Większość środowiska rozwojowego zdaje się mieć dość schizofreniczne podejście do nauki akademickiej. Z jednej strony nauka jest bee, wredna, sztywna, nieskuteczna i dziwna. Zwłaszcza, gdy twierdzi coś, z czym dany rozwojowiec się akurat nie zgadza.

Ale z drugiej strony? Z drugiej strony nauka akademicka ma prestiż i daje prestiż osobom z nią powiązanym. Dlatego aktorów w reklamach przebiera się w kitle. Dlatego w tle reklamy puszcza się filmiki z kategorii “neuroporno”, czyli błyszczące animacje pokazujące, że coś się niby dzieje w mózgu przy stosowaniu danej interwencji. Lekarze i profesorowie akademiccy cały czas stoją wysoko w rankingach zaufania publicznego (nawet w Polsce, gdzie to zaufanie ogólnie jest niskie), co widać na poniższym przykładzie:

A skoro nauka daje prestiż, to mimo osobistej niechęci do tematu, wielu rozwojowców sięga po jej autorytet. Spotykałem się już np. z trenerami deklarującymi, że wykładali na jakichś uczelniach w oparciu o to,  że występowali na konferencji studenckiej zorganizowanej przez koło naukowe na danym uniwersytecie. Jednak dopiero blog Fake PhDs pokazał mi prawdziwą skalę problemu, zwłaszcza w środowisku rozwojowym.


Żeby wyjaśnić na czym ten problem polega, muszę nieco wyjaśnić odnośnie tego jak działają uczelnie. Aby uczelnia mogła legalnie nadawać tytuły naukowe, musi otrzymać tzw. akredytację państwową. Wymogi względem akredytacji różnią się w zależności od państwa i od poziomu, na którym dana uczelnia chce kształcić – najłatwiej mieć prawo przyznawania licencjatów, potem magisterium, itp. Zazwyczaj wymogi dotyczą zarówno programu (minimalnej ilości zajęć, niekiedy również treści tych zajęć), jak i kadry naukowej zatrudnianej przez uczelnię.

Ale, jakby to ująć, te minimum 3-4 lata ciężkiej pracy nad doktoratem to dużo. Dla wielu osób za dużo. Ale z drugiej strony, prestiż by się chciało. “Rozwiązaniem”, jeśli tylko masz pieniądze, są tzw. “diploma mills” (w luźnym tłumaczeniu, “młyny dyplomowe”), czyli nieakredytowane pseudouczelnie, zwykle mieszczące się po prostu w jakimś biurze i nadające “tytuły” korespondencyjnie, w oparciu o artykulik i “doświadczenie życiowe” (a jak dość zapłacisz, tylko o “doświadczenie życiowe”). Oczywiście, tytuły te są w rzeczywistości warte tyle, ile papierek kupiony na bazarze, czyli absolutnie nic, ale to nie przeszkadza wielu osobom – w tym wielu hipnotyzerom i rozwojowcom – chwalić się nimi i określać się mianem doktora w oparciu o taki papierek.

Jest to oczywiście najzwyklejsze oszukiwanie klienta i nieetyczne działanie, którego nie da się w żaden sposób wybronić. Dlatego pomyślałem, że warto wspomnieć w tym artykule o kilku dużych postaciach ze świata rozwojowego, które w ten sposób manipulują (oraz, dla równowagi, o kilku, które faktycznie sobie zapracowały na swój tytuł).

Poniższe informacje są podawane w oparciu o szereg źródeł, m.in. wspomniany blog fake Ph.Ds, ale też dużo własnego wyszukiwania. Jeśli uważasz,  że któreś z tych danych są nietrafne i możesz podać trafniejsze informacje, zrób to proszę, chętnie uzupełnię ten materiał.


Galeria Niesławy

“dr” Richard Bandler – Bandler przez lata zwalał to, że jest podpisywany jako doktor na niekompetentnych promotorów, ale co najmniej od 2001-go sam określa się mianem doktora. Mimo długiego wyszukiwania nie udało się jednak znaleźć żadnych potwierdzeń jego rzekomego doktoratu, miejsca, w którym został nadany, itp. Wszystko wskazuje więc, że Bandler wprowadza ludzi w błąd deklarując tytuł, którego nawet nie kupił, a po prostu wyssał z palca.

“dr” Everett Tad” James i “dr” Adriana James – tu idziemy o poziom wyżej. Tad James nie kupił sobie tytułu w nieakredytowanym uniwersytecie. Nie, on kupił jeden z podupadających nieakredytowanych uniwersytetów, American Pacific University (obecnie Koana University) i jako jego prezes nadał sam sobie honorowy doktorat z tej uczelni. Na tyle na udało mi się zweryfikować, zarówno żona Tada, Adriana, jak i jego syn, Matthew (obecnie prezes Koana) mają pseudotytuły z tej samej pseudouczelni.  No i oczywiście Tad oszukiwał innych (lub pomagał w oszukiwaniu, w zależności od tego czy kupujący jego “dyplomy” wiedzieli co tak naprawdę kupują) sprzedając pseudodyplomy przez American Pacific.

“dr” Paul Mckenna – McKenna twierdzi wprawdzie, że nie wiedział, że “doktorat” który uzyskuje w LaSalle University to kupiony pseudotytuł (i nawet udało mu się to udowodnić w sądzie Brytyjskim w sporze o pomówienie, choć warto pamiętać, że Brytyjskie prawo dotyczące pomówień jest dość dziwne). Zakładając, że mówi prawdę – wykazał się w takim razie zdecydowaną naiwnością. I to… dwa razy, ponieważ Paul zrobił też drugi pseudodoktorat, tym razem w nieakredytowanej uczelni w UK, IMCA.

Serio? Dwa nieakredytowane doktoraty? Czemu?

“dr” Jonathan Royle – hipnotyzer dość znany w Wielkiej Brytanii z robienia wokół siebie masy szumu i sprzedawania dużej ilości tanich produktów, Jonathan otwarcie przyznaje się do kupienia nieakredytowanego tytułu.


Na tej liście możnaby umieścić więcej nazwisk, ale niewiele z nich byłoby w Polsce na tyle znanych, zostańmy więc przy tych, co ważniejszych, by wskazać po prostu na skalę problemu.

A, btw. białe kłamstwa w stylu pisania, że było się na studiach doktoranckich w sposób sugerujący ukończenie tych studiów, również podlegają pod chamskie oszukiwanie klienta.


Ci pracowici:

Żeby nie było tak źle, jest też kilka znanych w środowisku osób, które podpisują się tytułem doktora i faktycznie na niego zapracowały. Należą do nich m.in.:

profesor John Grinder – dr lingwistyki z Uniwersytetu San Diego w Kaliforni, jak również profesor (mianowany – jeśli kogoś interesuje różnica,  w skrócie, w Polsce aby zostać profesorem trzeba najpierw zrobić habilitację, a potem jeszcze profesurę, by być “pełnym” profesorem, ew. uczelnia może nadać tytuł profesora mianowanego; tymczasem w USA doktorat jest szczytem rozwoju akademickiego, a uczelnia nadaje tytuł profesora niezależnie, może go nadać nawet magistrowi – moim zdaniem jest to zresztą lepszy system).

dr L. Michael Hall – dr psychologii poznawczej, Union Institute University w Ohio.


Ktoś może oczywiście powiedzieć “no i co z tego, że ktoś twierdzi, że ma doktorat, a tak naprawdę go kupił? Przecież ludzie udają cały czas, kobiety się malują, itp.”

Zapytajmy więc przez analogię – czy gdybyś miał mieć poważną operację, np. przeszczep wątroby, chciałbyś, żeby prowadził ją wykształcony chirurg? Czy gość, który kupił swoje papiery chirurga na bazarze?

Może to ze mną jest coś nie tak, ale nie uważam za fair sytuacji, w której ktoś oszukuje swoich klientów w celu stworzenia wrażenia większych kompetencji (czy w dowolnym innym zresztą). Tego się po prostu nie robi, to działanie etycznie nie do obrony, a nie wiem czy i nie podlegające prawnie pod wyłudzenie.

Na szczęście w Polsce jeszcze się ten problem raczej nie przewija, przynajmniej nie w postaci bezpośredniego kupowania pseudodyplomów, choć pytanie brzmi – jak długo?


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis