Jestem tylko człowiekiem…

Tak, wiem jakby tytuł sugerował, że zaraz będę udzielał publicznych przeprosin za coś okropnego w rodzaju podpalenia sierocińca (po zamordowaniu i zjedzeniu wszystkich osób wewnątrz, niekoniecznie w tej kolejności). Uspokajam, że nie o to chodzi. (A zdjęcia mnie z miotaczem ognia przed płonącym sierocińcem to, zapewniam, nieudolny fotomontaż. Poza tym…Sierociniec zaatakował pierwszy.) Generalnie staram się nie mieć za co publicznie przepraszać. Zdecydowanie ułatwia rozkminianie czy to robić, czy nie.

Tym niemniej jest kilka kwestii, o których myślę, że warto napisać. Niektóre z nich przewijają się czasem w dyskusjach, niektóre padają w rozmowach z klientami i dobrze byłoby je podsumować.

Jestem tylko człowiekiem… a czasem nawet tylko lamą…


Błędy poznawcze, czyli jestem równie podatny na bycie oszukanym co wszyscy!

Jednym z najczęstszych haseł, z jakimi się spotykam w kontekście rozwoju osobistego jest podejście pt. „nie możesz tego krytykować, jeśli sam tego nie doświadczyłeś„. Względnie „sam sprawdź na sobie, czy to działa”.

Od jakiegoś czasu dziękuję wtedy za zaufanie i wiarę w to, że jestem nadczłowiekiem, ale niestety – nie jestem.

Wszyscy ludzie mają wpisane w twardą strukturę mózgu ponad 250 istotnych tzw. błędów poznawczych, kształtujących nasze postępowanie i decyzje. Nie da się tych błędów pozbyć czy usunąć. Tkwią w nas „na twardo”. Można mieć ich świadomość i próbować ograniczać ich wpływ. Ale nie da się ich uniknąć.

Nie ma absolutnie żadnego powodu, żebym miał być jakkolwiek odporny na czar jakiegoś guru rozboju osobistego, czy na triki jakiegoś ezoteryka, niż ktokolwiek inny. Mam może nieco bardziej sceptyczne podejście, szukam alternatywnych wyjaśnień. Mam jakieś skrajnie podstawowe kompetencje z zakresu iluzji scenicznej, pozwalające mi wyłapać niektóre ze stosowanych trików. Czy to dużo? Nie sądzę. Może z kilka procent dodatkowej odporności od wzorcowego Zegrzysława. Na koniec dnia jestem równie głupi i podatny na oszukiwanie jak wszyscy inni. Jak każdy człowiek mogę ulec błędom poznawczym. Jak każdy człowiek mogę przyjąć bzdurną tezę w pakiecie z trafnymi. Jak każdy człowiek jestem podatny na rzeczy łechczące moją miłość własną. Nawet teraz nie mam pewności, czy w jednej czy w dwóch istotnych kwestiach nie dałem się oszukać, wybierając wiarę w kwestie, które były dla mnie po prostu bardziej pochlebne, niż alternatywy. Mam dość dystansu, by próbować z perspektywy weryfikować i sprawdzać ( i jeśli wyjdzie, że się dałem, możecie liczyć na wpis w temacie, bo niespecjalnie się przejmuje obciachem w tym zakresie ;)  ). Ale nie chroni mnie to przed pierwotnym wpadnięciem w pułapkę.

DLATEGO właśnie polegam na badaniach naukowych. Bo to jedno z tych narzędzi, mimo wszelkich jego ograniczeń, które pozwala wyjść poza dużo większe ograniczenia naszego, niewspomaganego mózgu. Nie jest idealne, ale jest dużo lepsze niż alternatywy jakie mamy.

Świadomość błędów poznawczych nie chroni przed ich wystąpieniem. Pomaga natomiast tak zorganizować sobie życie, by jak najskuteczniej im – WTÓRNIE – przeciwdziałać. Tylko i aż tyle. Nie da się na nie udopornić. Założenie, że nas nie dotyczą to inny błąd, tzw. efekt ślepej plamki.  Świadomość ograniczeń swojego umysłu pomaga.


Stosowanie narzędzi rozwojowych, czyli mnie też się czasem nic nie chce!

Ludziom często się wydaje, że jak ktoś zawodowo zajmuje się rozwojem osobistym czy psychoterapią, musi sam być, cóż, inny.

Bardzo poukładany wewnętrznie. Niesamowicie rozumiejący ludzi. Niesamowicie empatyczny. Itp. itd.

Cóż, nieco już pisałem o tym, że psychologiem czy coachem jest się w pracy. Jeśli wciąż utrzymuje się „tryb zawodowy”, także poza pracą z klientami – to jest to problem do przepracowania na superwizji. Ani to bowiem zdrowe, ani korzystne. Tak, pracując z klientami coach czy psycholog BĘDZIE inną osobą, niż na co dzień. Nie dlatego, że udaje czy pozuje, tylko z tego samego powodu, z jakiego jesteś nieco inną osobą w kontaktach ze swoją matką i swoją dziewczyną/ swoim ojcem i swoim facetem. W żadnym z tych przypadków nie udajesz – po prostu jesteś bogatszą osobą, niż taka jedna postawa czy styl relacji.

Więc nie, coach czy psycholog po pracy nie będzie taki jak w pracy. Nie będzie niesamowicie wrażliwy na innych ludzi, super odporny na oszukiwanie, itp.

Jasne, ma pewne rzeczy, z którymi będzie mu łatwiej – tak jak programiście zwykle będzie łatwiej naprawić coś z domowym komputerem, a elektrykowi wymienić gniazdko. Ale ma to swoje granice.

Tak, mam więcej technik czy narzędzi do pracy nad sobą. Czasem z nich nawet korzystam. Jednak czasem mogę wiedzieć, że jakieś narzędzie działa, albo jakieś rozwiązanie jest skuteczne, ale i tak nie jest mi łatwo je wdrożyć. Znam osoby, które te same rzeczy, o których piszę, wdrażają szybciej niż wydajniej niż ja – a przecież to ja o nich pisałem! Np. tam, gdzie ja koło roku woziłem się z trudną decyzją w jakimś obszarze, oni ogarniają ją w ciągu kilku-kilkunastu dni w podobnym obszarze. To, że masz młotek nie znaczy jeszcze, że weźmiesz się do wbijania gwoździ. (Choć niewątpliwie łatwiej Ci będzie je wbijać, niż jakbyś miał tylko łyżkę!)


Jasne, przez samo obycie z pewnymi narzędziami nabywasz różnych filtrów poznawczych. Częściej dostrzegasz pewne rzeczy. Co jakiś czas w głowie zapala Ci się lampka „aha, czyli tutaj chyba coś takiego zachodzi!” Ale to nie jest tak, że non stop, 24/7 jestem wyczulony np. na metafory czy zachowania statusowe innych ludzi. Dostrzegam je częściej, niektóre tylko nieco częściej, niektóre dużo częściej niż inni. Tylko i aż tyle.

Podobnie z narzędziami do lepszej komunikacji czy zarządzania czasem. To nie jest tak, że znając je zawsze będziesz je wykorzystywać. Niektóre, owszem, da się zautomatyzować. Ale większość, w mniejszym lub większym stopniu wymaga świadomej decyzji „no dobra, to teraz zrobię to i to”. Albo równie świadomego złapania się na jakimś błędzie w komunikacji i jego korekcie. To nie jest tak, że te rzeczy dzieją się zawsze i z automatu.


Wciąż mam też – i pewnie do końca życia będę miał – sporo różnych rzeczy do przepracowania. Np. Jestem sową. I to dość ostrą sową – bardzo dobrze pracuje mi się do późnej nocy, wręcz do świtu. I mimo, że absolutnie racjonalnym – z perspektywy zadbania o odpowiedni czas snu – jest to, że jak idę spać o 4 to powinienem wstać koło 12, a jak o 5 to koło 13… Bo matematyka jest nieubłagana i jak chcę ogarnąć 8h snu, to 4+8 jak by nie liczyć wychodzi 12… To nie raz wciąż zdarza mi się czuć nie w porządku wstając o 12. Bo w naszej kulturze spanie do południa jest odbierane jako coś wybitnie negatywnego, jako symbol lenistwa, a wstawanie o absolutnie barbarzyńskich porach typu 4-5 za symbol pracowitości. Nawet zdając sobie sprawę z tego, że to wtórny i bzdurny wzorzec społeczny… Nawet mając solidne uzasadnienie w badaniach dla mojej „sowowatości”… I tak zdarza mi się w takich sytuacjach albo niedosypiać i na siłę wstawać wcześniej, albo czuć się winnym gdy zrobię to, co racjonalne i zadbam o odpowiednią ilość snu. Nieco udało mi się to przepracować, ale jest to bardzo silny wzorzec społeczny i wciąż silnie we mnie siedzi.


Myślę, że warto o takich rzeczach mówić, z dwóch powodów. Po pierwsze, z części moich kolegów po fachu może to nieco spuścić powietrza i pomóc się wyluzować. Serio, nie musimy być idealni. Nie musimy być nadludźmi. Mamy prawa do chwil słabości, trudności osobistych, czy zwykłego, najnormalniejszego w świecie lenistwa. Bo powiedzmy sobie szczerze, pozowania w branży rozwojowej jest więcej, niż na sesjach fotograficznych. Wiele osób sprzedaje obraz ideału „będziesz jak ja, jeśli się tylko postarasz”, pomijając „drobne” szczegóły typu stażyści niewolniczo i darmowo pracujący na to, by jedna osoba mogła podtrzymywać dany wizerunek. Kolejne, choć nie korzystają z „hacka” Darmowy.Stażysta.exe czy podobnych, starają się naśladować tych „idealnych” i też budują sztuczne obrazy siebie. Dlatego być może warto jest co jakiś czas spuścić nieco powietrza i powiedzieć wprost – nie wiem jak inni, ale ja naprawdę jestem tylko człowiekiem. Sporo mi nie wychodzi. Sporo mam do poprawy. Sporo mi się nie chce.

Ale warto o tym mówić nie tylko na rzecz kolegów i koleżanek po fachu. Warto o tym mówić też dla klientów. Nie raz po sesji słyszałem, że klient szczególnie docenił jakiś mój przykład sytuacji gdy sobie z czymś nie radziłem, gdy stosowałem jakieś narzędzie, itp. Bo nagle okazywało się, że ej, ja siedzę w tej działce tyle czasu, a też miewam takie problemy i trudności. Że to normalne. Schodziła presja. Skoro ja mogłem, to tym bardziej i oni. Co przekładało się na dużo skuteczniejsze sesje.

Więc, dla jasności – jest masa rzeczy, w które po prostu potwornie ssę. Jest masa sytuacji, w których jestem leniwą bułą. Mam niewątpliwie wiele różnych rzeczy do przepracowania i prawdopodobnie zawsze będę miał, bo jest tego za dużo by to kiedyś domknąć, można co najwyżej zdecydować „ok, to do zmiany, a z tym to jeszcze mogę żyć”. I wiesz co? Nie znam absolutnie ani jednej osoby ze świata rozwoju, która by tak nie miała. Ci najbardziej idealni na zewnątrz mają zwykle najwięcej syfu pod spodem, tylko o tym wiadomo w kuluarach z niezliczonych historyjek ich współpracowników, a rzadko wycieka to na zewnątrz by porysować wypracowany wizerunek. Więc serio, wyluzuj. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, za wyjątkiem tych z nas, którzy są lamami. (Lamy mają jednocześnie lepiej i gorzej. Gorzej, bo są lamami. Lepiej, bo mają ciepłe futerko i słodki pyszczek.)


Praca nad uprzedzeniami, czyli to nie jest tak, że da się to szybko i łatwo ogarnąć…

Z upływem kolejnych lat coraz więcej miejsca na blogu (oraz na innych, takich jak Cafe Royal) poświęcam tematyce walki z szeroko rozumianymi uprzedzeniami. Z mojej perspektywy to również jest element rozwoju osobistego i to takiego rozwoju, który bardzo mocno przekłada się na codzienne funkcjonowanie. To element pracy z błędami poznawczymi i innymi ograniczeniami ludzkiego umysłu. To też po prostu element bycia lepszym człowiekiem.

Czy to znaczy, że jestem wolny od uprzedzeń? W końcu zajmuje się tym tematem od tak dawna, dużo o tym piszę, wiele rozumiem.

Nie, oczywiście, że nie.

Po pierwsze, jedną rzeczą jest zmienić stereotypy świadome (tzw. explicite). Drugą, dużo trudniejszą i wolniejszą, jest zmiana stereotypów nieuświadomionych (tzw. implicite). Dla przykładu, mamy coś takiego jak obiekty wzorcowe. Np. z jakiegoś powodu „wiemy”, że pingwin jest „mniej” ptakiem niż „gołąb”. Gołąb po prostu dużo lepiej pasuje nam do naszego wewnętrznego wzorca „ptasiości”. Takich wzorców mamy bardzo dużo, wiele z nich jest bardzo stereotypowych, a ich zmiana wymaga długotrwałego wystawiania na nowe bodźce – tak by nasza wewnętrzna baza danych „uśredniała” w inny sposób niż dotychczas. To nie jest łatwe, proste, ani szybkie. A jednocześnie wpływa to na interpretacje wieloznacznych informacji i wiele innych zachowań. Część z nich możemy wtórnie, świadomie korygować, ale wymaga to od nas czasu i uwagi. Wielu nawet nie dostrzeżemy. Nawet się nie łudzę, że mam w tym zakresie wszystko poukładane w zdrowy sposób. To co mogę robić, to starać się działać jak najlepiej z tym co mam.

Po drugie, pewne rzeczy można mieć przepracowane poznawczo, ale emocjonalnie wciąż mogą wymagać jakiejś modyfikacji. Dla przykładu, tak jak mam przerobionych większość kwestii odnośnie społeczności LGBTQ, tak zdaje sobie sprawę, że nie do końca komfortowo czuję się z osobami trans. Dla absolutnej jasności – to jest tylko i wyłącznie MÓJ problem, nie takich osób. Zdaje sobie sprawę, że mój dyskomfort jest pochodną mojego wychowania, doświadczeń życiowych, uwarunkowań i nie mówi absolutnie nic o takich osobach. Mówi tylko i wyłącznie o mnie. Jest to coś nad czym staram się pracować i widzę tu zmiany, ale też wiem, że nie wszystko jest przepracowane. Właśnie dlatego chciałem o tym napisać – jako przykład tego, że zmiana może być w takim zakresie stopniowa i powolna, nawet przy najlepszych intencjach. Warto jest mieć tego świadomość i po prostu robić co się potrafi.

Jestem feministą, ale nie wątpię, że nie raz jeszcze w życiu zachowam się seksistowsko. Nie ze złej woli, a po prostu z braku świadomości (czy samoświadomości) lub perspektywy. Mansplainować co prawda nie będę (bo u mnie to Artursplaining i ja to robię wobec wszystkich niezależnie od płci – ale tak, też nad tym pracuję)… ale będzie wiele innych błędów z mojej strony. Bo to proces, a nie łatwy, szybki przeskok, pstryk i gotowe. O tym też chciałem napisać, bo wiem, że część osób ma trochę podejście wszystko albo nic – a to naprawdę tak nie działa. To droga. Po prostu staraj się dziś być nieco lepszy/a niż wczoraj.


Chciałem napisać ten post, z kilku powodów. Z jednej strony po prostu jako wygodny link jak ktoś mi będzie pisał „doświadcz tego sam”. Ale skoro już poruszyłem ten temat, to chciałem go poruszyć szerzej. Wskazać, że to nie jest tak, że bycie coachem czy trenerem od razu czyni z kogoś mistrza komunikacji. Uczymy narzędzi, ale mieć narzędzie, nawet umieć z niego korzystać, to jeszcze nic nie znaczy. Wskazać, że to nie jest tak, że nagle jednego dnia zmieniasz pogląd i stajesz się np. bardziej tolerancyjny i już wszystko jest ok. To jest droga, kawałek po kawałku. Budowaliśmy pewne postawy i zachowania przez lata i często przez lata trzeba je dekonstruować. Ale warto.



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis