Recenzja: Mężczyzna bez winy i wstydu – Cała prawda o kryzysie męskości

Wojciech Kruczyński, Krystyna Romanowska

Źródło okładki – strona wydawcy

Kryzys męskości wydaje się świetnym tematem do poruszenia. Niewątpliwie zmiana standardów tego co to znaczy być mężczyzną jest pewnym wyzwaniem dla wielu ludzi. Podobnie jak coraz bardziej rozjeżdżające się oczekiwania kobiet (zwykle wychowywanych w oczekiwaniu równości) i mężczyzn (wciąż często niestety wychowywanych w oczekiwaniu podległości kobiet). Książka o takim kryzysie byłaby bardzo ciekawa.

Ta książka nie jest o nim. (No, nieco naciągając można uznać, że chodzi o kryzys męskości autora, kryzys jego obrazu męskości, nie pasującego do współczesnego świata i wiedzy psychologicznej. Podtytuł sugerowałby jednak, że chodzi o kryzys męskości w ogóle.)

 

Ciekawym tematem jest też kompleks Piotrusia Pana, niebieskie ptaki, słowem – znana od zawsze pewna grupa mężczyzn funkcjonująca w mocno dziecinno-roszczeniowej mentalności. Tytułowy mężczyzna bez winy i wstydu mógłby dotyczyć właśnie tego – psychologicznie zdefiniowanego – kompleksu. Temat relacji takich mężczyzn z kobietami („dylemat Wendy”) byłby też całkiem ciekawy.

Ta książka również go nie dotyczy.

Tzn. w jakimś sensie dotyczy, o tyle, że sugeruje, że miażdżąca większość współczesnych mężczyzn jest takimi „mężczyznami bez winy i wstydu” (MBWIW). Tyle, że nie przedstawia na to żadnych danych. Co więcej, stawia tezę, że MBWIW to konsekwencja rosnącego równouprawnienia, co niejako wyklucza nam kompleks Piotrusia Pana z debaty – bo ten został pierwszy raz opisany w latach 80-tych ubiegłego wieku, a więc w okresie silnego nasilenia seksizmu. A niebieskich ptaków mieliśmy w literaturze całą masę od wieków, więc to znów trudno tak tłumaczyć.

 

O czym jest więc ta książka? (Czy raczej wywiad rzeka, który Romanowska prowadzi z Kruczyńskim?)

Sugerowałbym, że o konserwatyście (który bynajmniej nie postrzega się jako konserwy – przeciwnie, uważa siebie za bardzo wyśrodkowanego…), który nie jest w stanie pogodzić się z zachodzącymi zmianami i tworzy coraz barwniejsze fantazje i racjonalizacje tego, czemu to jednak stary system był dobry (no, z wypaczeniami, ale bez wypaczeń byłby idealny).

Jako taka książka nie byłaby warta większej uwagi i po paru przekleństwach rzuciłbym ją w 1/3, gdyby nie jeden fakt. Autor jest psychoterapeutą. Pracuje z ludźmi. Jego – mocno wypaczona – postawa może na tych ludzi wpływać i to mocno. Podobnie, jak na niektórych czytelników, gdyż styl pisania książki jest całkiem niezły. Nawała argumentów rodem z Uniwersytetu imienia Wydaje Misia, wspieranych tezami z Uniwersytetu Zadka Głębokiego może być przekonująca – jeśli czytelnik nie ma odpowiedniej wiedzy by tezy autora podważyć. Dlatego stwierdziłem, że  – z bólem – przebrnę przez resztę książki i wypunktuje dla Was co tu nie działa. A nie działa potwornie dużo i należy się od tej książki trzymać z dala.

 

Metaapolegetyka konserwy turystycznej

W dyskusji na temat moralności i religii co jakiś czas można spotkać się z charakterystycznym stylem argumentacji. To ludzie, którzy wychodzą z głębokiego założenia, że człowiek jest naturalnie zły i tylko lęk przed karą – piekłem – powstrzymuje go przed dokonywaniem masowych zbrodni. Innymi słowy – jakbyśmy byli ateistami, to byśmy się wszyscy pomordowali. W tydzień. Ci co by przeżyli, zjedliby tych, których zabili. A nie robimy tego tylko dlatego, że boimy się ostatecznej kary.

Dyskusja z takimi ludźmi jest bardzo trudna, gdyż pod spodem bardzo silnie wybijają się te tezy o naturalnym źle ludzi i o tym, że tylko zewnętrzne kary to zło hamują. (Wbrew dowodom psychologicznym, które pokazują, że ludzie jak najbardziej mogą mieć – zwykle mają – wewnętrzne poczucie tego co jest ok i nie potrzebują do tego mitycznych gróźb. Zresztą historycznie koncepcja życia po śmierci dla mas jest dość świeżą koncepcją religijną.)

 

Przywołuję takich ludzi, gdyż Kruczyński wydaje się mieć pewną odmianę takiej skłonności. W jego wypadku podstawowym modelem męskości jest bowiem bezdyskusyjnie stary, toksyczny model męskości preferowany przez konserwatystów. Model, który Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne przekreśliło niedawno, jako szkodliwy, prowadzący do zaburzeń emocjonalnych, zwiększonego ryzyka samobójstwa i wielu innych problemów. (Kwestia ta zupełnie co ciekawe nie pada w książce. Ale też autor swobodną ręką przekreśla wiedzę seksuologów w ich zakresie specjalizacji, wypowiada się dość absurdalnie w kontekście BDSM, ewidentnie nie do końca ogarnia kwestie granic i zaufania w związku.)

 

Tak naprawdę cała książka jest takim tęsknym płaczem za starym dobrym konserwatywnym wychowaniem mężczyzn. Jasne, autor momentami chwali równouprawnienie… tylko jakimś dziwnym trafem ZAWSZE tuż obok tej pochwały jest jakieś wielkie „ALE” niwelujące ją całkowicie. Dosłownie po kilkunastu stronach byłem już w stanie ocenić, że końcowe rady autora dla mężczyzn będą rodem z klasycznego podręcznika „jak być dobrym patriarchalnym facetem” – i nie pomyliłem się. Niezliczone problemy patriarchatu są zbywane jako błędy i wypaczenia. Konserwatywni mężczyźni  są idealizowani (autor np. sugeruje, że będą bardziej skorzy do płacenia alimentów, choć danych to sugerujących brak, a są dane wskazujące raczej na taką tendencje u liberalnych mężczyzn, gdyż to oni są bardziej kooperacyjni). Liberalni to cudaczne chochoły („Mężczyzna „nowoczesny” przy rozwodzie nie stawia się przed sądem tylko ucieka do Azji medytować.” to prawdziwa teza z książki!)

 

Zresztą jak na książkę o mężczyznach i kryzysie męskości, zdumiewająco wiele tu o kobietach. Wręcz większość. To w większości one są odpowiedzialne za tych MBWIW – za ich powstanie jako matki i za ich podtrzymywanie jako partnerki. Autor np. dosłownie twierdzi, że molestowanie ujawnione w #metoo to… wina nadopiekuńczych matek. Te bowiem spełniały wszystkie potrzeby swoich synów, więc ich kastrowały, więc ci mężczyźni znienawidzili kobiet i jak zyskali władzę to sobie „odbijali” napastując kobiety. Danych na taką odważną tezę oczywiście nie przedstawia, analiza biografii takich osób też raczej tezy nie wspiera – draniami stają się różni ludzie – ale autorowi nie przeszkadza to przed de facto… obwinieniem kobiet za gwałty na innych kobietach dokonywane przez mężczyzn. (A miejscami też obwiniania ofiar.) Cóż, w końcu w oczach autora to mężczyźni są ofiarami: „(…) wojenka damsko-męska zawsze będzie podtrzymywana. Mężczyźni zawsze będą atakowani.”

 

Zresztą, autor w ogóle ma bardzo luźną relację z prawdą w wielu miejscach. Potrafi np. twierdzić, że #metoo w większości wskazał na sprawców o liberalnych poglądów. Poświęciłem sporo czasu na research pozwalający zweryfikować taką tezę, żadne źródło nie wydaje się tego potwierdzać. Rozpisane po nazwiskach wskazują na równowagę z niewielką przewagą konserwatystów. Po prostu, dranie nadużywają władzy gdy mają władzę. To jednak nie pasowałoby autorowi do jego wybielania konserwatyzmu i promowania wartości toksycznego mężczyzny. Np. winy i wstydu (które wg. autora są u mężczyzn zdrowe i wychowujące – niezależnie od badań pokazujących co innego). Albo ciągłej rywalizacji  („Chłopiec będzie miał motywację jeśli przekonamy go, że każde podjęte wyzwanie, nawet w zabawie, czyni go trochę bardziej mężczyzną.”). Albo gonieniem za statusem i traktowaniem kobiet jako narzędzi statusowych „Mężczyzna czerpie poczucie własnej wartości głownie z tego, ze potrafi zatrzymać przy sobie kobietę o której ma wysokie mniemanie.”  W ogóle w perspektywie autora mężczyźni wydają się nie mieć innych motywacji niż tylko zdobycie i utrzymanie partnerki. (Np. „Można nawet zaryzykować twierdzenie, że poradzenie sobie z maratonem wzmacnia w mężczyźnie przekonanie, że z kobietą także sobie poradzi.”) Nawet dysfunkcje seksualne, jakże psychoanalitycznie, interpretowane są jako przejaw reakcji na kobietę („Przedwczesny wytrysk jest zemstą na kobiecie”). W świecie Kruczyńskiego nic u mężczyzn nie dzieje się z przyczyn organicznych (choćby kwestia niedospania czy stresu), albo w ogóle z innych powodów niż kobiety. 

Co jest w sumie smutne – jeśli autor nie jest cynikiem kapitalizującym na mizoginii, a naprawdę w te rzeczy wierzy, to mówi to bardzo smutne rzeczy o jego życiu prywatnym.

 

A kim jest w sumie ten MBWIW? Cóż, to w zasadzie trudno powiedzieć. Jak już wspominałem, miał to być odpowiednik kompleksu Piotrusia Pana, ale wynikający z braku ojca i współczesnych ruchów równościowych, co nijak nie pasuje do pierwotnego kompleksu. Do tego ma ich być aż 1/5 populacji mężczyzn. I wlewane są w nich w zasadzie wszelkie możliwe wady, stereotypy i skłonności. Oczywiście bez żadnych danych w temacie. Wszystko to prywatne – wyssane z palca – opinie autora. Opinii przy tym oczywiście potwornie wpisanych w standardowe stereotypy płciowe („Mężczyzna bez winy i wstydu odebrał kobiecie coś najbardziej kobiecego: foch.”) Brak jasnej definicji, kryteriów diagnostycznych i podobnych twardych wskaźników jest oczywiście dla autora wygodnym Petersonizmem – pozwala mu w razie czego wycofać się z jakiegoś stanowiska, mówiąc, że został źle zrozumiany, podczas gdy jego rdzenna konserwatywna publika odbierze dokładnie ten przekaz jaki zamierzał. Dla tych z nas, którzy oczekiwaliby czegoś twardszego i bardziej konkretnego? Cóż, nic nie wiadomo.

No, wiadomo tylko, że wyjściem z tego problemu jest powrót do toksycznych wartości, „żeby mężczyzna udowodnił, że potrafi walczyć.” 

Bo:

„Czego według kobiet brakuje mężczyznom? Potrafią to określić?”

„Siły. bycie mężczyzną to danie sobie rady z kobiecym pragnieniem. Te „spodnie” czy „jaja”, które często są przywoływane przez kobiety to nic innego jak właśnie to. Jeśli mężczyźni dadzą ra
dę, niech nie oczekują pochwał, a raczej kolejnego testu.”

Mamy tu więc nie tyle nawet powrót do toksycznej męskości, ale do jej bardzo charakterystycznego modelu, flegmatycznego mężczyzny zdającego kolejne testy i quasi-borderline’owej kobiety non stop jakieś testy przed nim stawiającej. I to jest przedstawione jako ZDROWA relacja…

Kurtyna.

 

Ta książka jest potwornie ignorancka. Wyssana w większości z palca, wbrew ekspertom z różnych dziedzin, tam gdzie autor powołuje się (rzadko) na badania, interpretuje je w karykaturalny sposób. W wielu miejscach wprost podaje nieprawdziwe informacje. Krytykuje sprawdzone behawioralno-poznawcze rozwiązania ze Szwecji w zakresie podziału obowiązków domowych jako „oznakę zaburzenia w rodzinie i braku zaufania” – ignorując fakt, że w tej Szwecji udało się niemal zrównać podział obowiązków domowych – dysproporcja w nadwymiarowej pracy domowej kobiet jest OŚMIOKROTNIE mniejsza niż w Polsce. Ale cóż, nie pasuje to – znowu – do konserwatywnych założeń autora.

 

Zresztą w ogóle autor wydaje się nie rozumieć równouprawnienia. Podaje przykład w którym rodzina idzie na plażę, ona z dziećmi i ciężkimi bagażami, on z czymś lekkim. I w jego świecie konserwatywny mężczyzna to wziął by ten ciężki bagaż, bo honor, ale jak jest liberalny układ to ona nie może mu zwrócić uwagi, bo przecież równouprawnienie. Tyle tylko, że z równouprawnieniem nie ma to nic wspólnego – bo podziału równego ciężarów tu brak. Takich przykładów przez całą książkę jest masa i chyba tylko to zaślepienie pozwala autorowi jakoś trzymać swoją kuriozalną wizję świata razem. To świat w którym „To czy mężczyzna zapłaci za kawę na randce jest sygnałem, czy później weźmie na siebie odpowiedzialność, np. będzie łożył na dziecko.”, w której tylko ojciec może syna dobrze wychować i „wysłać w świat”, a relacja w której kobieta ma więcej siły jest niejako z definicji patologiczna. A i w którym, oczywiście, nietoksyczny, równościowy mężczyzna to nierealna fantazja („fantazmat”) kobiet.

To jest tragiczny szajs. Nie tykajcie tego nawet długim kijem.

Ocena: 0/5 – odradzam, to książka typy „skończyłem tylko po to, żeby mieć poczucie, że robię rzetelną recenzję, odradzając w pełni tego potworka”, nie znalazłem tu nic wartościowego, a bardzo dużo syfu


Nie kupuj tej książki, nie warto, nie mam zamiaru dawać do niej linka.


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis