Porozmawiajmy o orgazmach…

(Zwłaszcza kobiecych, ale nie tylko.)

 

W kolejnym wpisie z zakresu seksuologii chciałbym się przyjrzeć kwestii orgazmów. Mamy wokół nich bowiem nie tylko wiele mitów, ale przede wszystkim wiele kulturowych skryptów, które mogą być na różne sposoby krzywdzące dla wszystkich zaangażowanych.

Te skrypty są szczególnie powszechne u par heteroseksualnych. Mają one mniejszą tendencję niż pary homoseksualne do komunikacji na temat seksu, swoich potrzeb i oczekiwań, w dużej mierze właśnie dlatego, że z mediów, pornografii, kultury, itp. nasiąkają pewnymi wzorcami jak seks “powinien” wyglądać. A jak tymi scenariuszami już nasiąkną, to dużo łatwiej po prostu próbować je naśladować, niż spróbować zweryfikować na ile pasują do nas, czego oczekujemy czy co sprawia nam przyjemność. Podważanie takich scenariuszy może wręcz budzić pewien lęk. “A co jeśli on/ona uzna, że coś jest ze mną nie tak w tej sferze?” “Że mam jakieś nienormalne oczekiwania?” Paradoksem seksualizacji współczesnego świata jest to, że jest to seksualizacja bardzo na jedno kopyto oraz że jednocześnie seks pozostaje w dużej mierze tematem tabu. Więc nie dyskutujemy i podążamy za skryptami. W tym za jednym głównym, który kształtuje typowy odbiór seksu: seks to gra wstępna, następnie penetracja, zakończona najlepiej orgazmami obydwojga partnerów, w podobnym czasie i w wyniku konkretnie penetracji waginalnej.

U par homoseksualnych jest z tym o tyle łatwiej, że tych formalnych skryptów jest mniej, nie składają się też na jeden odgórny scenariusz, ale na kilka różnych alternatyw. Jeśli nawet takie pary chciałyby podążać za jakimś skryptem to potrzebują przynajmniej krótkiej komunikacji “ej, w sumie to za którym konkretnie skryptem my podążamy?” A z tego łatwiej przejść na “w sumie to ten, ale ja to bym wolał/wolała takie i takie modyfikacje”. Odrobina rozmowy prowadzi do dalszej, a w efekcie do lepszej jakości współżycia – tak seksualnego, jak i po prostu w parze.

Dlaczego poświęcam tyle uwagi tym skryptom, choć tematem wpisu są orgazmy? Cóż, jak się okazuje, te skrypty, zwłaszcza w parach heteroseksualnych, mocno wpływają na nasze orgazmy. Na to czy w ogóle je mamy, jak wyglądają jeśli je mamy, na zachowania i oczekiwania wokół nich, a potencjalnie też na wiele różnych dysfunkcji seksualnych wokół tej kwestii.

Wspomniany skrypt “seks powinien kończyć się orgazmem, najlepiej obydwojga osób w podobnym czasie i w wyniku penetracji waginalnej” prowadzi do całej masy potencjalnych problemów. Dość powiedzieć, że większość kobiet oraz istotna część mężczyzn mających jakiekolwiek doświadczenie seksualne przyznaje się do tego, że zdarza im się udawać orgazm. Dokładniej dotyczy to 67% kobiet i 28% mężczyzn uprawiających heteroseksualny seks. (Niektóre badania sugerują nawet 80% kobiet, kluczową zmienną może być wiek – cytowane obok dotyczy konkretnie studentów.)

Usłyszmy to ponownie: ponad 2/3 heteroseksualnych kobiet i prawie 1/3 heteroseksualnych mężczyzn przynajmniej czasem udaje orgazm! Tak wiele osób de facto kłamie swoim partnerom w zakresie istotnego elementu życia i obszaru dla wielu bardzo intymnego!

Jasne, często kłamstwa są z dobrej woli, chodzi o zadbanie o dobre samopoczucie partnera lub partnerki. Tu znów pojawia się presja tego skryptu. Skrypt mówi: dobry seks prowadzi do orgazmu. Więc, zgodnie ze skryptem, jeśli Twój partner/partnerka nie ma orgazmu to musi to oznaczać, że jesteś słabym kochankiem/słabą kochanką, coś jest nie tak z Twoją atrakcyjnością, może druga osoba Cię zdradza, itp. Jak zadbać o to, by osobie na której Ci zależy nie pojawiały się takie wątpliwości? By czuła się pewniej, bardziej atrakcyjnie, lepsza w łóżku? Skłam.

Kłamstwo w zakresie orgazmu jest też niekiedy motywowane próbą zadbania o siebie. Udawanie orgazmu (zwłaszcza bardzo wokalne) bywa używane przez kobiety w celu popchnięcia partnera do własnego, realnego orgazmu. Często bywa tak w przypadku stosunku, który jest niekomfortowo długi, nudny lub wręcz bolesny. Skoro bowiem klasyczny skrypt mówi o tym, że stosunek powinien kończyć się orgazmem obydwojga partnerów przy penetracji, to wielu mężczyzn wstrzymuje się z własnym orgazmem, ograniczając swoje podniecenie, czekając na partnerkę. Udawany orgazm daje im “pozwolenie” na własny orgazm i możliwość zakończenia całego stosunku.

Krótkoterminowo takie zachowanie może się wydawać sensowne. Co jest złego w niewielkim kłamstwie, w którym zadbamy o drugą osobę?

Jeśli jednak przyjrzymy się strukturze tej sytuacji, to robi się trochę mniej wesoło. Nie tylko ze względu na problemy z brakiem komunikacji jako takim. Również ze względu na to, że prowadzi to do sytuacji w której dany mężczyzna jest uczony, żeby robić więcej rzeczy, które wcześniej sprawiały, że dla kobiety seks był nieprzyjemny, nieatrakcyjny lub wręcz bolesny. W końcu dotąd działało, orgazmy były (udawane, ale o tym nie wie), nie było skarg (bo w ogóle nie było komunikacji), więc w czym problem?

Problem jest dodatkowo nakręcany przez to, jak standardowy skrypt naciska na orgazm w trakcie penetracji. Tymczasem znacząca część kobiet, z przyczyn anatomicznych, w zasadzie nie ma szans na osiągnięcie orgazmu tylko i wyłącznie przez stymulacje waginalną, bez zewnętrznego pobudzenia łechtaczki. Piszę zewnętrznego, gdyż rzekomo “waginalne” orgazmy także opierają się na stymulacji łechtaczki. To co popularnie uznawane jest za łechtaczkę stanowi jedynie jej niewielką część, tzw. żołądź łechtaczki – porównywalny w dużej mierze do żołędzia penisa, zresztą łechtaczka i penis powstają z tego samego typu komórek. Większa część łechtaczki ukryta jest pod powierzchnią i otacza waginę. Może być, zwłaszcza w pewnych pozycjach, stymulowana w trakcie penetracji, jednak ze względu na indywidualne różnice anatomiczne, możliwość tej stymulacji jest bardzo różna u różnych kobiet. U niektórych jest wystarczająca by umożliwić osiągnięcie orgazmu tą drogą, u innych nie ma możliwości na osiągnięcie orgazmu bez zewnętrznej stymulacji. Tylko jedna czwarta kobiet w miarę regularnie doświadcza orgazmu w trakcie penetracji. U innych jest to dużo rzadsze, u ponad jednej czwartej nie zdarza się nigdy. To o tyle ważne, że, znowu, klasyczny skrypt mówi “seks przez penetracje, prowadzący do orgazmu”. Klasyczny skrypt jest więc niewykonalny dla przynajmniej 1/4 par i trudny do wykonania dla kolejnych 50%. Nic dziwnego, że pojawia się presja na kłamstwo. W dobrej intencji, ale długoterminowo szkodliwe.

Trójwymiarowy model łechtaczki, źródło – Wikimedia Images. To co normalnie postrzegamy jako łechtaczkę to jedynie ten niewielki “ogonek” odstający na szczycie, sam organ jest dużo większy.

 

Być może właśnie z tego powodu badania pokazują, że kobiety w związkach homoseksualnych dużo częściej regularnie osiągają orgazm niż kobiety w związkach heteroseksualnych. Więcej przestrzeni na dyskusje o tym czego kto potrzebuje (i czy w ogóle potrzebuje orgazmu w danym stosunku) oraz mniejsza presja na osiąganie tego orgazmu w trakcie penetracji mają bardzo konkretne efekty. Różnica ta jest jeszcze większa jeśli bierzemy pod uwagę krótkie romanse i jednorazowe spotkania, a nie długoterminowe relacje. Prawdopodobnieństwo osiągnięcia orgazmu przez kobietę w trakcie takiego spotkania pozostaje wciąż wysokie w przypadku lesbijskich romansów, ale drastycznie spada w przypadku heteroseksualnych. Prawdopodobnie wiąże się to z kilkoma dodatkowymi czynnikami, między innymi poczuciem bezpieczeństwa, do których jeszcze wrócimy.

 

Na tym etapie widzimy więc, że standardowy scenariusz seksualny, kładący duży nacisk na orgazm, najlepiej obopólny w trakcie penetracji, tworzy szereg problemów. Warto więc ten scenariusz porzucić. Dla jasności, nie chodzi tu teraz o danie wolnej ręki w stylu “a, to spoko, nie ma co się przejmować orgazmem drugiej osoby w takim razie, skup się tylko na sobie”. (U niektórych osób faktycznie taka interwencja może być też wartościowa i bywa seksuologicznie stosowana, np. jeśli ktoś przez zbytnie skupienie na doświadczeniu drugiej osoby traci kontakt z odczuciami własnego ciała. To jednak kwestia konkretnej interwencji w danym układzie.) Chodzi o to, by rozmawiać, otwarcie, także o swoich potrzebach. Bo i o ile standardowy skrypt mówi o tej konieczności orgazmu, to, jak już pisaliśmy, ludzie uprawiają seks z bardzo różnych powodów. I być może orgazm nie jest dla drugiej osoby wcale kluczowym elementem doświadczenia. (Paradoksalnie, zmniejszenie presji na orgazm może go przy tym ułatwić!) Choć to kobiety częściej udają orgazm pod wpływem tego skryptu, to warto na niego zwrócić uwagę także u mężczyzn, gdyż uproszczony model męskiej seksualności, która zaczyna się i kończy na wytrysku, niejako odbiera mężczyznom prawo do tego, by seks był dla nich przyjemny i wartościowy niezależnie od osiągnięcia orgazmu.

(Swoją drogą, warto też wskazać, że jak najbardziej możliwy jest orgazm bez wytrysku. Przez jakiś czas rozważano, czy nie jest to coś w rodzaju placebo, ale dziś już wiemy, że orgazmów doświadczają mężczyźni po usunięciu prostaty, która jest odpowiedzialna za produkcję płynu nasiennego, stanowiącego większość objętości spermy. U takich mężczyzn nie ma czym dojść do wytrysku, ale orgazmy jak najbardziej mogą mieć miejsce.)

 

Ok. Wiemy już, że orgazm nie musi być sednem stosunku. Wiemy już, że penetracja rzadko do niego doprowadzi. Wiemy już, że warto rozmawiać i poznawać potrzeby partnera czy partnerki. Co jednak, gdy orgazm i tak ucieka, a obydwie strony chciały, by do niego doszło?

Niekiedy problemem jest właśnie ta nadmierna presja na orgazm, zaburzająca możliwość skupienia się na samym doświadczeniu. Niekiedy problemy mogą być organiczne lub powiązane z przyjmowanymi lekami. Dla przykładu, zarówno zaburzenia depresyjne, jak i większość leków na depresję czy przeciwlękowych, ze względu na to jak wchodzą w interakcję z serotoniną w naszym mózgu, wydaje się utrudniać lub nawet uniemożliwiać osiąganie orgazmu, zwłaszcza na początku okresu terapii. (Z tego powodu bywają czasem wykorzystywane w seksuologii jako nieoficjalne leki na przedwczesny wytrysk.) Jednak – zwłaszcza w przypadku kobiet – istotne mogą być jeszcze dwa czynniki.

 

Jedną z ciekawszych publikacji jakie przeczytałem w 2020 było “Moan”. Jest to zbiór wypowiedzi kilkudziesięciu kobiet na temat orgazmów i tego jak ich doświadczają. W całej książce przewijał się jeden bardzo powtarzalny wzorzec. Były od niego odstępstwa. Dwie kobiety pisały o swojej wyjątkowej łatwości w osiąganiu orgazmów i problemach jakie to może nieść – w jednym wypadku zaburzając ogólnie życie, w drugiej utrudniając pożycie seksualne, gdyż natychmiast po orgazmie przechodziła im też jakakolwiek ochota na seks. Dwie kobiety okazały się wpisywać w coś, co na własne potrzeby określiłem jako pornoseksualność, czyli popęd bardzo mocno wpisany w model przedstawiany w filmach porno – ma być ostro, brutalnie, najlepiej by facet miał jak największego i jechał całą noc. Natomiast miażdżąca większość kobiet wypowiadających się podkreślała trzy czynniki w swoich orgazmach (tak w związkach hetero, jak i homoseksualnych). Dwa niezbędne kluczowe elementy, które nie zapewniały orgazmu, ale bez których można było jakiekolwiek szanse na orgazm wykluczyć.

Zatrzymaj się chwile i pomyśl co to mogło być. Czy chodziło o sprawność seksualną drugiej osoby? Komunikację? Jej atrakcyjność? Jej dominację? (Miałem swego czasu znajomego, który próbował stworzyć “uniwersalną teorię seksualności” w której kluczowym czynnikiem była dominacja mężczyzny. Nie byłem zaskoczony, przy tej mentalności, gdy od wspólnych znajomych usłyszałem o tym, że potrafił się przyznawać do de facto gwałtów. Cieszę się już nie mając go wśród znajomych.) Na czym polegały te kluczowe wymogi?

 

Cóż, jak się okazało, absolutnie kluczowym elementem było… poczucie bezpieczeństwa. Relaks. I poczucie bycia akceptowaną.

W sumie trzy czynniki z jednej perspektywy, z innej jeden w trzech aspektach. Dla większości kobiet, aby mogły doświadczyć orgazmu kluczowe było poczucie bezpieczeństwa (stąd prawdopodobnie tak drastyczny spadek szansy na orgazm przy krótkich romansach, po prostu ryzyko, że facet coś odwali, nie uszanuje granic czy “nie” jest dla kobiet czymś, co niestety musza brać pod uwagę). Kluczowy był relaks i komfort z nim związany. I kluczowe było poczucie bycia akceptowaną, niekiedy przechodzące w bycie adorowaną.

Te trzy czynniki nie dają gwarancji orgazmu, ale okazywały się być bardzo ważne jako minimalny wymóg, dla ogromnej rzeszy kobiet.

 

Oczywiście, “Moan” można postrzegać jako zbiór anegdot, ale szereg badań seksuologicznych, np. w zakresie powiązania między zaburzeniami lękowymi, a problemami z osiągnięciem orgazmu, wydają się potwierdzać zarysowany tu wzorzec.

I mówić dużo o relacjach heteroseksualnych w porównaniu z lesbijskimi, pod kątem wzajemnego poczucia bezpieczeństwa czy adoracji.

Sęk w tym, że standardowy schemat seksualny w ogóle tych kwestii nie porusza, prawda? Jeszcze adorację może, ale bezpieczeństwo? Relaks?

Więcej, przez samo swoje istnienie standardowy schemat uderza w te kwestie. Jeśli bowiem jest “prawidłowy” sposób na uprawianie seksu, to jakiekolwiek odstępstwa od niego są potencjalnym problemem. Musimy więc pilnować się tego czy przestrzegamy tych standardów – a to generuje spięcie i niszczy poczucie bezpieczeństwa.

Dlatego właśnie w systemowym podejściu do seksuologii dużą rolą seksuologa jest demitologizacja wyobrażeń na temat seksu i uświadamianie klientów, że schematy mogą być co najwyżej jakąś pomocą, ale nigdy standardem, na którym powinni się koniecznie opierać czy którego złamania powinni się bać. Koniec końców seks to eksploracja doznań razem z drugą osobą. Poradnik do takiej eksploracji może być przydatny, ale nigdy nie powinien zasłonić samej eksploracji.

 


Książka "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań". Unikatowy tom, wprowadzający Cię w te aspekty ludzkiej komunikacji, które z jakiegoś dziwnego powodu są w psychologii społecznej pewnym tabu. Cóż - ich zrozumienie jest tym bardziej cenne. 

Dostępna w druku i jako e-book, tylko na MindStore.pl

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis