przynajmniej zimowe odśnieżanie nie będzie podlegało “zmianom genderystów”.

Jak się okazało, mylił się. Bo wychodzi na to, że odśnieżanie też ma swój aspekt nierówności płciowej.

Jak, ktoś może zapytać? Cóż, wszystko rozchodzi się o to, że mężczyźni i kobiety mają we wspólczesnym społeczeństwie – nawet dość równościowym, jak szwedzkie – inne potrzeby i wzory działania. Mężczyźni głównie jeżdzą samochodami. Kobiety dużo częściej chodzą lub korzystają z transportu publicznego. (Jest to związane z tym, że mężczyźni zwykle tylko dojeżdżają do i z pracy, kobiet robią zwykle dużo więcej krótszych podróży, np. odwieźć dzieci do szkoły, zaoopiekować się starszym członkiem rodziny, itp.) W efekcie decyzja o tym, czy rozpoczynać odśnieżanie (jak dotąd) od dróg czy od chodników miała dość kluczowe znaczenie. Co więcej, jazda nieodśnieżoną drogą jest dużo mniej ryzykowna, niż chodzenie nieodśnieżonym chodnikiem – zmiana priorytetów oszczędziła więc miastu ogromne kwoty, które normalnie poszłyby na utraconą produktywność i na dodatkową opiekę zdrowotną.


Jak się okazuje, ze względu na takie kwestie jak nierówny podział obowiązków czy dostępu do zasobów, ogromna ilość pozornie neutralnych płciowo decyzji politycznych przekłada się na bardzo konkretne przejawy dyskryminacji jednej i preferencji drugiej płci. Dla przykładu, nawet konserwatywne rządy decydujące się na politykę oszczędnościową zwykle inwestują w drogi – na czym korzystają głównie mężczyźni. Równocześnie zwykle redukują transport publiczny, uderzając w kobiety. Redukują też aktywność szkół, zajęcia pozalekcyjne czy pomoc dla osób starszych – tym samym zwiększając obciążenie tymi zajęciami, które w większości (ok. 75%) obciążają kobiety.

Taka forma transportu nie jest jednak zwykle uznawana za istotną dla ustalania polityki lokalnej. Prawdopodobnie znaczenie ma tu fakt, że wśród osób decyzyjnych jest po prostu nieporównywalnie więcej mężczyzn, patrzących na sytuację pod kątem swojego życia i swoich potrzeb i nieświadomych tego, że mogą być inne potrzeby.


Temu problemowi da się zaradzić. Robi tak Wiedeń, z sukcesami, od lat 90-tych. Zaczęła tak niedawno działać Barcelona. Nawet drobne zmiany, w rodzaju biletów przesiadkowych (pozwalających w określonym czasie skorzystać z kilku środków transportu na jednym bilecie) są tu cennym usprawnieniem przede wszystkim dla kobiet.


Innym klasycznym obiektem typowym dla problemu są toalety. Kobiety częściej potrzebują korzystać z toalet (choćby ze względu na okres czy na wpływ ciąży na pojemność pęcherza), korzystają z nich też przeciętnie dużo dłużej. Do tego przeciętna kobieca toaleta “obsłuży” na raz dużo mniej osób niż równie duża męska toaleta z pisuarami. A jednak bardzo niewiele miejsc dba o to, by zapewnić proporcjonalnie więcej toalet dla kobiet. Ba, w wielu przypadkach można spotkać się z dodatkowymi toaletami tylko dla mężczyzn. Dla przykładu, w Bombaju są tysiące darmowych urynałów, ale nie ma żadnych darmowych toalet publicznych dla kobiet. Niedobór takich miejsc przekłada się zresztą, w krajach takich jak Indie, na ogromną ilość przypadków przemocy seksualnej. O problemach zdrowotnych, jakich można dzięki temu uniknąć nie trzeba też chyba wspominać.


Groźba przemocy seksualnej jest kolejnym elementem często ignorowanym. Tu często pada argument, że kobiety niepotrzebnie się boją, bo przecież statystyki policyjne pokazują, że to mężczyznom bardziej grozi przemoc. Problem leży tylko w tym, że statystyki te są drastycznie zaniżone, gdyż większość kobiet nie zgłasza przypadków napaści czy molestowania. Nie ma do tego jasnych procedur. Wstydzą się. Boją tego jak zostaną potraktowane przez władze (często niestety słusznie). No i nie wierzą w skuteczność takich zgłoszeń. 77% kobiet napastowanych w Waszyngtońskim metrze w 2016 nie zgłaszało tego policji. Podobnie 96% ofiar molestowania seksualnego i 86% przemocy seksualnej w metrze Nowego Yorku czy 90% osób w Londynie (gdzie co piąta kobieta doświadcza w ciagu danego roku przemocy seksualnej w transporcie publicznym). W takiej sytuacji jakiekolwiek porównywanie statystyk okazuje się delikatnie mówiąc trudne.


Brak reakcji na te problemy jest o tyle specyficzny, że widzimy aktywne kampanie społeczne przeciwko np. kradzieży kieszonkowej czy zostawianiu podejrzanych pakunków w metrze. Dlaczego więc nie mamy aktywnych kampanii przeciwko molestowaniu?

Co istotne, nawet proste rozwiązania mogą tu wiele zmienić. Na przykład ogromna część napaści zdarza się nie tyle w środkach transportu, co np. na przystankach. Coś tak prostego, jak elektryczna tablica informacyjna o czasie oczekiwania na autobus może już być ogromną pomocą, nie zmuszając kobiety do samotnego oczekiwania w podejrzanie niebezpiecznym miejscu “a nuż zaraz przyjedzie autobus”. Pomocne jest też lepsze oświetlenie i przezroczyste wiaty autobusowe, oraz możliwość przystanków na żądanie dla kobiet korzystających z nocnych autobusów. Co więcej, ponieważ tego typu ataki wydają się skupiać w pewnych konkretnych miejscach, możliwe jest dodatkowe ograniczenie kosztów interwencji, przez skupienie się na trudnych obszarach.

Celowo nie wspominam tu o najdroższym, choć potencjalnie najskuteczniejszym środku, jakim jest obecność ochroniarza/konduktora w wagonie/autobusie. Ten środek łatwo odrzucić jako zbyt kosztowny (choć pytanie, czy nie zwróciłby się z nawiązką w większej efektywności, spadku kosztów hospitalizacji, itp.) Skupmy się na tych prostszych i tańszych – i tak mogą dramatycznie dużo zmienić.


Takich problemów jest więcej i pojawiają się w różnych obszarach. Koniec końców, jeśli osoby planujące przestrzeń publiczną nie wezmą pod uwagę specyficznych potrzeb kobiet, przestrzeń wspólna staje się, z definicji, przestrzenią męską i dopasowana jest dużo bardziej do ich potrzeb. Co istotne, odpowiednie modyfikacje planów nie są drogie. To nie kwestia zasobów. To kwestia woli i priorytetów.


Nierówność w pracy

Kobiety wykonują miażdżącą większość prac domowych, niezależnie od tego czy pracują zarobkowo ani za jaką proporcję zarobków rodziny odpowiadają. Nawet jeśli mężczyźni przejmują  część obowiązków, to zwykle przejmują przyjemniejsze i mniej obciążające elementy pracy domowej. Więcej zabawy z dziećmi, mniej zmieniania pieluch. Więcej zakupów, mniej czyszczenia kibli. Kobiety zdecydowanie częściej też opiekują się chorymi lub zniedołężniałymi krewnymi. Przy wzroście majątku rodziny część obowiązków może zostać przeniesiona na zewnętrzną pomoc (zwykle też kobiety), ale nawet wtedy kobiety wykonują więcej obowiązków domowych niż mężczyźni. Przekłada się to zresztą na zdrowie kobiet, poziom stresu i szereg innych czynników.

To dodatkowe obciążenie pracą jest dodatkowo istotne, gdyż często uniemożliwia lub znacząco utrudnia kobietom pracę na pełny etat (np. ze względu na konieczność zapewnienia opieki dzieciom, czego ciężar spada zwykle na kobiety), co przekłada się na gorszą pozycję kobiet na rynku pracy, niższe emerytury i szereg innych problemów.

Nierówności nie sprowadzają się przy tym tylko do tej kwestii. Klasykiem jest wskazana już nierówność płac – i mamy badania pokazujące, że gdy dane stanowisko się feminizuje, pensje spadają (i vice versa). Przywołując mem, który podesłała mi kiedyś znajoma “Mężczyźni zwykle wybierają wyżej płatne posady, np. biznesmen, inżynier, lekarz, podczas gdy kobiety preferują mniej płatne stanowiska, takie jak biznesmenka, inżynierka czy lekarka.”


Problem pojawia się zresztą już na etapie rekrutacji. Tam, gdzie wiadomo, że rywalizują ze sobą mężczyźni i kobiety, mężczyźni mają regularną i ogromną przewagę. Nawet jeśli zostaną przyjęci do stereotypowo żeńskiej kariery, są popychani w kierunku szybszego awansu i rozwoju. Nie nauczyciel, a dyrektor. Vice versa jest nie tyle gorzej, co absurdalnie. Kobiety po prostu są masowo karane za samo bycie kobietami. Np. odkąd Filharmonia Nowojorska w latach 70-tych zaczęła stosować ślepe przesłuchania udział kobiet-muzyków wśród nowo zatrudnionych skoczył z 0% na 50%. Wcześniej płeć jakoś magicznie “obniżała” oceny. Nie da się też twierdzić, że to problem minionych czasów. Dokładnie tak samo działa to teraz. Gdy na rekrutacji do firm IT podaje się płeć w CV, 5% zaproszonych na rozmowy to kobiety. Gdy nie podaje się płci – 54% (próba 5000, a więc bardzo solidna).

Problem trwa też na poziomie ocen. Kobiety kara się za aktywność i asertywność tam, gdzie mężczyzn się do nich zachęca. Kobiety mają mniejszą szanse na przyjęcie na staże. Ich badania są rzadziej publikowane i rzadziej cytowane. (A jeśli cytowane, to często interpretuje się je jako badania mężczyzn, P. Smith staje się Pawłem Smith, choć była Pauliną Smith.) Jeśli artykuł był pisany wspólnie przez mężczyznę i kobietę, kojarzy się go z mężczyzną. Mężczyźni-naukowcy mają dużo większą szansę na tenurę (stałe stanowisko naukowe). To wszystko w sytuacji, gdy nadwymiarowa bezpłatna praca kobiet zmniejsza ich szanse na realną pracę naukową… I ta nadwymiarowa praca pojawia się także w miejscu pracy. Od kobiet oczekuje się wykonywania dużo większej ilości nisko cenionej pracy administracyjnej typu organizacja, wklepywanie danych czy sprzątanie po spotkaniach. To do kobiet zgłaszają się studenci po wsparcie emocjonalne i to na nich próbują wywierać większy wpływ jeśli chodzi o łamanie zasad (przedłużanie terminów, itp.) Wiele z tych rzeczy jest drobnych, ale sumuje się do obciążenia, z którym mężczyźni-naukowcy nigdy nie musieli się zmagać.

Kobiety są też dużo bardziej surowo oceniane w formularzach ocen wykładowców. Ba, samo poruszanie tematyki kobiecej na wykładach może być traktowane jako nadmiernie niszowe kwestie – bo w końcu to mężczyźni i ich problemy są “domyślną” tematyką. Studenci wierzą, że mężczyźni szybciej sprawdzają prace zaliczeniowe niż kobiety (nawet jeśli wszyscy otrzymali prace w tym samym momencie, ale połowa wierzyła, że uczy ich mężczyzna, a druga, że kobieta). Kobiety są gorzej oceniane jeśli nie są uznane za wystarczająco ciepłe i dostępne, ale jeśli już zostaną za takie uznane, to są z kolei gorzej oceniane za bycie za mało profesjonalnymi i pozbawionymi autorytetu. (Mężczyźni są doceniani za poziom dostępności oczekiwany od kobiet, ale nie są penalizowani za jego brak). Oceny kobiet-naukowców w internetowych bazach recenzji są często nasycone groźbami przemocy czy seksualizacją. Te same oceny wskazują, że kobiety są dużo częściej oceniane jako surowe, nieuczciwe czy irytujące, a mężczyźni jako inteligentni, genialni czy błyskotliwi – nawet gdy mówimy o tym samym naukowcu, znanym tylko online i będącym fikcyjną personą o zmiennej płci.

By to wszystko jeszcze pogorszyć, wiele ogłoszeń o prace otwarcie zniechęca kobiety (często nie będące tego zniechęcania nawet świadomymi) przez używanie sformułowań i opisów typowo pasujących do mężczyzn.


Oddzielnym problemem jest strefa publiczna. Kobiety są masowo zniechęcane do udziału w polityce. Nie tylko podlegają one wspomnianym już wcześniej podwójnym standardom (muszą być jednocześnie ambitne -ale nie za ambitne – i miłe, mężczyźni mogą być tylko ambitni i nie ma dla nich czegoś takiego jak bycie zbyt ambitnymi). Są też aktywnie zniechęcane i atakowane. Standardowo traktowane z wyższością, uciszane i nie dopuszczane do głosu, często doświadczają dużo gorszych sytuacji. 66% kobiet-parlamentarzystek, w badaniu obejmującym cały świat, doświadczało regularnie mizoginistycznych komentarzy od mężczyzn-posłów, od uwłaczających typu “Lepiej byś się sprawdziła w porno” aż po groźby gwałtu. A to tylko od “kolegów parlamentarzystów” – wiele posłanek doświadcza wręcz zalewu gróźb przemocy, gwałtu i morderstwa ze strony anonimowych mężczyzn, dla których światopoglądu stanowią wyzwanie. Im więcej kobiet w polityce, tym silniejsza ofensywa ze strony mężczyzn (tak w parlamencie jak i poza nim).


Zmiany są tu możliwe. Zaczynając od zmian grafik w ogłoszeniach rekrutacyjnych, przez zmiany używanych słów, tak by podkreślać cechy typowo kojarzone z kobietami (jak np. współpraca), a kończąc po prostu na parytetach (które, wbrew popularnemu oburzeniu, regularnie okazują się prowadzić nie do promocji niekompetentnych kobiet, a do odrzucania niekompetentnych mężczyzn, którzy normalnie dostaliby niezasłużony bonus na start). Rekrutacja bez wiedzy o płci kandydata/ki ma ogromny potencjał. Nawet na poziomie awansów, zwykłe wprowadzenie większej przejrzystości i odpowiedzialności menadżerów za awanse, przekłada się na lepsze efekty.


Zagrożenia których nie znamy

Miażdżąca większość badań nad bezpieczeństwem w pracy dotyczy warunków, w jakich pracują mężczyźni. Doskonale znamy warunki pracy w kopalni węgla i ich wpływ na zdrowie. Nie znamy za to długoterminowego wpływu pracy w salonie manicure’owym i wdychania ogromnej ilości sproszkowanych lakierów i pokrewnych substancji. Nie wiemy jakie są tu efekty.

A to ma znaczenie, bo o ile ogólna długość życia wzrasta, to jest ona napędzana wydłużaniem żyć mężczyzn. Długość życia kobiet pozostaje w miejscu lub nawet się skraca.

Niestety, dane na temat zdrowia kobiet nie są gromadzone. Większość danych opiera się na “referencyjnym” mężczyźnie, rasy kaukaskiej, w wieku 25-30 lat i o wadze 70 kilogramów. Dawki leków itp. ewentualnie zmienia się proporcjonalnie do rozmiarów innych osób, ale ignoruje się np. inaczej działający system immunologiczny czy hormonalny kobiet. Albo inne proporcje tłuszczu. A to oznacza, że ogromna ilość wartości uznawanych za bezpieczne dla “referencyjnego” mężczyzny nie jest taka dla kobiet – choćby w zakresie akceptowalnych poziomów promieniowania czy zanieczyszczeń. Tymczasem wiele środowisk pracy – zwłaszcza tych gdzie przeważają kobiety – nie jest odpowiednio badanych. Na przykład kobiety poniżej pięćdziesiątki pracujące dziesięć lat lub więcej w zakładach produkujących plastiki używane w samochodach mają PIĘCIOKROTNIE większe ryzyko zapadnięcia na raka piersi. Nawet rok zwiększa ryzyko o 9%.

Regulacja tych miejsc pracy jest jednak minimalna lub żadna.

I żeby nie było, że dotyczy to tylko kobiet pracujących w ryzykownych zawodach, groźne mogą być nawet produkty codziennego użytku. I zwykle tego nie wiemy, bo, cóż, nie testowano ich w przypadku kobiet. A normy, jeśli się stosuje, stosuje się względem referencyjnego mężczyzny…


Jak np. manekiny na których testuje się bezpieczeństwo samochodów. Domyślnie męskie (a nawet jeśli są kobiece, to zwykle są po prostu mniejszymi wersjami męskich, choć m.in. rozłożenie wagi powinno być nieco inne. Ale nawet te niepełne manekiny, gdy się je wprowadza, drastycznie redukują wyniki bezpieczeństwa wielu samochodów. Nawet bezpieczne samochody projektuje się, jak widać, pod bezpieczeństwo mężczyzn.


Jeszcze gorzej jest w przypadku leków. Choć mogą działać zupełnie inaczej u mężczyzn i kobiet (i to już na poziomie linii komórkowych), większość testów przeprowadza się na mężczyznach, a danych z badań na kobietach zwykle się nawet nie oddziela, uniemożliwiając choćby metaanalizę i znalezienie nowych rozwiązań. Z jednej strony to potencjalnie obiecujące. (Ile mamy leków, które świetnie działają u kobiet, a tego nie wiemy?) Z drugiej potwornie groźne. (Ile mamy leków bezużytecznych lub groźnych dla kobiet, a o tym nie wiemy?) Co gorsza jeszcze długo nie będziemy wiedzieć, bo inwestycje w badania medyczne kobiet są dużo, dużo niższe, niż w badania mężczyzn.


Świat zaprojektowany pod mężczyzn

Jedną z przyczyn dla których kobiety są często bardziej zagrożone jest fakt, że operują w świecie, który nie jest pod nie zaprojektowany. (Podobnie mają np. leworęczni, ale jednak w mniejszej skali). Większość maszyn jest zaprojektowana pod “męski” rozmiar ciała czy ciężar i rozmiar wygodny dla meżczyzny. Nie są odpowiednio zrównoważone, uchwyty są za duże lub źle rozłożone ( i niemożliwe do przesunięcia). Dotyczy to zarówno dużych rzeczy (np. rozmieszczenia pedałów na traktorze) jak i małych, takich jak rozmiar telefonu. Te regularnie dopasowane są do wygody męskich dłoni (i kieszeni), ale nie kobiecych.

Tu mowa tylko o wygodzie, ale przekłada się to na realne zagrożenie. Np. wyposażenie wojskowe jest rozmieszczone tak, by optymalnie wykorzystać nośność mężczyzn, natomiast nie jest korygowane pod udźwig kobiet, które potrzebowałyby nosić wiele rzeczy niżej. Kamizelki kuloodporne i nożoodporne są standardowo z jednej strony za krótkie, a z drugiej uciskające na piersi, zupełnie nie dopasowane do kobiecej sylwetki. Mundury kobiece są typowo po prostu mniejszymi mundurami męskimi, zupełnie nie dopasowanymi do różnic w sylwetce – i to mimo dziesięcioleci starań kobiet by to zmienić.

Ilość takich drobnych niedogodności jest ogromna – i wywodzi się z tego, że domyślnie projektujemy świat pod mężczyzn.


Co gorsza, nawet projektując pod kobiety, zwykle nie pytamy ich o zdanie, tylko projektujemy pod to jak mężczyznom się wydaje. Np. mężczyźni przede wszystkim cenią gatunki roślin dające większe plony, podczas gdy dla kobiet istotniejsza jest redukcja dodatkowej pracy jaką muszą wykonać np. w odchwaszczaniu czy późniejszej obróbce żywności. W efekcie mężczyźni dziwią się, że kobiety nie przyjmują ich “cudownych” rozwiązań – nie zdając sobie sprawy, że rozwiązania te po prostu nie spełniały kobiecych potrzeb.


Powyższy problem może się kojarzyć raczej z biedniejszymi rejonami, ale w świecie rozwiniętym mamy własne błędy. Np. szkolenie sztucznej inteligencji (AI) pod męski świat. 70% próbek głosu w bazach danych używanych do uczenia sztucznej inteligencji rozpoznawania głosu to głosy męskie. Dlatego takie AI doskonale sobie radzi z głosami mężczyzn (zwłaszcza białych), ale dużo gorzej z głosami kobiet. Jest to o tyle absurdalne, że kobiety zwykle mówią wyraźniej i bardziej poprawnie, należałoby oczekiwać, że AI będzie lepiej sobie radziło z ich głosem. Co gorsza, większość firm produkująca takie oprogramowanie uznaje, że problemem nie jest ich produkt (mimo, że został po prostu źle przygotowany), tylko kobiety, które “nie chcą przejść specjalnego treningu, by AI zaczęło rozpoznawać ich głosy prawidłowo”. Fakt, że mężczyźni tego treningu nie potrzebują i produkt domyślnie dla nich działa nie wydaje się być czymś istotnym dla takich firm. (Może dlatego, że, rzecz jasna, w radach nadzorczych mamy głównie mężczyzn?)

Podobne problemy mamy z algorytmami rozpoznającymi obrazy (do tego stopnia, że łysy mężczyzna w kuchni klasyfikowany jest jako kobieta, bo co facet miałby robić w kuchni?), algorytmami tłumaczącymi i wieloma podobnymi systemami. To kolosalny przykład reguły “włóż śmieci/wyjmij śmieci” (“Garbage in/Garbage out”), który może mieć jednak ogromne znaczenie – bo ten sam algorytm może zaraz w Googlu decydować o tym, że strona lekarza jest dużo trafniejszą odpowiedzią na zapytanie, niż strona lekarki.

Dobra wiadomość jest taka, że te algorytmy da się naprawić, wystarczą lepsze bazy danych. Wymaga to jednak chęci.

Podobnie zresztą jak wiele innych wspomnianych problemów, które mogą być przy tym niezłym źródłem zarobku – bo to całe ogromne nisze. Oczywiście do tego mężczyźni musieliby sobie uświadomić, że w takie nisze warto zainwestować – bo na razie to wciąż oni decydują o inwestycjach i inwestują przeważnie w pomysły innych mężczyzn (mimo, że venture capital inwestujący w kobiece projekty osiąga zwroty przeciętnie dwa razy większe, niż inwestujący w męskie…)


Na koniec

To wszystko co opisałem? To bardzo, bardzo niewielki wycinek sporej książki. Tego syfu jest potwornie, potwornie dużo. Tak dużo, że może aż znieczulać. Ale na to znieczulenie właśnie nie można sobie pozwolić.

Bo to po prostu nie jest fair. Mamy tu potężnie udokumentowany, ogromny, systemowy problem dotykający w milion sposobów ogromnej rzeszy ludzi. Połowy naszej populacji.

Dotykający tak wielu osób, jakie znasz, na sposoby, których często nawet nie dostrzegają, ale które czynią ich życie trudniejszym i mniej komfortowym.

To coś, co trzeba zmienić.


A do czasu, gdy tego nie zmienimy – przykro mi, po prostu i szczerze, jest mi strasznie przykro, że tak wiele osób musi się z czymś takim zmagać.


Poziom: Nie dotyczy

Ocena: 5/5 – bardzo dobra książka, nie wiem czy nieco nie za długa, czy nie podzieliłbym jej na dwie, tak ciężka potrafi być i niemal znieczulająca. Ale potwornie ważna i warta przeczytania


Książkę możesz znaleźć np. tutaj


Moja nowa książka jest już dostępna, dołącz do zbiórki!

Jeśli chcesz dowiedzieć się jak działają mechanizmy statusowe i jak wykorzystać je w swoim życiu, ten tom jest dla Ciebie. Zbiórka na książkę trwa do 20 grudnia 2020!

Zapraszam do udziału!

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis