Pół roku zdalnych szkoleń – lekcje, wnioski, rozwiązania

Pół roku temu, jak wiele innych osób w branży szkoleniowej, zderzyłem się dość gwałtownie ze ścianą. Ścianą tą były rosnące infekcje oraz wynikające z nich przechodzenie firm na format zdalnej pracy. Pamiętam do dziś jak rozważałem, czy jechać do Krakowa na dwa umówione na koniec marca szkolenia, gdy z dnia na dzień mogły zostać odwołane, bo w budynku odkryty zostałby wirus. W krótkim czasie większość firm przeszła wtedy na pracę zdalną. Po kilku tygodniach niepewności i zamieszania wrócił do nich również temat szkoleń. Dużą część ostatniego półrocza spędziłem więc przenosząc swoje szkolenia na formę zdalną. Pomyślałem więc, że to dobra okazja do podzielenia się doświadczeniami, wnioskami i rozwiązaniami, które w tym zakresie wdrożyłem.

 

Do szkoleń zdalnych podchodziłem z pewnym doświadczeniem w e-learningu. Zaprojektowałem i przygotowałem szereg kursów online (wiele z nich dostępnych jest do dziś na MindStore). Miałem pewne obycie z webinariami i live’ami, choćby na Facebooku. Nie miałem jednak w zasadzie żadnego doświadczenia ze szkoleniem na Teamsach czy Zoomie. Ogarniałem nieco teorii w temacie, dzięki Trenferencji z 2018 i świetnemu warsztatowi w temacie, jaki poprowadziła tam Marta Eichstaedt. Miałem się jednak dopiero uczyć przenoszenia moich “żywych” kompetencji na wersję wirtualną. Na szczęście miałem tu dość bezpieczną rozgrzewkę, gdyż pierwszym szkoleniem, które tak prowadziłem było szkolenie wewnętrzne dla trenerów Bottegi, firmy szkoleniowej z którą blisko współpracuję. Było to o tyle komfortowe dla mnie, że  jednocześnie dawało nieco większą przestrzeń na ewentualne błędy, niż wobec zewnętrznego klienta, a przy tym wszelkie błędy, które mogłem popełnić byłyby jednocześnie bezpośrednią lekcją dla innych trenerów, z których część też uczyła się tej formy prowadzenia. Warunki więc wręcz cieplarniane, co nie znaczy, że było łatwo. Dlaczego? Co było takie trudne w szkoleniach online? I czy stało się łatwiejsze? O tym jest ten wpis. Jako smaczek, równolegle zacząłem studia podyplomowe, w obecnej sytuacji w formie online, więc mam też nieco spojrzenia “z drugiej strony”. Nie jest to spojrzenie 1:1, bo jednak wykłady to nie to samo co szkolenia, ale i tak coś dają.

 

 

Szkolenia, a webinary

Zanim przejdziemy dalej chcę jednak wskazać na jedną kluczową różnicę: między szkoleniami, a webinarami. Jest ona zresztą dość podobna do tłuczonej swego czasu regularnie na blogu różnicy między szkoleniami, a eventami motywacyjnymi. Webinary są bowiem formą dużo bardziej pasywną dla uczestników. Może tam być miejsce na pytania lub na proste interakcje, za pomocą np. Kahoota, ale koniec końców jest to format dla jednostronnego przekazu wiedzy. Tymczasem szkolenia online są próbą przeniesienia do zdalnego świata faktycznych szkoleń, z dużą ilością praktycznych ćwiczeń w małych grupach, okazjami do aktywnej dyskusji i wymiany doświadczeń (tak na łamach całej grupy, jak i w podgrupach). To odmienne rodzaje edukacji zdalnej. Obydwa mają swoje zastosowania (to jedna przewaga webinarów nad eventami motywacyjnymi). Webinary nadają się do wprowadzenia dość prostych nowych treści do dużych grup. Fajnie sprawdzają się w szkoleniach produktowych, jako forma integracji uczestników czy pewnej nagrody w formie edutainmentu – mieszanki rozrywki i nauki. Niespecjalnie natomiast nadają się do rozwijania nowych umiejętności czy zmiany postaw. W tej drugiej formie dużo lepiej działają szkolenia online, których ograniczeniem jest natomiast rozmiar. Najlepiej bowiem działają na kilkanaście osób, podczas gdy w webinarach spokojnie może brać udział i kilkaset na raz. Podzielenie kilkuset osób na wirtualne pokoje i sensowne omówienie ich ćwiczeń byłoby jednak mało realne, a przy kilkunastu osobach da się nawet te pokoje w miarę sprawnie nadzorować.

(Dla jasności, webinary też mogą być wyczerpujące. Ba, przeniesienie formy wykładowej do internetu, np. w wypadku uczelni też jest pewnym wyzwaniem i nie jest wcale takim prostym ‘przekopiowaniem’ wykładów, przynajmniej jeśli chcemy to zrobić dobrze. W większości przypadków jest to jednak format dużo mniej wymagający, niż szkolenia online.)

Większość moich doświadczeń i obserwacji dotyczy właśnie szkoleń online. Miałem też okazję prowadzić nieco webinarów w tym nowym zdalnym świecie. Kilka kolejnych mam już umówionych w najbliższych tygodniach. Ale większość tego co robię to właśnie zdalne szkolenia. I to do nich będę się głównie odnosił.

 

Szkolenia zdalne są wyczerpujace

Czas zacząć od podstaw: szkolenia online są wyczerpujące. Są bardziej wyczerpujące od szkoleń na żywo. Składa się na to szereg czynników:

 – Zoom fatigue, czyli szereg obciążeń poznawczych wynikających z narzędzi komunikacji zdalnej. Między innymi: jesteśmy non stop pod obserwacją; sami zwracamy uwagę na wiele innych osób, ale mamy dostęp tylko do ograniczonych danych; zaburzenia techniczne wymagają więcej wysiłku, podobnie jak chwile ciszy; próbujemy być bardziej ekspresyjni, co wymaga więcej energii; itp.

 

– W normalnych szkoleniach jest dużo więcej przestrzeni gdy grupa nie patrzy na trenera, można się odwrócić do flipcharta by coś zapisać, itp. tu jest się non stop w centrum uwagi (chyba, że ma się zwierzęta, które akurat wejdą w kadr, wtedy oczywiście zwierzęta mają 1000% uwagi uczestników).

 

– W normalnych szkoleniach zarówno trener jak i uczestnicy dużo więcej się ruszają, co jakiś czas zmienią miejsce na potrzeby ćwiczenia, łatwiej jest zmienić pozycję, itp. w przypadku szkoleń zdalnych, zwłaszcza jeśli nie masz stojącego biurka, jest to dużo cięższe.

 

– W normalnych szkoleniach podczas przerwy jest większa szansa na zmianę miejsca – trzeba przejść się do kuchni, czasem wręcz na inne piętro. Na lunch do kafeterii lub poza budynek, itp. W szkoleniu zdalnym nawet jak robisz przerwę, to często jest to przejście kilku metrów od komputera do kuchni (albo wręcz mowa o tym samym pokoju, salonie z kuchnią!), również obiad jedzony jest tuż obok.

 

– W szkoleniach zdalnych jest inny rytm interakcji. Ludzie zanim odpowiedzą muszą włączyć mikrofon. Utrudnia to spontaniczną dyskusję, dodaje dodatkowe obciążenie przy aktywizacji uczestników. Dodaje szereg drobnych pauz i konieczność większej ilości decyzji pt. “czy uczestnicy nie mają pytań i idziemy dalej, czy chwilę czekamy, bo może te pytania są, ale nie zdążyli się wklikać?”

 

Takie szkolenia są wyczerpujące zresztą i dla prowadzących i dla uczestników. Dopiero na studiach zacząłem doceniać jakim komfortem jest wyłączenie czasem kamerki (i zrobiłem się dużo bardziej tolerancyjny odnośnie uczestników je wyłączających na część szkolenia… tak, widok uczestników pomaga mi jako prowadzącemu, ale dla nich bycie na podglądzie może być mocno męczące). Dlatego staram się przekonywać klientów by prowadzić takie szkolenia w formacie 2 dni po 4h na każdy normalny 8-godzinny dzień szkolenia stacjonarnego. Czasem klienci mimo wszystko upierali się na format 8h i cóż, da się to pociągnąć, ale czuć zmęczenie grupy i w ankietach też pojawiają się potem uwagi typu “lepiej byłoby w formacie 3x5h” lub podobne.

 

Dlaczego akurat 4h? (Zwykle z dwiema przerwami po 10 min.) Taki format wydaje się być w miarę optymalny ze względu na kilka kwestii. Wciąż jest to pewien wysiłek, ale jednak znośny. Jest na tyle krótki, że obiad uczestnicy mogą zjeść tuż po szkoleniu (albo tuż przed nim, jeśli jest planowane po południu). Przy 5h trzeba by już zrobić przerwę obiadową, więc rozrosłoby się to do 5.5h lub wymagało dłuszej przerwy, itp. Przy krótszych formatach rozłożonych na dłuższy czas pojawia się problem z koordynacją oraz z porannym wdzwanianiem się uczestników – to dodatkowa okazja na 5-10 minut opóźnienia na każdy taki dzień. Warto też brać pod uwagę przerwy – minimum 15 min co 1.5h, a przy pracy zdalnej nawet formatka typu 10 min co 75 minut. Przy 4h działa to sprawnie. Przy 2h gorzej, 3h? cóż, 8h trudno efektywnie podzielić na moduły 3-godzinne.

Zostałem więc przy 4h. Nie jest to format idealny, ale ma szereg zalet. Ma też jedną główną wadę – raczej się dwóch szkoleń takich jednego dnia nie pociągnie (nawet gdyby mieć na to siłę) więc w praktyce w ciągu miesiąca da się zmieścić około połowy tego, co dałoby się zrobić w normalnym cyklu szkoleniowym. Jest to oczywiście trochę złudne – nie ma tu dojazdu do różnych miast na szkolenia i czasu poświęcanego na to, przy szkoleniach na żywo stosowałem też pewien limit maksymalnego miesięcznego obciążenia, żeby się nie zajechać. Tym niemniej biznesowo jest to pewne ograniczenie.

 

No dobrze, ale pisałem o zmęczeniu. Cóż, takie 4h online jest dla mnie niemal tak męczące, jak 8h na żywo. Nie tylko dla mnie – na grupach trenerskich do których należę często padały uwagi o tym, jak nawet po 2-3 godzinach na zoomie ludzie potrafią być mocno wyczerpani. Fakt, spotkałem się też z głosami “ej, luz, nie ma problemu, o czym mówicie?”.  Mam jednak wrażenie, że większość tych przypadków to kwestia robienia właśnie webinariów, a nie szkoleń – a więc dużo mniej wymagającego formatu. Tym bardziej, że nie widziałem ani jednego trenera o którym wiem, że robi faktycznie szkolenia zdalne, który nie przyznawałby się do wyczerpania w takich dyskusjach.

Sam szkolę zwykle rano, 8-12 lub 9-13. To dobry moment na skończenie szkolenia tak, by uczestnicy mogli akurat coś przegryźć. I jestem po tych 4 godzinach na tyle padnięty, że po szybkim przekąszeniu czegoś regularnie padam spać na 2,3, a czasem i 4 godziny. Po szkoleniach stacjonarnych też zdarzało mi się kimać, ale zwykle krócej – godzinę, może dwie. Za to na koniec wyjazdu szkoleniowego miałem zwykle mocny tryb zombie, miks pobudzenia i zmęczenia w którym człowiek ani nie może się skupić, ani zasnąć. Dzień odpoczynku i wracałem do normy. Zdalne szkolenia nie mają chociaż tego efektu – padam, owszem, ale tylko w te dni, nie potrzebuję kolejnego dnia regeneracji. tym niemniej, 4h pracy zamiast 8 to i tak dość wyczerpujący i mało wydajny tryb. Dlatego przez tych kilka miesięcy szukałem i testowałem różne rozwiązania, które mogą mniej lub bardziej pomóc.

 

Jak redukować zmęczenie?

1. Z biegiem czasu jest nieco łatwiej. Część obciążenia na początku to kwestia przeniesienia kompetencji – masz je wyćwiczone w szkoleniu na żywo, ale praca zdalna to nieco inny zakres kompetencji. Dlatego przynajmniej na początku jest trudniej i na pewnych dotychczas automatycznych kompetencjach trzeba się skupiać. Z biegiem czasu transfer umiejętności i robi się łatwiej.

 

2. Z biegiem czasu naprawdę jest nieco łatwiej. Praca zdalna ma nieco inny rytm niż praca na żywo i trzeba się tego odmiennego rytmu nauczyć. Gdy go opanujesz, obciążenie nieco spadnie.

 

3. Szybko się nauczyłem, że czas w którym odsyłam uczestników do ćwiczeń w parach czy grupach jest moim czasem na regenerację. Na początku w zasadzie od razu zaczynałem rundki po pokojach, by pilnować czy uczestnicy sobie radzą, nie mają pytań, itp. Teraz podchodzę do tego bardziej strategicznie. Jasne, od razu reaguje gdy widzę, że jest jakiś problem (np. osoby w jednym pokoju nie zgrały się i otworzyły dwa równoległe spotkania, czekając cały czas na drugą osobę). Albo gdy ktoś mnie zawoła do pomocy. Ale jeśli to nie ma miejsca, to daje sobie 2-3 minuty na ochłonięcie i mini regeneracje i dopiero zaczynam rundkę po pokojach. Potem znów 2-3 minuty i dopiero rundka. Do tego jak wchodzę do pokoju obserwować, wchodzę z wyłączoną kamerą i wyciszonym mikrofonem. Ma to funkcje praktyczną (mniej przeszkadza uczestnikom w rytmie szkolenia), ale i ze mnie zdejmuje sporo obciążenia.

 

4. Pilnowanie przerw i robienie ich częściej niż na zwykłym szkoleniu jest kluczowe.

 

5. Dyskusje mają na zoomie/teamsach często dodatkową bezwładność, zwłaszcza zanim się rozkręcą. Biorę to pod uwagę i koryguje to względem normalnego szkolenia, daje grupie więcej czasu na reakcje zanim zastosuje narzędzia do radzenia sobie z tematem.

 

6. Sam tego nie używam, ale badania sugerują, że nawet tymczasowe wyłączenie podglądu siebie pomaga. Możliwe, że będę z tym eksperymentował.

 

7. Nie testowałem tego jeszcze, ale w świetle badań może to być też przydatne – zmiana podglądu 9 osób na podgląd 3-4.

 

8. Koniecznie, ze względu na niedobór bodźców przy takiej pracy, mam coś dodatkowo stymulującego pod ręką. Fidget cube, transformersa, cokolwiek. Kwestia tego, że Zoom/Teams jednocześnie daje za mało i za dużo informacji. “Coś do robienia z rękoma” poza zasięgiem kamery pomaga na to pierwsze, dlatego zawsze staram się coś takiego mieć.

 

9. Wolę pracować przez Teams niż Zooma właśnie dlatego, że na Teamsie mogę mieć przygotowane rzeczy z góry, wrzucone do podgrup, nie muszę ich pilnować i wrzucać na bieżąco. Mogę o to zadbać w trakcie przerwy na szkoleniu, itp.

 

10. O ile na fizycznym szkoleniu jestem dostępny na przerwach dla uczestników, to na zdalnym wyłączam kamerę i mikrofon jak tylko zacznie się przerwa, wstaję też od ekranu.

 

11. Spotkałem się z osobami używającymi biurek stojących, chodzącymi przed ekranem, itp. Są to niewątpliwie dodatkowe opcje, choć u mnie się niezbyt sprawdzają.

 

12. To pewnie truizmy i jako geek siedzący długo przy kompie i tak to ogarnałem, ale serio, zadbaj o swoją wygodę. Jak siedzisz dużo na jednym krześle – niech to będzie wygodne krzesło, nawet wyraźnie droższe. Wybierz wygodniejszą klawiaturę, większy ekran, dobrą kamerę i głośniki lub słuchawki. To twoje narzędzia pracy i tutaj oszczędności mocno przełożą się na wyczerpanie.

 

Oprogramowanie, zalety, wady, wady, wady

Jeśli chodzi o programy do szkoleń zdalnych, kluczowym ich elementem są wirtualne pokoje (jakkolwiek byłyby nazywane w danym programie), czyli możliwość podzielenia uczestników na mniejsze grupki i przydzielenie im konkretnych zadań, tak jak na normalnym, fizycznym szkoleniu. Funkcjonalność tą mają trzy główne programy na których prowadzi się szkolenia – Google Meet, MS Teams oraz Zoom, choć w każdym wygląda ona nieco inaczej.

Najwięcej doświadczenia mam w Teamsie, nieco w Zoomie, Meet znam tylko jako uczestnik (i zdecydowanie najmniej lubię, ma milion idiotycznych rozwiązań). Z dwóch głównych preferuję Teamsa, choć wiem, że jestem w tym zakresie w mniejszości – większość znanych mi trenerów preferuje Zooma. Jego przewagą jest na pewno bardziej intuicyjny interfejs niż w Teamsie. Do wad należy mniej stabilne wirtualne tło (funkcjonalność wycinająca ludzi z ich tła i rozmywająca tło lub wklejająca w to miejsce obrazek), wolniejsze przechodzenie między wirtualnymi pokojami oraz fakt, że na Zoomie uczestnicy nie widzą niczego, co pojawiło się zanim dołączyli do rozmowy. Trener nie może więc przygotować sobie warunków do ćwiczeń itp. z wyprzedzeniem. Wydaje się natomiast, że drobne funkcjonalności typu udostępnianie ekranu czy zgłaszanie się (symboliczne podniesienie ręki) rzadziej szwankują w Zoomie niż w Teamsie.

Generalnie rzecz biorąc, idealnego oprogramowania nie ma. Każde ma szereg ograniczeń i każde tak naprawdę zaliczyło mocne zderzenie z rzeczywistością w momencie masowego przechodzenia firm i szkół na pracę zdalną. To, że udało im się i tak jako tako utrzymać już jest godne podziwu.

 

Dodatkowe narzędzia, czy i kiedy korzystać

Oprócz samego oprogramowania do szkoleń jest też sporo dodatkowych narzędzi, które mogą takie rzeczy wspomagać. Sam korzystam z kilku, choć pełen wybór jest dużo większy. Ważna kwestia – do większości poruszanych narzędzi jest kilka-kilkanaście alternatyw bardzo podobnych, co jest istotne o tyle że np. niektóre firmy nie dopuszczają narzędzi googlowskich na swoim VPN. Warto więc z góry poszukać alternatyw i mieć je pod ręką.

Google Jamboard – czyli wirtualny flipchart. Jeśli potrzebuję coś narysować, albo gdy grupa wspólnie pracuje nad analizą jakiegoś problemu, Jamboard bywa bardzo przydatny.

Google Drive – czyli po prostu wirtualny dysk do wrzucenia materiałów do pobrania dla uczestników

Google Docs – i to samo dla dokumentów. Przez długi czas udostępniałem edytowalne wersje plików, obecnie robię tak wciąż z niektórymi plikami, takimi na których będzie pracowała tylko jednak podgrupa (dzięki temu mam też łatwiejszy podgląd ich pracy). Natomiast jeśli mają to być pliki edytowalne, ale do wypełnienia przez większą ilość osób oddzielnie (np. kwestionariusze samooceny), pliki są udostępnione bez możliwości edycji, tak by uczestnicy musieli je skopiować do siebie. Ułatwia to uniknięcia zamieszania na podczas szkolenia (i było zresztą efektem sugestii grupy).

Kahoot – narzędzie do przygotowywania internetowych quizów, itp. Przyznam, korzystam z niego raczej na webinarach niż na na szkoleniach, ale warto tego typu narzędzia mieć tak czy tak pod ręką.

Vimeo – czyli serwis dla przechowywania filmów, przydatny jeśli ze względu na jakość połączenia lub inne czynniki uczestnicy nie widzą dobrze nagrań, które udostępniasz na swoim komputerze, wtedy po prostu podajesz link do filmu przechowywanego na Vimeo.

 

Generalnie im więcej narzędzi, tym większe ryzyko, że coś pójdzie nie tak, unikam więc mnożenia bytów. Z drugiej strony dla gadżeciarzy jest pewnie więcej ciekawych opcji, wszystko zależy od tego czego potrzebujecie.

 

Standardowo szykując szkolenie robię to tak:

1. Wszystkie materiały, handouty, kopię prezentacji, skrypt itp. umieszczam na Google Drive i Google Docs. Link do skryptu i kopii prezentacji (niektórzy uczestnicy wolą sobie przeglądać w swoim tempie) podaje na początku szkolenia (lub jeszcze przed nim na Teamsach)

2. Dla każdego pokoju ćwiczeniowego definiuję brudnopis (plik tekstowy na Google Docs), w wypadku szkoleń gdzie przewiduję taką współpracę, również oddzielny Jamboard (jeśli nie przewiduję współpracy, tylko podaję link do Jamboarda ogólnie) i wrzucam linki do podgrup (jeśli pracuję na Teams).

3. Jeśli pracuję na Zoomie zamiast tego szykuję jeden plik w Google Docs gdzie wklejam w toku szkolenia kolejne linki do handoutów itp.

4. Kopię wszystkich filmów mam zawczasu na Vimeo.

5. Jeśli wykorzystuje Kahoot, definiuje wszystkie ankiety i testuje je na wszelki wypadek. (Ale to akurat rzadkość.)

 

Lekcje i wnioski

Co może pójść nie tak przy szkoleniach online? W zasadzie wszystko to co przy szkoleniach na żywo, plus szereg dodatkowych opcji. Na szczęście zwykle wydają się gorsze, niż są.


– Hałas wiertarki
u sąsiada może być potwornie problematyczny, ale warto się pocieszyć tym, że większość tych programów ma niezły tryb redukcji hałasów. Zwykle Tobie jako mówcy przeszkadza to bardziej niż słuchaczom.

 

– Problemy z połączeniem internetowym są niestety największym zagrożeniem. Opcja awaryjnego podłączenia się przez internet udostępniony z komórki jest pewną opcją, ale ma ona niestety też swoje ograniczenia. Do niedawna alternatywą było też skorzystanie z netu w jakiejś kawiarni, ale przy ograniczeniu ich funkcjonowania ta opcja przestała być alternatywą. Na szczęście przez ostatnie pół roku tylko raz zdarzyła się poważna awaria internetu i było to już po godzinach szkolenia.

 

– Dla uczestników takie szkolenia online są zwykle też nowością i co ważne, nie mają do nich jakichś kosmicznych oczekiwań. Jednym z najczęstszych feedbacków jakie słyszę jest uwaga, że kursanci podchodzili do takich szkoleń z dużym dystansem i są zaskoczeni jak mimo wszystko dobrze to wyszło i jak wiele da się mimo wszystko zrobić w tym formacie.

 

– Dużo lepiej się szkoli uczestników z kamerami, niż nieruchome ikonki. Dlatego też bardzo zachęcam kursantów do bycia na kamerach, ale nigdy tego nie narzucam. Nie zawsze ludzie mają działające kamery (tak, także programiści!). A co dużo ważniejsze, staram się w pierwszej kolejności dbać na szkoleniach o komfort uczestników. (A i sam poczułem ostatnio jako uczestnik jaką ulgą jest tymczasowe wyłączenie kamery.) Dlatego proszę i zachęcam, ale nie narzucam. Da się przejść i bez kamer. Jedno szkolenie zdalne, dwa dni po osiem godzin, prowadziłem do uczestników, z których NIKT nie włączył kamery. (No, przepraszam, niektórzy włączyli na podsumowanie gdy wspomniałem, że pierwszy raz miałem taką sytuację. Specjalnie po to bym nie mógł twierdzić, że miałem szkolenie gdzie nikt nie włączył kamery :P ) Da się i tak, choć jest to bardziej męczące, bo brak informacji zwrotnej męczy.

 

– Doceń opcję “podniesienia ręki”/”zgłoszenia się” obecną w większości takich programów. To przydatne i jako sprawdzenie “kto już zrobił ćwiczenie” i jako inne sygnały od uczestników.

 

– W szkoleniach online jest wyraźne opóźnienie w dyskusji, ludzie muszą włączyć mikrofon zanim się odezwą. Bierz na to korektę i zostawiaj więcej czasu na dyskusję, częściej weryfikuj czy są jakieś pytania, itp.

 

– Przy szkoleniach zdalnych modyfikuje nieco typowe nawyki szkoleniowe:
a) robię pełną rundkę rozpoczynającą pierwszego dnia, natomiast w kolejne dni tylko ogólne pytanie do grupy “czy macie pytania, uwagi, przemyślenia, itp.”? W pełnej rundce wyczytuje po kolei osoby i proszę o wypowiedź, w krótszej zadaje otwarte pytanie lub pytania do całej grupy.
b) pełną rundkę końcową robię pierwszego dnia pod hasłem “czy jest coś co chcecie usprawnić, zmienić, rozwinąć, zmodyfikować” i ostatniego pod hasłem “z czym kończysz”. W pozostałe dni krótkie pytanie do grupy “co chcielibyście usprawnić, zmodyfikować, dodać, itp.”. W jednym i w drugim przypadku jest to kwestia tego, że pełne rundki zdalne zajmują więcej czasu, jest ich też potencjalnie 2x więcej w formacie 2x4h niż w formacie 8h.
c) kontrakt proponuje w całości grupie, prosząc o dodanie ew. czegoś od siebie jeśli chcą, zamiast wyciągać go po kawałku od grupy – na tym etapie grupa jeszcze nie korzysta sprawnie z Zooma/Teamsa i zbyt by to przeciągało klasyczną dyskusję.

 

– Ludzie pierwszego dnia spóźniają się dużo bardziej niż w kolejnych – problemy z oprogramowaniem i reinstalacje, itp. Warto to wziąć pod uwagę.

 

– Jeśli ktoś ma problemy techniczne, staram się posłać resztę grupy na ćwiczenie i indywidualnie rozwiązywać problemy z tą osobą. Warto mieć kilka awaryjnych ćwiczeń w tym celu.

 

– Format 2x4h oznacza, że niekiedy szkolenie przerywa się w dziwnym momencie, np. gdy grupa zrobiła cześć ćwiczenia. Staram się ograniczać takie sytuacje i w razie potrzeby przestawiać niektóre elementy szkolenia, ale koniec końców trzeba to czasem zaakceptować.

 

– Nie wszystkie ćwiczenia da się przenieść na format online. Ale wbrew pozorom naprawdę dużo się da, choć może to wymagać dodatkowego pokombinowania. Zawsze postaraj się zdemontować ćwiczenie do jego sedna i zobaczyć co i jak ma przekazać. Ułatwia to modyfikacje.

 

 – Trzeba być przygotowanym na to, że uczestnicy w pewnym momencie stwierdzą “ej, nie słyszałem ostatnich 2 minut tego co mówisz, możesz powtórzyć?” Połączenia są dość stabilne, ale nie idealne. Jeśli coś mocno się blokuje, rozważ tymczasowe wyłączenie własnej kamery. Nie jest to optymalne, ale czasem to jedyne wyjście.

 

– Ćwiczenia w pokojach i w ogóle tego typu aktywizacja jest w szkoleniach online nawet ważniejsza niż w normalnych. Projektując zadbaj o dodatkowe stężenie ćwiczeń.

 

Na ten moment chyba tyle. Za pół roku pewnie będę miał drugie tyle uwag, może zrobię wtedy kolejną część tego wpisu. Tym bardziej, że…

 

Szykujmy się na dłużej…

Nie oczekiwałbym szybkiego powrotu do szkoleń na żywo. Tak, wiem, że niektórzy robią takie szkolenia mimo obecnej sytuacji pandemicznej. Nazwanie tego nieodpowiedzialnym i nierozsądnym to najdelikatniejsze, co mogę powiedzieć w temacie. Formalnie mamy 27 tysięcy zakażeń dziennie. Realistycznie, przy 40% pozytywów – bliżej 300-400 tysięcy dziennie. Robienie szkoleń na żywo jest po prostu absurdem.

Co więcej, nawet gdy już wrócimy do jako tako normy – raczej dopiero koło polowy 2021, miksem przechorowań i szczepień (niestety w Polsce raczej przechorowań) – to wiele firm wciąż będzie się trzymać formatu zdalnego, stwierdzając, że w sumie pozwala on oszczędzić na kosztach biurowych, a wydajność wciąż jest. Szkolenia zdalne raczej więc z nami zostaną, może nie jako jedyna opcja, ale jako jedna z głównych.

Dlatego jakkolwiek może to być niewygodny i męczący format, warto wypracować sobie szereg dobrych praktyk w jego zakresie. Zróbmy co możemy by jakoś to sobie poogarniać.

 


Moja nowa książka jest już dostępna, dołącz do zbiórki!

Jeśli chcesz dowiedzieć się jak działają mechanizmy statusowe i jak wykorzystać je w swoim życiu, ten tom jest dla Ciebie. Zbiórka na książkę trwa do 20 grudnia 2020!

Zapraszam do udziału!

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis