2021 w książkach i popkulturze

Tym razem ten wpis nieco się opóźnił, ale wiem, że części z Was na nim zależało, więc oto i on :)

 

Książki

W 2021 przeczytałem 72 książki, wyraźnie mniej niż w 2020. Zwłaszcza w pierwszym półroczu szło mi z nimi wyjątkowo źle, przyśpieszyłem tak koło września, ale w lipcu-sierpniu zakładałbym, że zrobię 40, może 50 w roku. Cóż, masa pracy robiła swoje.

 

1. Kraj nie dla wszystkich (porzucona 1/3), Wiktoria Michałkiewicz –  temat potencjalnie bardzo ciekawy, szwedzki nacjonalizm i rasizm, kiedyś i obecnie. Styl pisania jednak mnie zniechęcił i odpadłem.

2. Status (własna, przy okazji korekty), Artur Król – w ramach finalnej korekty przed wydrukiem miałem okazję przeczytać własną książkę. Tak, polecam :P

3. Bolesna historia stomatologii (porzucona 1/3), James Wynbrandt – tak jak zwykle bardzo lubię historie koncepcji, tak od tej się niestety odbiłem (czego bardzo żałuję).

4. Przedwojenna Polska w liczbachKamil Janicki – statystyki na temat Polski na początku XX wieku mogą się wydawać czymś nudnym, ale w rzeczywistości tak bardzo odstają od naszych wyobrażeń na temat tego czasu, że książka ta była wręcz fascynująca. Bardzo polecam.

5. Conflict is not abuse (porzucona w 20%), Sarah Shulman – przyznam, że totalnie nie pamiętam niczego na temat tej książki, co powinno być wystarczającym jej pogrążeniem.

6. Piranesi, Susanna Clarke – autorkę bardzo miło wspominam z ceglastej, ale niesamowicie stylizowanej „Jonathan Strange i Mr Norell”, magicznym realizmie na początku XIX wieku i utrzymanym w stylistyce XIX-wiecznych powieści, stąd gdy dowiedziałem się, że wyszło coś jej nowego, chętnie po to sięgnąłem. Dobre. Nie wybitne, ale na tyle dobre, że przeczytałem za jednym posiedzeniem. Ma w sobie coś z uroku Kwiatów dla Algernona, choć bez ich tragedii. Fabuła oparta na elementach typowych dla autorki, ale napisanie więcej byłoby na ten moment spoilerem, a są tacy, którzy tego nie lubią ? Nie zostanie raczej ze mną na zawsze, tak jak i Jonathan Strange i pan Norell nie zostało, ale jest czymś co miło było przeczytać.

7. Wyborny Trup (porzucona w 20%), Augustina Bazterrica – ugh jak ja rantowałem na tą książkę. Ja naprawdę  rozumiem próbę pokazania okrucieństwa wobec zwierząt w masowej hodowli przez próbę analogii do ludzi, w ramach dystopijnej przyszłości… Tylko… No nie. Nie tak. Bo to po prostu było nieopisywalnie głupie. Świat przedstawiony jest tak bezsensowny i absurdalny, tak niespójny wewnętrznie i kiepsko uzasadniony, tak nie trzymający się nawet własnej chronologii, że szczerze? Wirus, który wybił wszystkie zwierzęta, a nam się tak chciało jeść mięso, że zaczęliśmy szamać ludzi, przy okazji modyfikując ich genetycznie? Po pierwsze, taki wirus rozwaliłby wszelkie ekosystemy i to byłby dużo większy problem. Po drugie, dotyczy też owadów? Jak tak, to dopiero mamy problem, jak nie, białko z owadów, albo choćby mięso hodowane na szalkach jest dużo łatwiejszą opcją. No i jakby modyfikacja genetyczna była na ułamku poziomu sugerowanego w książce, to żaden wirus nie byłby nam straszny.

Jakby narracja brzmiała „przylecieli wszechpotężni kosmici i nam narzucili, że mamy ochotę jeść tylko ludzi oraz mamy przyjąć absurdalny system społeczny” to byłoby to bardziej sensowne. Autorka jednocześnie gubi się przy próbie przeniesienia 1:1 przemysłowej hodowli zwierząt (która, uwaga, na ludzi nie ma jak się przenieść, bo ludzie są po prostu wyjątkowo mało wydajni w gromadzeniu masy. Z tego samego powodu nie mamy przemysłowej hodowli małp czy pand na żywność. Do tego autorka miesza badania na zwierzęta, wrzuca jakąś dziwną prostytucję, którą należałoby chyba interpretować jako zoofilię w ramach przenosin modelu 1:1… Przy okazji widać, że autorka niespecjalnie ma świadomość tego jak faktycznie przygotowywane jest mięso, które spożywamy. (Wbrew temu co jej się wydaje, mięso wzięte ze świeżo ubitego, a tym bardziej żywego ssaka będzie raczej trudne w spożyciu, zwłaszcza na surowo, bo tkanki łączne nie uległy jeszcze częściowemu rozkładowi. To proces tzw. „kruszenia” mięsa, coś w rodzaju jego samotrawienia.)

Co gorsza, fabularnie dałoby się taką dystopię zrobić całkiem sensownie. Tylko trzeba by nieco czasu, cierpliwości i mniej przenoszenia 1:1. Np. wystarczyłby scenariusz, w którym odkrywamy lek na drastyczne wydłużenie życia. Jedyny problem? Musi być pobrany z mózgu żywych ludzi, zabijając ich przy tym. Przez jakiś czas społeczeństwo z tym walczy, ale hej, nieśmiertelność kusi, nie takie rzeczy się racjonalizowało… No ale skoro już pobieramy ten lek, to trochę szkoda by się marnowało ciało, co… No to może by z niego zrobić mięso, jako atrakcje dla ultrabogatych? Wciąż moglibyśmy mieć motywy rzeźni, hodowli ludzi, niehumanitarnych warunków, itp. ale byłoby to sensowne i spójniejsze.
Argh. Ble. Nie lubię takiego paprania.

8. Ludowa Historia Polski, Adam Leszczyński – cegła, ale cegła bardzo ciekawa. Historia naszego kraju z perspektywy zwykle pomijanej, czyli ludu, a nie władców czy inteligencji. Zdecydowanie warta przeczytania dla uświadomienia sobie jak odmiennie można spojrzeć na całą historię tego kraju, jak miał się do innych państw, itp.

9. Dochód podstawowyGuy Standing – bardzo ciekawe zestawienie badań na temat bezwarunkowanego dochodu gwarantowanego, demontujące większość mitów i błędnych wyobrażeń w temacie. Bardzo mocno osadzone w badaniach, treściwe i naprawdę otwierające oczy. Warto.

10. Nowa szkołaAnna Szulc – sympatyczny tom o tym, jak nauczyciele (w tym wypadku matematyki) mogą zacząć zmieniać model edukacji, tak by wspierać uczniów.

11. Made it in Taiwan, Artur Gorzelak – przyznam, mam nieco nostalgiczne podejście do tej książki, bo w bardzo podobnym stylu napisałem sam dwie książki poradnikowo-podróżnicze, o Japonii i Wschodnim Wybrzeżu USA. Tu autor ze swoją partnerką wybiera się w rowerowy objazd Taiwanu, zdając raport z poszczególnych etapów trasy. Lekka i sympatyczna.

12. Psychowzroczność (porzucone w 20%), Daniel Sigel czytam i zastanawiam się „czy gość upraszcza, czy pisze bzdury”… A potem raz za razem wrzuca takie bzdury, że Ohme patrzy z zazdrością jak głupie rzeczy można napisać w książce o mózgu…

13. Feedback (i inne brzydkie słowa) (przeleciane), Tamara Chandlerklasyczny problem z książkami biznesowymi, czyli laaaaaaaanie wody. I do tego niestety niespecjalnie odkrywcza. Nie jest zła, po prostu to taka baza, że argh.

14. Wszystkie grzechy korporacji Somnium, Dawid Kain – w trakcie czytania zastanawiałem się, czy autor jest debiutantem, czy nie. Jeśli by był, uznałbym to za bardzo obiecującą pierwszą książkę. Jako jednak, że okazuje się pisać już od kilkunastu lat… To mam z tym zbiorkiem opowiadań spory problem. Całość wygląda bowiem zwykle tak, jakby autor miał po dwa zupełnie różne pomysły na opowiadanie, które randomowo ze sobą zestawiał, przy czym w każdym opowiadaniu jeden pomysł był spoko, a drugi kiepski. (No, w jednym obydwa są kiepskie, w drugim obydwa nawet spoko, ale słabo do siebie pasujące) Jednym pomysłem jest opis świata tworzonego, drugim fabuła w tym świecie. Kiepska jest zwykle fabuła, przy okazji obnażając, że świat był bardziej takim pomysłem rzuconym, niż przemyślanym konstruktem, bo inaczej sam świat mógłby jeszcze uciągnąć fabułę. W efekcie – mieszane uczucia, bo potencjał duuużo większy niż finalna realizacja.

15. Focusing, Eugene Gendlinmeh. Sama technika jest protonarzędziem pracy z subosobowościami (i fakt, poczułem się nieco dumny z tego, że rozpoznałem to dość wcześnie na poziomie strukturalnym ? ), nawet bez wprowadzania koncepcji subosobowości, ale tłumaczenia rodem z lat 60-tych są tak nawiedzone, że argh. Tzn. jasne, to jest książka rodem z lat 60-tych bodajże, ale wciąż, argh.

16. Szwajcaria. Podróż przez raj wymyślony, Agnieszka Kamińskasympatyczny reportaż odmitologizowujący Szwajcarię i pokazujący jaka to w wielu aspektach konserwa (kobiety uzyskały pełnię praw wyborczych w całym kraju dopiero w… 1990!) Zdecydowanie warto by skonfrontować wyobrażenie kraju z codziennością życia w nim.

17. Perfekcyjni do bólu, Margaret Robinson-Rutherford fajne wprowadzenie koncepcji perfekcyjnie ukrytej depresji (formy perfekcjonizmu połączonej z wypieraniem własnych potrzeb prowadzącej do depresji), w miarę sensowny proces pracy (co do niektórych punktów mam uwagi, ale ogólnie spoko), brakuje jak dla mnie odniesienia do neuroatypowych, którzy imo częściej, ze względu np. na aleksytymie, mogą ulegać temu problemowi.

18. Empress of ForeverMax Gladstone  – tak jak uwielbiam Gladstone’a, tak ten tom był dość rozczarowujący. Początek był bardzo dobry i mocno w stylu Gladstone’a, ale reszta sprawiała wrażenie, że początek był świeżo napisanym wstępem do brudnopisu powieści z liceum. Jak na tak wybitnego autora zdecydowanie rozczarowanie. Jak nie ma się takich oczekiwań, to da się przeczytać.

19. Siedem grzechów przeciwko seksualności, Zbigniew Izdebski dość przeciętne. Wywiad z seksuologiem, bez większych problemów czy większych wow, z irytującą tendencją do deklarowania tematów poruszonych w rozdziale… po czym nie poruszania ich jakkolwiek głębiej.

20. Blindsight, Peter Watts – kolejny raz przeczytany klasyk Petera Wattsa, traktat filozoficzny udający powieść SF. Momentami suchawe (dobrze pisać nauczył się dopiero przy Freeze-Frame Revolution), ale treść i element science tego science fiction naprawdę usprawiedliwia wiele.

21. Entre amigos (porzucona w 1/3), Monika Bien-Koenigsman lubię książki podróżnicze, tej jakoś nie byłem w stanie strawić. Rozlazłe, z przepisami wciśniętymi dość na siłę, bez spójności, wygląda jak randomowe sklejenie tekstów z bloga.

22. Mózg nie służy do myślenia, Lisa Feldman Barrett ech, poprzednia książka Lisy Feldman-Berrett była dla mnie cenna (choć ostatnia 1/3 była dużo słabsza niż pierwsze 2/3). Ta? Cóż, tu mamy wszystkie wady ostatniego 1/3 poprzedniej, tylko jeszcze rozdmuchane. Tam gdzie Feldman-Berrett wychodzi poza swoją specjalizacje pisze absolutne bzdury, tam gdzie pisze w ramach swojej specjalizacji też niestety momentami pisze mocno problematyczne rzeczy. Jest tu parę rzeczy do wzięcia, ale tyle szajsu, że ludzie nie znający dobrze tematu nie będą w stanie oddzielić ziarna od plew.

23. The Idries Shah Anthology, Idries Shahsufizm Shaha był czymś, co mocno wpłynęło na moją osobistą filozofię i podejście do życia i świata, takie podsumowanie, przekrój jego książek zebrany przez jego syna był więc dość ciekawym zestawem. Nieco irytuje powtarzalność, ten sam fragment potrafi być przytoczony w dwóch różnych miejscach, wygląda jakby książce brakowało redakcji. Ogólnie jest to jednak w miarę sympatyczne wprowadzenie do Shaha, choć i tak radziłbym zacząć od „Learning how to learn” albo „Knowing how to know”.

24. Echopraxia, Peter Wattsczyli sequel Ślepowidzenia. Nieco gorzej napisany, ale – zwłaszcza w drugiej połowie -dający sporo do myślenia, zwłaszcza o tym jak jakakolwiek transhumanistyczna zmiana sprawiłaby, że zmieniana osoba dosłownie by zniknęła, zastąpiona czymś innym. Niekoniecznie gorszym, ale innym.

25. Seksoholicy, Wiktor Krajewskicałkiem niezły zbiór wywiadów w temacie uzależnienia od seksu. Kilka wywiadów daje piękną demonstrację pętli dopaminowej w uzależnieniu. Kilka jest ciekawych, bo prowadzonych z osobami z IQ na poziomie <100, co jest cenne pod wieloma względami. Dwa-trzy to ewidentne rozmowy z mitomanami. Interesujące są też dwie rozmowy z partnerami osób uzależnionych od seksu. Nieco boli dość laicka i uprzedzona perspektywa redaktora. Ogólnie: polecam.

26. Zapaść, Marek Szymaniak zbiór reportaży o miasteczkach powiatowych i ich tytułowej zapaści w kapitalizmie. Całkiem spoko, zwłaszcza gdy część tych miasteczek kojarzysz.

27. Nomadland, Jessika BruderBardzo dobry, przejmujący reportaż na temat dalszego staczania się USA. Historie ludzi zmuszonych do pogoni między stanami za pracą sezonową, zwykle schorowanych emerytów, bankrutów medycznych i innych podobnych osób demonstrujących jak patologicznym krajem jest Ameryka dla swoich ciężko pracujących obywateli. Powstał film na podstawie książki, ale z tego co słyszałem zdecydowanie upiększa rzeczywistość.

28. Systemic Sex Therapy 3rd Ed., red. Katherine Hertlein –  świetny podręcznik z seksuologii, mocno osadzony we współczesnych modelach pracy z pacjentami. Bardzo polecam.

29. Angole, Ewa Winnicka – zbiór wywiadów i reportaży na temat Polaków żyjących w Wielkiej Brytanii. Zaskakująco złożony i wielostronny, pokazujący szereg różnych perspektyw na życie takich osób. Warto przeczytać (i nie odbić się od pierwszych, bardzo klasośrednioliberalnych wywiadów).

30. Cyrk Polski, Dawid Krawczyk – dość rozczarowujące, obiecuje dużą diagnozę części społeczeństwa, a jest jakimś takim rozmemłanym zbiorem niezbyt głębokich obserwacji z kampanii wyborczych 2019-2020

 

 

31. New Directions in Sex Therapy, red. Peggy Kleinplatz – świetny przegląd nowych idei w seksuologii. Tak, jest tu nieco odlotów i szajsu, ale jak coś jest wartościowego, to jest NAPRAWDĘ wartościowego. Wiele z punktów z wpisu o nowych kierunkach w seksuologii dotyczyło idei poruszanych między innymi tutaj.

32. Magnificent Sex, Peggy Kleinplatz – sama w sobie nie jest zła, stanowi rozszerzenie jednej z koncepcji poruszanych w New Directions… Ale prawdę mówiąc nie wnosi wiele nowego, więc zostałbym przy New Directions.

33. Anty-społeczny, Nick Pettigrewcałkiem zabawny pamiętniko-reportaż o pracy oficerów do spraw anty-społecznych zachowań w UK

34. Natural, Alan Levinowitzbardzo ciekawa analiza tego jak myślimy o naturalności i o tym, że termin „naturalny’ to w swojej istocie termin religijno-moralny, a nie naukowy czy prawny. Porusza kwestie od jedzenia, przez relacje, aż po prawo. Warto przeczytać. 

35. Why calories don’t count i 44. Gene Eating, Giles Yeo – dwie bardzo ciekawe książki na temat genetyki odżywiania, tego jak geny wpływają na nasz apetyt, różnic w przyswajaniu różnych form pożywienia (np. dramatycznej różnicy w realnej kaloryczności zjedzonej pomarańczy, a wyciśniętego z niej soku). Bardzo polecam tak książki, jak i wykłady Yeo, były też inspiracją dla nadchodzącego wpisu o genetyce i tym co możemy, a czego nie możemy na jej podstawie powiedzieć.

36. Przepis na człowieka (porzucone w 50%), Dawid Myśliwiecto nie jest zła książka. Treści ma wartościowe. Opis historii genetyki i tego jak działa. Sensowny i merytoryczny. Tylko… Tylko jest potwornie chaotyczna i przegadana, bez wyraźnego planu, po prostu offtopic w offtopicu w offtopicu. Nie dałem rady.

37. Historia Twojego Życia (porzucone w 30%) i 58. Wydech, Ted Chiang  – to niesamowite jak bardzo ktoś może poprawić styl pisania przez… a w sumie to kilkanaście lat, więc może to nie powinno być tak dziwne. Chianga polecał ktoś, kogo cenię, więc z tym większym bólem odbiłem się od pierwszego tomu, „Historii…”, który był po prostu strasznie, strasznie słabym SF (do tego jedno z opowiadań paprało jeden z tematów na który jestem przeczulony, czyli hiperinteligencję). Ale na Legimi były obydwie jego książki, więc dałem szanse też „Wydechowi”… I wow jaka to była dobra książka! Szczególnie doceniam ostatnie opowiadanie, które wyszło od dość prostej koncepcji SF (tworzenie alternatywnych rzeczywistości i tymczasowy kontakt z nimi) i doiło ją do ostatniej kropli, czerpiąc tak wiele jak tylko się da. Ostatni raz coś takiego miałem przy duecie „Machine of death”/”This is how you die”. Polecam :)

38. Izmir. Miasto Giaurów, Marcelina Szumer-Brysz – reportaże o najbardziej kosmopolitycznym mieście w Turcji, w tym o tym jak zmieniało się historycznie i jak funkcjonuje obecnie za Edrogana. Całkiem miła lektura.

39. Noise (porzucone w 20%), Kahneman, Sibony, Sunstein jak to bolało. Artykuł rozdmuchany do rozmiaru książki, do tego z potwornie słabą argumentacją w całkiem solidnym temacie. Obstawiam, że starym modelem dużych nazwisk w nauce, Kahneman napisał może wstęp, a może i nawet nie tyle, a wziął 90% przychodów za użyczenie nazwiska. Książka odnosi się do szumu informacyjnego i tego, jak zniekształca wnioskowanie, ale wyolbrzymia i nadinterpretowuje masę kwestii, nie dając wiele wartości.

40. Partnerstwo bliskości (przeleciane), Amir Levine i Rachel Heller – książka na temat stylów przywiązania w relacjach, dość płytka i niewiele wnosząca.

41. Bezemnie jesteś nikim, Jacek Hołub – świetny, choć bardzo, bardzo ciężki zbiór reportaży o przemocy domowej w Polsce, w każdej możliwej w zasadzie kombinacji. Nie jest to łatwa lektura, ale zdecydowanie warto przeczytać.

42. Sign of Chaos, 43. Knight of Shadows i 49. Prince of Chaos, Roger Zelazny – czyli trzy ostatnie tomy Kronik Merlina z Kronik Amberu. Lubię Amber, lubię Merlina jako postać, ale te trzy tomy (zwłaszcza Znak i Rycerz) są jak dla mnie zbyt oniryczne w porównaniu z pierwszym cyklem Amberu. Zdecydowanie lepiej mi się czyta kroniki Corwina, czyli pierwszych pięć tomów. Aczkolwiek to „zdecydowanie lepiej”, a nie „jedyne co mogę czytać z cyklu”, w odróżnieniu od np. Czarnej Kompanii, której nie byłem w stanie zdzierżyć po tym, gdy Konował przestał pełnić funkcję Kronikarza.

45. Betonoza (porzucone 30%), Jan Mencwel – reportaże na temat zabetonowania polskich miast. Chaotyczne, nudnie pisane, nie dałem rady.

46. Kobieta Świadoma (przeleciane), Michał Pozdał – „seksuologia light”. To nie jest zła książka, po prostu w temacie jest na tyle wiele innych, lepszych, że nie ma co sięgać po tą (aczkolwiek nie zrobi się sobie raczej krzywdy sięgając.)

47. Z wielką odwagą (porzucone w 30%), Brene Brown – tematyka otwarcia na wrażliwość jest bardzo cenna, a autorka jest ponoć obecnym korporacyjnym hitem, ale od tej konkretnej książki po prostu odbiłem się przez styl. Choć pewnie spróbuję uderzyć w inną tej samej autorki i zobaczyć, czy to trend, czy wypadek przy pracy.

48. Upiory XX wieku (porzucone w 30%), Joe Hill – zbiór horrorowych opowiadań… które niespecjalnie straszą. Choć fakt, że w sumie nie pamiętam kiedy ostatnio czytałem faktycznie dobry horror. Ktoś coś poleci? (Poza moimi pamiętnikami z liceum? Tak, te są faktycznie przerażajace, ale już je znam :P :D )

50. The Authoritarians, Bob Altmeyer – świetne (i dostępne za darmo na stronie autora!) opracowanie tematyki osobowości autorytarnej oraz liderów autorytarnych. Jedna z książek kluczowych dla zrozumienia współczesnego świata. Bardzo, bardzo polecam.

51. Stany Ostre, Marta Szarejko – zbiór rozmów na temat psychiatrii, zwłaszcza dziecięcej. Dość ciężkie emocjonalnie, ale warte przeczytania.

52. Just Us (porzucone w 30%), Claudia Rankine – kolejna książka, której chaotyczność i brak spójnego przekazu mnie pokonały. W założeniu, rozmowa o równości i rasizmie w USA. W praktyce… Nie, po prostu nie.

53. Kot Kontra Pies – cóż mogę powiedzieć, książki Pani/Pana Buków czy Typowego Kota nie są jakąś ambitną literaturą, ale mam do nich pewną słabość. Ta była nieco zbyt rozciągnięta (w zasadzie całość od działki można było wyciąć i byłoby wciąż spoko), ale w wielu miejscach zabawna.

 

 

54. The Hidden Spring, Mark Solmsnajciekawsza chyba książka w 2021, choć niekoniecznie najlepsza. Próba wskazania źródła świadomości w świadomych emocjach (feelings w odróżnieniu od emotions, do tego feelings definiowane stricte jako świadome emocje). Niestety autor ma strasznie frustrującą tendencję do radosnego zbywania ewentualnych kontrargumentów czy wątpliwości i po prostu parcia dalej, niekiedy wręcz na chama. Do tego potrafi palnąć nieco błędnych treści i takiego „citation needed”. Z wartościowych elementów – w oparciu o koc Markova bardzo fajnie tłumaczy działanie mózgu jako mechanizmu predykcyjnego. Przekonał mnie też co do tego, że źródeł świadomości należy szukać w pniu mózgu, a nie w korze. No i przypomniał, że zanim mu odwaliło, Freud miał całą masę strasznie wartościowych wglądów i perspektyw. Ciekawe, ale frustrujące. Recenzja tutaj.

55. Prywatne armie świata, Zbigniew Parafinowicz tytuł nieco wprowadzający w błąd, bo jednak 90% książki jest o prywatnych armiach używanych przez Rosję w wojnach zastępczych, ale tak czy tak bardzo ciekawy materiał. ZWŁASZCZA w obecnej sytuacji (na moment pisania tego tekstu).

56. Myśl krytycznie, Carl Bergstrom i Jevin West – bardzo dobra książka na temat myślenia krytycznego w różnych jego formach. Liczne, aktualne przykłady, szereg praktycznych narzędzi, także nieco mniej oczywistych, to wszystko sprawia, że książkę muszę gorąco polecić.

57. Podlasie zdrowo zakręcone, Wojciech Koronkiewicz – kolejny tomik podróżniczy. Luźne, miejscami trochę nawiedzone, ale zachęciło do odwiedzenia kilku miejsc na wschodzie Polski, jak już będziemy po pandemii.

59. Różaniec, Rafał Kosik – czyli jak wpisać się w kąt i spartolić całkiem niezły setup.  Ech… To się zapowiadało jako naprawdę zaskakująco dobra polska książka. Taki thriller/kryminał z lekkim posmakiem cyberpunkowym (przedstawianym niby jako SF, ale jak sprawdzimy tropy, to ewidentnie cyberpunk bardziej). Naprawdę spoko wprowadzonych szereg obiecujących wątków, niby zaplecionych, ale jednocześnie na każdy można było patrzeć z różnych perspektyw. Mamy tu opresyjny system sterowany przez AI, ludzi walczących z tym systemem, innych ludzi, którzy wydają się z kolei walczyć z nimi, równolegle walkę wyborczą z masą brudnych gierek, a w tym wszystkim wpakowanego głównego bohatera, jego rodzinę i nową kochankę. I dokładnie, dokładnie widać, gdy autor doszedł do punktu „no dobra, to czas zacząć zamykać wątki… ej, ale w sumie to ja nie mam pojęcia jak je zamknąć!” I w tym momencie urywamy w zasadzie wszystkie powyższe wątki. W tym takie, z którymi nie zrobiono absolutnie nic. Zamiast tego nie tylko totalnie zmieniamy miejsce akcji (co dałoby się uzasadnić), ale też styl pisania (mocno oniryczny – mający oddawać jedną rzecz z fabuły, ale wciąż źle się sprawdza), a w pewnym momencie z fabuły, która przez 3/4 książki rozgrywała się na przestrzeni 4-5 dni, nagle robimy nic nie wnoszący i niepotrzebny przeskok w czasie o SIEDEM LAT. Tylko po to, by zrealizować totalnie niesatysfakcjonujące zakończenie będące kliszą drugiego Matrixa. Ale to nie wystarcza – przy okazji po prostu kasujemy 95% dotychczas wprowadzonych wątków. Nie wyjaśniamy ani jednym słowem dotychczasowych afer, a większość postaci zabijamy poza ekranem. Ba, jest to tak głupie, że w pewnym momencie jest scena w której postać a daje postaci b coś do przekazania postaci c. Cóż, postać a znika po tej scenie, postać b chwilę później umiera, a potem odkrywamy, że postać c została zabita poza ekranem. Po co więc cała ta scena i marnowanie czasu czytelnika? Ale to nie wystarcza! Na ostatnich trzech stronach książki okazuje się bowiem, że AI miało zdolność dowolnego przepisywania pamięci wszystkich bohaterów… Co czyni fabułę absolutnie, totalnie zbędną i bezsensowną. Dało się to od biedy uratować – chwilę wcześniej główny bohater ma wgląd w cały system i można tam było rzucić opcje typu „AI generuje kolejne scenariusze chcąc stworzyć idealne społeczeństwo/przetestować hipotezę X/bo jej się nudzi i jest okrutnym bóstwem”. Z tej okazji również nie skorzystano.

Argh! Chyba od czasów Kłamstw Locke’a Llamory nie byłem tak sfrustrowany zmarnowanym potencjałem powieści ?

60. Na ciężkim kacu, Schaun Walkeranaliza rosyjskiej polityki kultu „wielkiej wojny ojczyźnianej” w kontekście m.in. sytuacji na Ukrainie. Miejscami nieco ciężkawo napisana, ale ogólnie ciekawa lektura, ładnie uzupełniająca „Prywatne Armie Świata„. Tym bardziej, że tą pisał brytyjczyk, a „Armie” Polak, co daje dość wszechstronne spojrzenie na temat.

61. Zarządzanie Stresem (przeleciane), Joerg-Peter Schroeder, Peter Blank,  62. Zarządzanie Stresem (przeleciane), Mike Clayton63. Siła Rezyliencji (przeleciane), Glenn Schirladi – z tych trzech książek ewentualnie trzecia ma nieco wartości, choć szczerze mówiąc też nie porywa. Szkoda, dobry temat, ewidentny brak dobrych publikacji. Może temat na przyszłość (obok 259 innych jakie mam do napisania?).

64. Atomowe Nawyki (przeleciane), James Clear – całkiem sympatyczny materiał na temat tworzenia nawyków i pewnych elementów aranżacji środowiska/Architektury Procesów Decyzyjnych.

65. Dziwki, Zdziry, Szmaty, Paulina Klepacz, Aleksandra Nowak i Kamila Raczyńska-Chomynzbiór rozmów ta temat slut-shame’ingu, czyli prób poniżania i społecznej kontroli kobiet poprzez wypominanie im aktywności seksualnej, czy seksualności jako takiej. Niektóre ciekawe, niektóre mocno na krawędzi tematu. Nie jest to zła książka, ale daleko jej np. do Laury Bates.

66. Istoty Ulotne, Irvin Yalom – historie terapeutyczne Yaloma zawsze dobrze się czyta, te nie są żadnym wyjątkiem. W większości pisane gdy Irvin był już bardzo stary i blisko śmierci, jak większość jego case’ów dotyczą konfrontacji ze śmiercią.

67. Miasto Bajka (porzucone w 22%), Paulina Sięgień reportaż na temat Kaliningradu, niestety styl męczy i nie angażuje, więc dałem sobie spokój

68. Planeta Wirusów, Carl Zimmer – króciutki, ale bardzo dobry zbiór esejów na temat wirusów. Jeśli masz przeczytać jedną dobrą rzecz o immunologii by zrozumieć obecną sytuację, przeczytaj Immune Dettmera (skończone już w 2022),  ale jeśli nie znasz angielskiego lub chcesz coś 4x krótszego, to Planeta Wirusów jest całkiem akceptowalną alternatywą pozwalającą lepiej zrozumieć obecny kryzys.

69. The Radium Girls, Kate Moore – książka, która leżała na mojej kupce wstydu od paru lat, gdy już się za nią wziąłem okazała się niesamowicie poruszająca. Demonstracja miksu korporacyjnego umywania rąk i kłamstwa, solidnej dawki mizoginii i historycznej ignorancji. Warto, choć nie jest emocjonalnie lekka, zwłaszcza jeśli empatyzujesz z opisami chorób. Tu mamy wiele rzeczywistych przykładów na poziomie pomysłów studia Troma.

70. Kosmos, Becky Smethurst – kolejny krótki ale sympatyczny zbiór, tym razem na temat astronomii. Nie uczyni Cię w żadnym razie ekspertem, ale pozwoli nieco wzbogacić zrozumienie świata i lepiej postrzegać to jak funkcjonuje, cóż, kosmos.

71. Lekcja Stoicyzmu (porzucona w 34%), John Sellars – wiem, że stoicyzm jest dla wielu głębokim filozoficznym odkryciem, ale, cóż, to już kolejny raz gdy kontakt z publikacjami w temacie mogę zbyć tylko wzruszeniem ramion.

72. Historia brudu, Katherine Ashenburg – coś, na co polowałem już lata temu, jako historię higieny. O ile pierwsza książka w temacie, nabyta ładnych parę lat temu, mocno mnie rozczarowała (na tyle mocno, że nawet nie pamiętam jej tytułu), o tyle Historia Brudu jest naprawdę wartościowym tomem, który mogę gorąco polecić każdemu, kogo interesują, jak mnie, nie tylko wydarzenia historyczne, ale też życiowe aspekty przeszłości.

 

 

Top 10 książek

Co z powyższego najbardziej warte jest Waszej uwagi? Statusu nie będę polecał, bo i tak wpycham go wszędzie, więc top 10 z jego wykluczeniem to…

1. The Authoritarians – inne też są bardzo dobre, ale to na dzień dzisiejszy było dla mnie chyba najbardziej wglądowe co do tego jak działa świat.

2. Myśl krytycznie – wybitna książka o racjonalizmie

3. New Directions in Sex Therapy – kolejny tom otwierający oczy na wiele aspektów świata

4. Do wyboru Gene Eating lub Why calories don’t count – obydwie książki poruszają wiele wspólnych tematów (choć każda wnosi coś własnego) i obydwie zdecydowanie poszerzają perspektywę na temat tego jak działamy.

5. Dochód Podstawowy – publikacja, która domknęła proces mojej akceptacji dochodu podstawowego jako wartościowego i realistycznego rozwiązania

6. Systemic Sex Therapy – z tego podręcznika nauczyłem się więcej, niż przez półtorej roków moich studiów seksuologicznych na SWPS.

7. The Hidden Spring – choć główna teza książki jest słabo uargumentowana, to całość była naprawdę intrygująca.

8. Wydech – żeby nie było, że na liście nie ma nic z fikcji, a serio, to naprawdę dobry tomik.

9. Bezemnie jesteś nikim – jeśli masz w tym roku przeczytać jeden reportaż (i nerwy Ci na to pozwolą), przeczytaj ten

10. Natural – obalenie koncepcji naturalności jest naprawdę warte przeczytania.

 

Popkultura

Podobnie jak w zeszłym roku, ograniczę się tu do selekcji „najlepsze z”, zamiast wymieniania wszystkiego. Prawo Sturgeona ma się dobrze, 90% wszystkiego to szajs, więc po co marnować na niego znaki?

 

Filmy

W zeszłym roku obejrzałem aż 10 filmów. Czyli jeszcze mniej niż w 2020, który i tak był spadkiem o ponad połowę z 2020. Za to to co obejrzałem było generalnie przynajmniej strawne. Moim ulubionym tytułem był zdecydowanie The Suicide Squad, który dostarczył mi i moim przyjaciołom masę frajdy (a Peacemaker trend kontynuuje). Zaskakująco zabawne były też Free Guy i Venom 2. No i musze wspomnieć o kiczowym majstersztyku jakim był Willy’s Wonderland. (Filmowe Five Nights at Freddy’s z Nickiem Cagem w roli głównej. Wybitne w swym absurdzie i to w roku, który filmowo zaczął się od Psycho Goremana. Tak kino klasy Z ma w moim czarnym sercu specjalną klatkę nad wyjątkowym stosem.)

 

Seriale

Seriali było w tym roku o niemal o połowę mniej niż w ubiegłym, bo zaledwie 8 sezonów. (Standardowo, jeśli coś „liznąłem, ale nie dokończyłem sezonu, to się nie liczy.) Dokumentalnie ciekawy był Q.Into The Storm, natomiast największym odkryciem było zdecydowanie Community (o czym świadczą skończone trzy sezony tego serialu), cudna komedia z humorem mocno skrzywionym akurat na mój sposób, a przy tym z  absolutnie najlepszą postacią autystyczną jaką widziałem w jakimkolwiek medium – Abedem Nadirem.

 

Gry

Gier było w 2021 wyraźnie więcej niż w 2020, co nie powinno w sumie dziwić, bo 2020 zaczynałem przecież z ostrym poczuciem wypalenia grami, tylko po to, by druga połowa roku okazała się w temacie dużo bardziej atrakcyjna. Wiele tytułów było przy tym bardzo krótkich, czasem 2-3 godzinnych, a nieco z dłuższych porzuciłem w trakcie (nawet jeśli sprawiały mi przyjemność, to po dłuższej przerwie trudno mi często było do nich wracać, albo uznałem, że nie są warte aż tyle mojego czasu. Na liście mam 34 tytuły, z czego 16 krótkich i ultrakrótkich i 7 porzuconych.  2021 był też dla mnie rokiem odkrycia VR. Oculus Quest 2 sprawdza się całkiem sympatycznie i jest alternatywną motywacją do ruchu.

Jeśli jednak mam napisać cokolwiek o grach z 2021 to jest tylko jeden tytuł, który mogę tu wrzucić: Dreamscaper. Dawno nie byłem tak zauroczony jakąkolwiek grą komputerową czysto na poziomie koncepcji i jakości wykonania. Mechanicznie to zręcznościowy roguelite w rodzaju Hadesa. Gra toczy się w dwóch obszarach. Główną bohaterkę, Cassidy, poznajemy tuż po przeprowadzce z jej wioski do nie-do-końca-wielkiego-ale-dla-niej-ogromnego miasta. Częściowo za pracą, częściowo by uciec od swojej przeszłości i tego jak jej rodzina przestała sobie radzić po śmierci jej starszej siostry w wypadku. W nowym miejscu musi sobie radzić z przytłoczeniem, samotnością, wątpieniem w swoje siły i szeregiem innych wyzwań.

Sedno gry to koszmary senne Cass, w których zmaga się ze swoją przeszłością oraz z ogarniającymi ją uczuciami – lękiem przed nieznanym, izolacją od ludzi, żalem, wściekłością, itp. (to, swoją drogą, dosłownie nazwy bossów grze). Tu mamy sześć losowo generowanych biomów, opartych na zwykłej oraz koszmarnej wersji rodzinnej wioski Cass, jej nowego miejsca zamieszkania oraz ukochanego wakacyjnego punktu wyjazdowego z dzieciństwa. Mamy też tu klasyczny roguelite, losowo generowaną broń i wyposażenie, śmierć oznaczającą koniec postępów, itp.

We śnie zbieramy jednak zasoby takie jak inspiracja czy zdecydowanie, które wykorzystujemy w drugim obszarze gry, czyli życiu na jawie. Tu Cass poznaje grupkę ludzi i stopniowo może zacieśniać z nimi więzy. Tu może wydać zdecydowanie podczas medytacji w parku, by przepracować różne swoje problemy i np. zacząć lepiej o siebie dbać (co przekłada się na więcej życia we śnie) albo pozwalać innym sobie pomagać (zaczynasz każdy przebieg z „towarzyszem”, który daje użyteczny bonus). Albo może zacząć rysować w kawiarni (z zawodu jest graficzką), używając „iskry natchnienia” do wymyślenia fajnych rzeczy… które pojawią się później we śnie jako nowa broń. Albo użyć inspiracji dla stworzenia rękodzielnego prezentu dla któregoś ze znajomych, których poznała w nowym mieście, dzięki pogawędkom i prezentom (najlepiej dobranym do zainteresowań danej postaci!) pogłębiając stopniowo relację. (Oddzielne ogromne propsy za to jak cudownie naturalnie i po prostu ciekawie napisane są te dialogi – każda postać jest jednocześnie naturalna i wyraźnie odmienna od pozostałych, a wymiany są mocno realistyczne, łącznie z sytuacjami gdy jedna lub druga strona jest po prostu nie w humorze, rzuci coś głupiego, itp.)

Wisienka na torcie? Po pokonaniu finalnego bossa okazuje się, że sorry, ale sama to Cass sobie z problemami nie poradzi, potrzebuje do tego odpowiedniego wsparcia, więc drogi graczu jak chcesz zobaczyć prawdziwy koniec gry, to wróć jak pogłębisz relacje z przyjaciółmi i zbudujesz solidny krąg wsparcia. (Tak, technicznie to wymuszony grind, ale błagam, gamedevi, weźcie mi tak wymuszajcie grind w innych grach, a będę Was na rękach nosił! Sensowny tematycznie, przyjemny o tyle, że każdy kawałek dialogu jest czymś czego szczerze wyczekuje, mający wyczuwalny stopień postępu. Tak to należy robić!)

Od ładnych kilku lat rozkminiałem od czasu do czasu jak dałoby się dobrze oddać kwestie zmagań z problemami psychologicznymi w formie gry, dłubałem nawet jakieś prymitywne eksperymenty w rpg makerze i pokrewnych pod tym kątem. Tymczasem Dreamscaper pojawił się zupełnie znienacka i zajął wszystkie miejsca na podium oraz kilka dodatkowych podiów, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Naturalne, bez moralizatorstwa czy wpychania nadmiernie prostych rozwiązań w twarz, ale i bez spłycania czy taniej gry na emocjach… Wow, wow i jeszcze raz wow. Jestem absolutnie zachwycony.

Zdecydowanie nie przeszkadza też, że gra jest po prostu bardzo dobrze zrobiona gameplayowo. Walka jest wyważona i uczciwa, umierasz przez swoje błędy i niecierpliwość. Mnogość sprzętu i wyraźnie inne odczucie przy używaniu różnych rodzajów broni, sensowna mechanika walki wręcz/dystansowej, szereg fajnych mechanik związanych z unikami i parowaniem, to wszystko przekłada się na bardzo dobrą walkę. Cieszy masa drobnych nagród, od znajdowanych wspomnień, przez bonusy za długie używanie różnych przedmiotów, aż po klasyczne roguelike’owe nagrody, które płyną w bardzo dobrym tempie, ani za szybko, ani za wolno. Ogromnie doceniam masę usprawnień, jak teleport dramatycznie przyśpieszający eksplorację poza walką czy wyłączenie graczowi pewnych opcji poza walką by uniknąć zmarnowania cennych zasobów przez przypadkowe klikniecie. Ktoś to naprawdę dobrze przemyślał i doszlifował, co jest tym bardziej zachwycające, że to dzieło CZTERECH OSÓB, indie studia, które na kickstarterze na poziomie wersji alfa zebrały… 52 tysiące dolarów na tą grę. Absolutne grosze w gamedevie przy tego rodzaju projekcie, a efekt… WOW.

Absolutnie największe zaskoczenie growe nie tyle ostatniego roku, co ostatniej dekady.

 

Komiksy

Sporo skończonych serii (tradycyjnie, liczę koniec gdy kończy się cała linia wydawnicza, lub, w wypadku bardzo długich, tom lub cykl narracyjny, czytałem więc sporo innych, które jeszcze nie zostały domknięte, a nieco z domykanych to tak naprawdę końcówki z ubiegłego roku). Wg. tych kryteriów skończyłem w 2021 46 serii, czyli około 2x więcej niż w 2020. Przy czym miażdżąca większość skończonych była bardzo, bardzo taka sobie. Wyróżniło się cudowne Die, ale to Kieron Gillen, a więc w zasadzie gwarancja co najmniej jakości, a często wręcz wybitności. Tym bardziej, że Die jest kolejną już narracją z ukochanego tematu Kierona, czyli tego jak wpływają na nas historie, czegoś co poruszył m.in. w The Wicked + The Divine czy wciąż omawia w The Once & Future. Ciekawe było też zakończenie nadzoru Toma Kinga nad główną serią Batmana – choć część fanów na Kinga klnie, większość krytyków docenia to jak odważył się zmienić główną narrację Batmana, od śmierci Alfreda, przez pozbawienie Batmana jego głównej supermocy (nielimitowanej kasy), poprzez pogłębienie relacji z bat-rodziną i z Catwoman (zeszyty z ich romansem są dla mnie absolutnym mistrzostwem, nieźle wypada też – wciąż jeszcze nieskończona – seria Batman/Catwoman). Nieco rozczarowujący był natomiast nowy Sunstone – nie, żeby był zły, po prostu tomy 6-7 nie są tak wybitne jak 1-5. (Ale mogą się oczywiście jeszcze rozkręcić, pierwszy cykl też rozbłysł w drugiej połowie.)

 

Teatr

Przez cały rok byłem tylko na jednej sztuce – ale za to bardzo dobrej, Victoria/True Woman Show w Garnizonie Sztuki. To miejscówka dawnego teatru Imka, który był dla mnie wyjątkowo złym wspomnieniem w związku z ich skandalicznie słabą Improwizacją, stąd miło było zmienić skojarzenia. Bardzo gorzki spektakl, spora ilość humoru jest tym, co pozwala to jakoś obejrzeć, bez tego byłoby bardzo trudno. Dodatkowo ogromny szacunek dla aktorów – wszyscy, może za wyjątkiem Zamachowskiego, mają absolutnie najbardziej „mobilne” role, jakie kiedykolwiek widziałem na scenie. Ogromna ilość bardzo dynamicznych ruchów, przez praktycznie cały czas przedstawienia, połączonych z jednoczesną grą i deklamacją.

 

Larpy, RPGi, Planszówki

Larpów w tym roku nie było żadnych, choć nieco zastąpił to cykl partii w Dylematy Króla, teoretycznie planszówkę, w praktyce takiego miniLARPa dla 3-5 osób (zdecydowanie lepiej grać na największą grupę). Słodki był zwłaszcza finał kampanii, który wyszedł nam tak absolutnie klimatycznie, jak tylko się dało (łącznie z najbardziej chciwym rodem szlacheckim tracącym głowy dosłownie i w przenośni, bo rzucili się do rabowania skarbca zamiast obrony zagrożonego królestwa).  Pomagały też sesje RPG, rozbrajająco śmieszne partie w SCP/Fate, oraz sympatyczne rozgrywki w L5K/Fate. W jednym jestem (nieświadomym) półgremlinem lubiącym kotki (choć ze względu na rodzicielską traumę raczej martwe, żeby nie brudziły i nie hałasowały) i walenie młotkiem w bomby, najlepiej atomowe. W drugim „paniodulską” samuraiko, krabem w którego etykietę wbijano młotem w łeb, goniącą za mężem (z klanu jednorożca), który gdzieś się zapodział, do tego podróżującą w nader podejrzanym towarzystwie. Również jest zabawnie, oraz a niekiedy całkiem dramatycznie.

Planszówek rozegrałem 115 partii (w tym 13 we wspomniane Dylematy Króla), w 57 różnych tytułów. Podobnie jak w 2020, choć przyznam, że coraz bardziej brakuje mi regularnych spotkań czwartkowych na gry. Może w tym roku uda się tą tradycję nieco odtworzyć.

 

To chyba wszystko. Dużo popkultury, nieco mniej książek, seriali i filmów, więcej gier i komiksów. Bolał ogólny przeciętny standard książek i komiksów, ale ogólnie rok całkiem kulturowo i popkulturowo udany.

 


Masz pytanie z zakresu kompetencji miękkich/soft skills? Kanał Self Overflow dostarcza odpowiedzi z tego zakresu, dostosowanych w szczególności do potrzeb osób z sektora IT. Co tydzień nowe filmy z odpowiedziami na pytania od naszych widzów!

Przykładowe pytania:

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis