Incele, mity i propaganda manosfery oraz nieco o faktycznym ruchu na rzecz praw mężczyzn

 

Tematyką inceli zajmowałem się już parę lat temu, ale ponieważ ruch ten wciąż jest aktywny, urabia kolejnych ludzi, a zagrożenie z nim związane zaczyna być coraz szerzej dostrzegane, pomyślałem, że warto wrócić i przyjrzeć się bardziej szczegółowo części szerzonej przez niego propagandy, szerszemu prawicowemu ruchowi mizoginistycznemu, jak również realnym alternatywom, w postaci zdrowych ruchów walki o prawa mężczyzn.

 

Incel to skrót od “niedobrowolny celibat”, terminu pierwotnie oznaczającego po prostu osobę nie będącą w związku, choć chcącą w takim związku być. Przez lata został jednak zawłaszczony przez wyjątkowo toksyczne, niemal w stu procentach męskie (i głównie białe) środowisko, głównie internetowe, które buduje swoją tożsamość wokół swojej postrzeganej nieatrakcyjności i tego, co uznają za pokrzywdzenie wynikające z tej kwestii. Środowiska te przeniknięte są głęboką mizoginią, kobiety przedstawiane są jako “femoidy”, “dziury”, “kobiece istoty humanoidalne”, a incele jako ludzie przez swój wygląd (niezależnie od obiektywności takich ocen) skazani na najniższą rolę w społeczeństwie. Co istotne, środowiska te są głęboko toksyczne wewnętrznie – dają swoim członkom jakieś poczucie wspólnoty i ujścia z samotności, ale jednocześnie okrutnie i z sadystyczną radością niszczą jakiekolwiek resztki ich samooceny, zapewniają, że zawsze będą sami i rzucają się wściekle na każdy realny lub postrzegany objaw słabości swoich członków. Na wiele sposobów przypomina to zachowania typowej przemocy psychologicznej w relacjach – przekonywanie drugiej osoby, że jest tak zła i bezwartościowa, że powinna się cieszyć, że jest z osobą przemocową, bo nikt inny nie będzie jej chciał. W efekcie tożsamość incela jest niczym bagno, w które, gdy raz się wpadnie, bardzo trudno z niego samemu wyjść. Nic dziwnego, że sprzyja radykalizacji wielu mężczyzn czujących się wykluczonymi we współczesnym świecie. (Lub po prostu podatnymi na to, by zacząć myśleć o sobie jako o ofiarach, niezależnie od swojej obiektywnej pozycji w życiu – incele pochodzą często z dobrych domów, mają pewien majątek, spore wsparcie ze strony rodziny, itp.)

 

 

 

Kim jest incel: godna współczucia ofiara losu, groźny mizogin, potencjalny terrorysta?

Jeden z moich znajomych reaguje alergicznie ilekroć w dyskusji z nim pada termin “incel”. Od razu obrusza się i rzuca coś w stylu “Hahaha, bardzo śmieszne. Nie mogą zaruchać, boki zrywać.”  Z jego perspektywy incele są po prostu biednymi ofiarami, znoszącymi dodatkowy społeczny ostracyzm ze względu na swoją niezdolność do zrealizowania typowo “macho” standardów w postaci znalezienia sobie partnerki.

 

Z drugiej strony mamy działania coraz liczniejszych organizacji wywiadowczych i aparatów ścigania, które kwalifikują środowiska incelskie jako wylęgarnie terrorystów, radykalizujące młodych ludzi w sposób porównywalny np. z rekruterami ISIS. Mamy szereg akcji gdzie incele urządzali masowe nagonki w internecie na różne osoby, łącznie z hakowaniem ich kont, udostępnianiem prywatnych danych, itp. Mamy fora, gdzie wprost fantazjują o masowych gwałtach i “powstaniu inceli” w którym krwawo zemszczą się za to, co postrzegają jako swoje krzywdy. Niektórzy te fantazje przeradzają w rzeczywistość. Niektórzy na takich forach chwalą się rzekomymi gwałtami których dokonali, a przy obecnym skrajnie niskim poziomie efektywnego ścigania gwałtów (tylko kilka procent w ogóle skończy w sądzie, nie mówiąc o realnych wyrokach) trudno powiedzieć na ile to “tylko” przechwałki, a na ile świadectwa realnych zbrodni.

 

Jak pogodzić te dwie perspektywy? Czy incel to biedna ofiara? Czy groźny mizogin i potencjalny terrorysta?

 

 

Myślę, że najlepszym sposobem na zrozumienie tego kim faktycznie są incele jest odpowiedź na jedno proste pytanie: czy incel, któremu uda się stworzyć związek romantyczny i przestaje być w “niedobrowolnym celibacie” przestaje też być incelem?

Czy mizoginiczne lub wręcz mizantropiczne skłonności inceli znikają w takiej sytuacji? Czy też może raczej taka osoba w związku będzie wciąż miała taką samą pogardę dla kobiet, poczucie pokrzywdzenia i niechęć do ludzi, których postrzega jako odnoszących większy sukces niż on sam?

 

Oczywiste jest, że związek nie zmieni takiej osoby w magiczny sposób. Człowiek wchodzący w związek z mentalnością w której kobiety są podludźmi, a przemoc wobec nich jest usprawiedliwiona wciąż będzie miał taką mentalność w związku. Może uprawiać seks (niestety z dużym ryzykiem wymuszania go przemocą fizyczną i/lub psychiczną), ale jego mentalność się nie zmieniła. (Oczywiście zdarzą się pewnie wyjatki. Bliskie związki potrafią wyciągać ludzi z sekt, grup przestępczych czy innych problematycznych środowisk, mogą też z manosfery. Pytamy tu jednak o typowy scenariusz, nie o pozytywne wyjątki od reguły.) Bo i nie o seks czy nawet wykluczenie w tym środowisku chodzi.

 

Listy, vlogi i manifesty incelów dokonujących ataków terrorystycznych nie zawierały rozżalenia stricte w związku z brakiem seksu. Tam nie było treści typu “jestem taki samotny, tak bardzo potrzebuję by ktoś mnie dotknął”.  Nie! Te manifesty zawierały rozżalenie związane z brakiem tego, co było im “przynależne”!  Ich wściekłość i frustracja wiązały się z brakiem tej uwagi i troski, które ich zdaniem były im należna od kobiet. Uwagi i troski, które to dawały one “mniej wartościowym” (w ocenie danego terrorysty) mężczyznom. (Często z dodatkowym aspektem rasistowskim – “jak to, kobiety lecą na tego czarnoskórego, a nie na mnie, białego?”.) Innymi słowy, choć środowisko to określa się mianem osób w “niedobrowolnym celibacie”, prawdziwą bolączką tych, których stawia na piedestałach, terrorystów na których chce się wzorować, były roszczenia statusowe. Te osoby czuły, że inni powinni się podporządkować ich oczekiwaniom i temu jak sobie siebie samych wyobrażali, a gdy nie miało to miejsca, traktowali to jak potwarz, którą musieli zmyć krwią. (Co charakterystyczne, bardzo wielu z tych incelskich terrorystów nawet nie próbowało w realnym życiu podjęcia jakiegokolwiek ryzyka społecznego, które mogłoby w jakimś stopniu zaspokoić ich roszczenia. Oczekiwali uwagi (w tym seksualnej) ze strony kobiet, ale nawet nie próbowali do nich zagadać. Zamiast tego gotowali się w swoim zgorzknieniu, nakręcaniu przez swoje internetowe środowisko, aż w końcu wybuchli, stosując przemoc jako ostateczny sposób krótkoterminowego uzyskania upragnionego statusu. W końcu ktoś ich się bał, ktoś się z nimi liczył, w ich patologicznym rozumieniu – szanował ich.

 

Jak widać, patrzenie na inceli w kategoriach “biednych wykluczonych ofiar” jest zdecydowanym błędem. Jest wiele osób mających problemy z nieśmiałością czy z próbą budowania związku. Niewiele z nich wnika jednak do środowisk incelskich. Jeszcze mniej w takich środowiskach zostaje gdy trafi na obrzydliwe, przemocowe i mizoginistyczne aspekty tych grup. Nie da się usprawiedliwić tego trybu funkcjonowania zwykłym “to tylko ofiary”.

Co nie znaczy, że incele nie są RÓWNIEŻ ofiarami. Bardzo często są to faktycznie ludzie ciężko doświadczeni przez los, którzy swoja frustrację, brak pewności, trudne doświadczenia życiowe itp. kompensują w takim toksycznym środowisku. W optymalnych warunkach trafiliby na grupę wsparcia i stali się spoko ludźmi. W innych warunkach mogliby trafić do sekty, albo np. do rekruterów ISIS. Trafili akurat do takiego środowiska. Nie czyni to jednak ich mniej groźnymi. Można im współczuć. Można myśleć nad ich resocjalizacją. Nie należy ich traktować jako absolutnych potworów, czy osób z definicji niemoralnych czy złych. Warto wspierać organizacje, które młodych mężczyzn z tego bagna wyciągają, tak jak organizacje, które wyciągają ludzi z radykalizmu religijnego czy z sekt. Nie należy ich jednak nie doceniać, lub przez nadmiar empatii ignorować zagrożenie, jakie ze sobą niosą.

 

Warto też mieć świadomość, że incele są tylko częścią większej struktury tzw. manosfery, zestawu środowisk męskich dzielących się podobnymi szowinistycznymi i patriarchalnymi modelami świata. Jedną z najbardziej ekstremalnych i najmniej akceptowalnych, ale funkcjonujących jako swego rodzaju kuźnia pomysłów, które później mniej radykalne odłamy manosfery mogą stopniowo próbować wepchnąć jako akceptowalne do debaty publicznej, często za bezmyślnym przyzwoleniem dziennikarzy, którzy nieustannie szukają nowego clickbaitu i nowej kontrowersji, bez perspektywy na to, jak wpłynie to na całe społeczeństwo. Dla przykładu, chora i absurdalna idea “uspołeczenienia” kobiet, czyli niewoli seksualnej dla połowy populacji świata, powstałą pierwotnie właśnie w środowiskach incelskich, a została wepchnięta do mainstreamu przez kolejne, bardziej akceptowalne grupy z manosfery. Wciąż była na szczeście omawiana jako absurd i aberacja, ale sam fakt, że komuś przyszło do głowy poruszenie tej kwestii w debacie publicznej już uczynił tą chorą ideę bardziej akceptowalną.

 

 

Manosfera i jej liczne odcienie

Incele są tylko jednym z przejawów szerszego środowiska tzw. manosfery. To grupy luźno powiązane, ale o regularnym wzajemnym przepływie idei, poglądów i członków. Większość jest społecznie bardziej akceptowalna niż incele, ale funkcjonuje w bardzo podobnym zakresie działania. Do manosfery możemy zaliczyć między innymi:

 

Środowisko PUA/Kursów uwodzenia

PUA różni od incelów bardziej proaktywne podejście, poczucie, że owszem, są nieatrakcyjni, ale można to zmienić. Obydwa te środowiska łączy jednak silny nurt mizoginistyczny, tendencja do uprzedmiotowania i seksualizacji kobiet oraz problemów z koncepcją świadomej zgody i prawem kobiety do odmowy. Łączą je także liczne podobne metafory, choćby w formie odwołań do Matrixa i podobnych.

Dla jasności, nie uważam tego środowiska za całkowicie patologiczne. Inaczej nie utrzymywałbym kontaktów z tymi trenerami, choćby. Jak już kiedyś pisałem, największy problem z kursami uwodzenia jest taki, że wiele osób faktycznie potrzebuje poprawy swoich umiejętności społecznych i takie kursy mogą dla nich dawać realną wartość. Spotkałem się też z trenerami uwodzenia, którzy podchodzą do tematu sensownie, bardzo podkreślając kwestie consentu/świadomej zgody, itp. Jednocześnie jednak są to wyjątki od reguły, outlierzy głównego środowiska.

Pamiętam jednego trenera PUA, który zaczął ze mną gadać o feminizmie, zyskawszy nieco szerszą perspektywę w temacie dzięki niektórym moim tekstom. W chwilach szczerości przyznawał, że próbuje nieco podrzucać swoim klientom takich treści, nieco liberalizować ich podejście, ale w jego społeczności jest tak silny i toksyczny szowinizm, że bardzo trudno mu się do nich przebić i raczej zostawia swoje poglądy dla siebie.

Paru innych znanych mi trenerów PUA wprost przyznaje, że chętnie by się przebranżowiło, bo widzi ogromną toksyczność dużej części swojego środowiska, toksyczność z którą bardzo trudno im walczyć. Ale niestety, dutki robią swoje, a trzeba powiedzieć, że PUA to potencjalnie bardzo dochodowa branża. Skoro rozpacz i poczucie wyobcowania niektórych osób można skatalizować do zamachów terrorystycznych, to tym bardziej można na nim zarobić.

 

MGTOW – Mężczyźni Idący Swoją Własną Drogą

Trzecim charakterystycznym środowiskiem manosfery (w Polsce mam wrażenie mniej popularnym, niż pozostałe) jest ruch tzw. MGTOW. Środowisko to wychodzi z założenia, że kobiety, zwłaszcza współczesne feministki, ograniczają potencjał rozwoju mężczyzn, a rozwiązaniem tego problemu jest “pójście swoją drogą”, odcięcie się od kobiet. W wersji “lżejszej” w formie polega na odrzuceniu kobiet w życiu prywatnym, rezygnacji z seksu, związków czy małżeństwa. Wyższe “poziomy” MGTOW polegają na usunięciu kobiet ze swojego życia w każdej postaci, a najwyższym poziomem (aczkolwiek, mam wrażenie, raczej apokryficzną fantazją, niż realnym kierunkiem “rozwoju” tej grupy) jest “stanie się duchem”, całkowita izolacja od społeczeństwa gdzieś w leśnej głuszy, byle tylko w końcu odciąć się od tych paskudnych kobiet.

Co ciekawe, ideologicznie MGTOW wydają się w zasadzie powielać ideologię Inceli, mają tylko na nią inny “lek” -zamiast wymuszać “należny” sobie szacunek przemocą, wolą postawić się ponad całą sytuacją (tak jak ja postrzegają) i po prostu od niej odciąć, “idąc swoją własną drogą”. W praktyce jednak niespecjalnie się odcinają, raczej mielą te same idee, w rosnącym resentymencie do kobiet, ale chociaż bez fantazji na temat gwałtów czy krwawych jatek.

MGTOW wydaje się też mieć problem z odwróconym testem Bechdel. Tak jak pierwotny zakładał obecność przynajmniej dwóch kobiet mówiących o czymś innym niż facetach, tak MGTOW wydają się mieć wyjątkowe problemy z nie mówieniem o kobietach. Jak na środowisko rzekomo odcinające się całkowicie od kobiet i ich wpływu, pozostają one głównym, wręcz obsesyjnym tematem rozmów MGTOW. W jakimś sensie jest to psychologicznie zrozumiałe – w podobny sposób osoby definiujące się jako niepijący alkoholicy poświęcają dysproporcjonalną część swojej uwagi alkoholowi.

 

MRA – Ruchy Walki o Prawa Mężczyzn

W praktyce nazwa powinna być w cudzysłowie, ponieważ wbrew swojej deklarowanej nazwie, ruchy te skupiają się głównie na walce z ruchami walczącymi o prawa kobiet. Celnie zauważają, że typowi mężczyźni mają w obecnym świecie pewne obszary, w których mają gorzej. Częściej ryzykują samobójstwem, zwłaszcza udanym. Rzadziej otrzymają prawo do opieki nad dziećmi. Częściej wykonują prace powszechnie uznawane* za niebezpieczne. Nie dostrzegają jednak prawdziwego źródła tych problemów – patriarchatu, który stawia mężczyznom patologiczne wymogi emocjonalne, okalecza ich relacje społeczne, czy wypycha ich z roli opiekuńczej. Zamiast tego, choć to feminizm walczy z dokładnie tymi kwestiami, na które formalnie zwracają uwagę MRA, jego przedstawiciele skupiają się na walce z feminizmem, w trybie “Faceci już są tak bardzo pokrzywdzeni, a kobiety chcą jeszcze więcej praw? Niedoczekanie!”

Co istotne, istnieją zdrowe organizacje faktycznie dbające o prawa mężczyzn. Przyjrzymy im się pod koniec artykułu. Należy jednak podkreślić, że nie tylko nie mają one nic wspólnego z ruchami MRA, ale też ruchy MRA aktywnie starają się takie organizacje sabotować, demonstrując tym samym swoje prawdziwe intencje. To nie są MRA. To AFRA – Ruchy Walki Przeciwko Prawom Kobiet.

Jednocześnie jednak MRA są, z wszystkich powyższych, najbardziej publicznie akceptowalną twarzą manosfery. W końcu co może być złego w walce z depresją mężczyzn czy o prawa ojców? W realnie prowadzonej nic, ale jak już mówiliśmy, te ruchy nie skupiają się bynajmniej na tych kwestiach.

(*Podkreślam “uznawane”, gdyż bezpieczeństwo, zwłaszcza długoterminowe wielu prac kobiecych jest po prostu nieprzebadane i ignorowane. Pojedynczy wypadek w kopalni ściąga dużo więcej uwagi niż tysiące kobiet umierających w cierpieniu w wyniku zatrucia radem. Praca policjanta w Polsce jest przedstawiana jako niebezpieczna, choć w ciągu 27 lat zmarło w niej zaledwie 114 osób. Tymczasem społeczeństwo nie uważa za niebezpieczną pracy manikiurzystki, ale osoby wykonujące tą prace są narażone na wdychanie ogromnej ilości toksycznych substancji, dzień po dniu, co przekłada się na realne i poważne długoterminowe zagrożenie życia.)

 

 

Mity i chore fantazje u podstaw manosfery

Mogłoby się wydawać, że takie grupy jak Incele, PUA i MGOTW nie mają ze sobą praktycznie nic wspólnego. Pierwsi narzekają na brak uwagi ze strony kobiet, drudzy aktywnie starają się taką uwagę zdobyć, trzeci z kolei nie chcą mieć z kobietami nic wspólnego. Jak więc można je łączyć? Czy każda zorganizowana grupa mężczyzn w internecie jest już czymś złym i jest członkiem tej paskudnej “manosfery”?

Wystarczy jednak przyjrzeć się ideologii leżącej u podstaw poszczególnych ruchów, a dostrzeżemy w niej bardzo spójny obraz świata. Każdy z ruchów podkreśla inny aspekt tego obrazu, ale wszystkie są w nich zawarte.

 

1. “Czerwona pigułka”, czyli “tylko my znamy prawdę na temat świata”, a prawda ta brzmi jak poniżej:

2. Feminizm i polityczna poprawność walczą o zniszczenie pozycji mężczyzn.

3. Kobiety są naturalnie hiperseksualne, ale lecą tylko na najbardziej atrakcyjnych mężczyzn.

4. Najbardziej atrakcyjnych 20% mężczyzn sypia z 80% najbardziej atrakcyjnych kobiet.

5. Ostatecznie większość kobiet nie kończy życia z najbardziej atrakcyjnym mężczyzną, decydują się więc na związek z mniej atrakcyjnym “betą”, którego doją na pieniądze, odmawiają mu seksu i często zdradzają.

6. Tymczasem mężczyźni narażają życie i tyrają by utrzymać kobiety, a jak nie wytrzymają presji na sukces, to się zabijają.

7. Jeśli zdrady itp. wyjdą na jaw, feministyczny, prześladujący mężczyzn system sprawi, że zostaną puszczeni w slipkach, odebrana zostanie im opieka nad dziećmi, itp.

8. A wszystko podlane jednym podstawowym sosem: faceci są tu ofiarami, to oni cierpią, jak kobiety/mniejszości/ktokolwiek śmie mówić o swoim bólu, skoro faceci tak bardzo cierpią?

 

Patrząc na ten model, można łatwo rozpisać poszczególne “szczeble” manosfery na każdym z nich. Wszyscy uznają każdy element modelu, ale niektóre są dla nich ważniejsze niż inne. Incele skupiają się w tym modelu na punktach 3 i 4, wychodząc z założenia, że nie mają szans i mają przerąbane, albo muszą “wymusić” swoją pozycje przemocą. PUA “uczą się” jak być (lub udawać) tych 20%, na których ma lecieć 80% kobiet. MGTOW stwierdzają, że 5, 6 i 7 im się nie opłaca, więc zamiast tego odetną się od kobiet, a MRA “walczą” przeciwko 6 i 7. A wszyscy nienawidzą feminizmu, bo gdyby nie feminizm, to “kobiety znałyby swoje miejsce” i nie było tych problemów.

Oczywiście w praktyce feminizm nie wpływa nijak na nic z powyższej listy. (Może za wyjątkiem punktu 3, gdzie faktycznie pozwolił kobietom na pełniejsze przeżywanie swojej seksualności, ale w zdecydowanie zdrowszy sposób, niż wyobrażony w tym punkcie.) Mężczyźni, owszem, mają pewne problemy, ale są one wynikiem patriarchatu i jego wymogów. Są czymś, na czym korzystają (choć i tak nie w pełni) ludzie na szczycie patriarchalnego układu, kosztem wszystkich innych – kobiet, które są w takim układzie na samym dole hierarchii, ale również tych mężczyzn, którzy nie są na szczycie.

 

Widziana w ten sposób, manosfera przypomina nieco libertariańskie fantazje (nic więc dziwnego, że tak wielu kuców jest jednocześnie incelami) i libertariański opór przed podwyższeniem podatków dla najbogatszych “bo przecież jak ja też będę zarabiał miliard złotych dziennie, to wtedy te podatki mnie dotkną!” Tu mamy coś podobnego – rzeczy, o które walczy feminizm nijak nie dotykają większości mężczyzn, albo wręcz poprawiają ich sytuację. Ale ludzie identyfikujący się np. z Donaldem Trumpem używającym swojego celebryckiego statusu by bezkarnie molestować i gwałcić, wyborażają sobie, że jak sami dojdą do tego punktu, również mogą zostać w jakiś sposób ukarani. Lepiej więc zahamować te “wredne” zmiany już teraz. (Oczywiście, przy konfrontacji wprost przedstawiciele manosfery odrzucą ten model, tak jak kuce wprost nie przyznają się, że opierają się na fantazji “a co jak ja będę zarabiał miliard dziennie”.) Podobieństwo jest również widoczne w stylu dyskusji obydwu tych grup – opartym w dużej mierze na hipotetycznych skrajnych przypadkach, stawianych w kontraście do realnych danych na temat konkretnych zjawisk.

 

No dobrze, omówiliśmy jak manosfera myśli i co łączy jej poszczególne gałęzie. Pogadajmy o tym, dlaczego to wszystko nawiedzone bzdury :)

 

Mit “Czerwonej pigułki”

Fascynujące, jak prawica regularnie zawłaszcza dla siebie kulturę, której realny przekaz jest totalnie wbrew ich interpretacji.

Fascynują się “Fight Club”, choć ich ideał z filmu, Tyler Durden jest
a) halucynacją
b) żulem żyjącym w ruinie, wykonującym najprostsze prace i pozbawionym jakichkolwiek realnych związków emocjonalnych
c) od początku do końca pokazany jako ten zły i przegrywający na końcu filmu.

No, ale wygląda jak Brad Pitt (przynajmniej w ramach fantazji), więc hej, czemu nie być Bradem Pittem? Zresztą, taka fantazja przemocowymi antybohaterami, totalnie wbrew przekazowi autorów jest dość typowa. Alan Moore przedstawił Rorschacha jako zaburzonego, żrącego kocie żarcie żula i gryzł brodę z frustracji, że faceci i tak wnieśli tego kolesia na sztandary. Film End of Evangelion był wielkim “brzydzę się wami, zróbcie coś ze swoim życiem” reżysera do fanów… A Ci go uwielbiali za to.

Prawica fascynuje się też Matrixem, filmem stworzonym przez dwie trans kobiety, filmem, który w żaden sposób nie promuje jakiejkolwiek prawicowej ideologii… Ale który dostarczył im wygodnej metafory: “my wzięliśmy czerwoną pigułkę, my znamy prawdę”.

Oczywiście jest to przekaz, który daje swoim wiernym każda sekta. “My znamy prawdę” jest bardzo wygodnym podbiciem statusu i odizolowaniem od otoczenia. Jeśli mówią Ci, że kłamiemy, to dlatego, że próbują Cię wciągnąć z powrotem w iluzję.

Bzdura, ale cóż, nie przeszkadza to takim osobom. Co więcej, gdy “nasza sekretna prawda” nie wystarcza, zawsze można stworzyć kolejną – stąd np. część inceli wyznających “czarną pigułkę”, bardziej nihilistyczną wersję tego modelu.

 

Co z tą seksualnością kobiet?

Po dwustu latach wmawiania kobietom, że nie mają w ogóle popędu seksualnego, a mężczyźni mają ogromny popęd, manosfera w końcu zaczęła się budzić do tego, że ej, jednak kobiety także mają popęd seksualny. Ale jak to manosfera, jak się za coś wzięła, to od razu spaprała.

Rzeczywistość jest dość prosta: kobiety i mężczyźni mają popęd seksualny. O różnym natężeniu libido, ale jest to cechą indywidualną, a nie płciową. Seks może (i powinien) być czymś przyjemnym i budującym dla wszystkich zaangażowanych w to osób. Seks jest czymś, na co powinny się zgodzić wszystkie zaangażowane osoby, jeśli w jakimkolwiek momencie pojawi się brak zgody, należy natychmiast przerwać. Seks może, ale nie musi prowadzić do ciąży i to czy powinien do niej prowadzić jest decyzją kobiety, gdyż nikt nie ma prawa zmusić drugiej osoby do użyczenia swojego ciała ani jego części. Ot, proste, dość oczywiste fakty.

Manosfera jednak mocno siedzi w patriarchalnym modelu. Z jednej strony seksualna dostępność wynikająca z wyzwolenia kobiet jest dla niej atrakcyjna, ale z drugiej kobiety w tym modelu mają zdecydowanie zbyt duży wybór – mogą bowiem zdecydować się odmówić danemu mężczyźnie. (Coś, co w patriarchalnym modelu “rozwiązywano” tym, że decyzja nie należała do kobiety, ale do jej partnera, ojca lub innych męskich krewnych.) Co więcej, tak jak mężczyźni zwykle mają jakieś preferencje i konwencje atrakcyjności partnerek, tak kobiety również takie preferencje mogą teraz mieć. A to może oznaczać, że dla niektórych kobiet “zabraknie”. (Tej kwestii przyjrzymy się jeszcze w micie 80/20.) Ogólnie więc ta seksualność kobiet i ich rozwiązłość jest czymś złym. (No chyba, że wobec partnera – model madonny/ladacznicy pozostaje wciąż aktualny.) Niechciana ciąża jest w tym układzie karą za rozwiązłość, a prawa reprodukcyjne kobiet czymś, co należy ograniczyć. (W tym zakresie większość manosfery łączy się z prawicową ideologią po prostu.)

Nawet w tych obszarach manosfery, które wydają się być bliżej akceptacji seksualności kobiet (PUA), wciąż powraca ta patriarchalna dychotomia. W tym środowisku brzmi ona jednak nieco inaczej “kobiety wprawdzie lubią seks, ale są socjalizowane, że powinny go nie lubić, więc jak nie odwzajemniają zainteresowania faceta, to tylko społeczna gra i on musi tą grę podstępem obejść”. W praktyce sprowadza się to do innej formy ignorowania zgody/consentu i mentalności “to mężczyzna decyduje o seksualności kobiet”.

 

Mit 80/20

Koncepcja hiperseksualności kobiet prowadzi do kolejnej fantazji manosfery, tym razem trawestacji reguły Pareto, mającej głosić, że “20% najbardziej atrakcyjnych mężczyzn sypia z 80% najbardziej atrakcyjnych kobiet”. W tym modelu umiarkowanie atrakcyjnym mężczyznom zostają mało atrakcyjne kobiety, a incelom, biednym, biednym incelom, nie zostaje nikt.

Oczywiście prawdziwy świat jest dużo bardziej złożony, niż takie proste fantazje. Zacznijmy od tego, że nie ma jakichś szczególnych różnic płciowych między osobami pozostającymi aktywnymi seksualnie. (Patrz np. tutaj, czy tutaj.) Tymczasem gdyby model 80/20 był prawdziwy, oczekiwalibyśmy ogromnej dysproporcji między aktywnymi seksualnie kobietami i mężczyznami, rzędu 90% aktywnych seksualnie kobiet do 30% aktywnych seksualnie mężczyzn w danej kohorcie wiekowej.  Nic takiego nie wychodzi nam w badaniach – ani nigdy nie wychodziło. Również dane o liczbie partnerów/partnerek, częstotliwości doświadczeń seksualnych, itp… Nic z tego nie potwierdza tej koncepcji.

 

Owszem – jest pewna grupa szczególnie promiskwitycznych mężczyzn, którzy po prostu uprawiają bardzo dużo seksu. Jest też grupa szczególnie promiskwitycznych kobiet, które mają podobnie (i często te stosunki są zresztą między osobami z komplementarnej grupy promiskwitycznej). Nie udało mi się znaleźć danych odnośnie ekstremalnego promiskwityzmu u osób heteroseksualnych, pamiętam z innych badań, że u homoseksualnych mężczyzn procent osób promiskwitycznych wahał się około 1-2% populacji i myślę, że do czasu uzyskania lepszych wyników można przyjąć podobne proporcje dla mężczyzn i kobiet hetereoseksualnych. Nie można jednak powiedzieć, żeby tych kilka procent promiskwitycznych mężczyzn “zawłaszczało” wszystkie kobiety, zgodnie z incelskimi fantazjami, tak, że dla inceli nic nie zostaje.

 

Ba, nawet gdyby zignorować dane z ludzkich zachowań i opierać się na zwierzęcych modelach hierarchicznych, w których dominujące samce mają do dyspozycji “harem” samic (ignorując, że do ludzkiej seksualności dużo lepiej pasuje model bonobo), to i tak koncepcja manosfery się nie spina. Dlaczego? Bo nawet u ściśle hierarchicznych zwierząt, u których w teorii jest jasna hierarchia dominacji, sprawdzenie ojcostwa młodych pokazuje, że duży procent dzieci rzekomo “samców alfa” to tak naprawdę dzieci osobników niżej w hierarchii. “Alfa” musi kiedyś spać. Nawet w takim ściśle zwierzęcym układzie model 80/20 okazuje się być fikcją. Taki model działa bowiem tylko w jednym, wyjątkowym dla ludzi scenariuszu – skrajnym patriarchalnym państwie, gdzie władca ma dostępny nie tylko duży harem, ale też wyspecjalizowanych, często wykastrowanych strażników zajmujących się tylko i wyłącznie pilnowaniem dostępu do jego partnerek. Taki model nie występuje nigdzie w przyrodzie – stworzyli go wyłącznie ludzie i wyłącznie w kilku wyjątkowych sytuacjach w historii.

 

Jednocześnie warto zwrócić uwagę na głębokie podwójne standardy wpisane w ten model. W jego ramach jest czymś jak najbardziej w porządku, że nieatrakcyjny (lub postrzegający się jako nieatrakcyjnego) mężczyzna pragnie bardzo atrakcyjnej kobiety i czuje się sfrustrowany i wściekły, że ta nie jest dla niego dostępna seksualnie. Jednocześnie fakt, że kobiety pragną atrakcyjnych mężczyzn jest już uznawany za problem i patologię, coś co trzeba systemowo zrównoważyć. To powiedziawszy, nawet taki podział jest po prostu bardzo chybiony. Preferencje seksualne są bowiem dużo bardziej zróżnicowanym światem, niż nam się typowo wydaje, a konwencjonalna atrakcyjność nie tylko jest czymś, co regularnie ulegało historycznie i kulturowo zmianie (co widzimy np. po różnych stosunkach do otyłości i preferowanej sylwetki), ale też jest, cóż, czymś konwencjonalnym, co wcale nie musi dotyczyć tej osoby, która komuś się akurat szczególnie podoba. Może być tak, że ktoś bardzo leci na osoby dużo starsze niż głosi konwencja. Albo niższe/wyższe. Albo o większej wadze. Albo z konkretnymi cechami w rodzaju piegów, które dla kogoś innego mogą być zupełnie zniechęcające. Nie ma tu jednego standardu. Dlatego szanse na to, że znajdziemy kogoś, dla kogo akurat nasz typ ciała, wzrost, uroda, są akurat strzałem w dziesiątkę są bardzo wysokie. Manosfera nie dostrzega tego, gdyż zamyka się w konkretnym, patriarchalnym modelu atrakcyjności, który nie zostawia przestrzeni na niuanse. (Bo gdyby ją zostawił, to natychmiast rozsypałby się pod własnym ciężarem.)

 

Mit 80/20 ten często jest też wspierany statystykami z portali typu Tinder, wskazującymi na to, że kobiety są bardziej wybiórcze niż mężczyźni oraz chętniej wybierają bardziej atrakcyjnych partnerów. Jest z tymi statystykami jednak kilka problemów. Przede wszystkim ignoruje fakt, że “dopasowanie” na Tinderze nic jeszcze nie znaczy. Po prostu, z miażdżącej większości dopasowań na takich portalach nic jeszcze nie wynika. Dane są tu zresztą bardzo ciekawe, dla przykładu w jednym z badań mężczyźni “dopasowali się” do 111 osób, kobiety do 124, ale tylko połowa obydwu grup w ogóle wybrała się na choć jedno spotkanie osobiste, z czego mężczyźni typowo spotkali się z 1.9 partnerek, a kobiety z 2.2 partnerów. 80% osób badanych ani razu nie uprawiało seksu z osobami poznanymi na Tinderze, 13% raz uprawiało seks dzięki Tinderowi, 3% dwa razy, a 4% częściej niż dwa razy. Biorąc pod uwagę te dane, jakiekolwiek informacje na temat Tinderowych preferencji wydają się być, delikatnie rzecz biorąc, niereprezentatywne.

Z tej perspektywy ciekawy jest dla nas przykład innego portalu randkowego. Ich dane pokazały, że o ile na dopasowania faktycznie wpływały standardowe kryteria atrakcyjności, o tyle zupełnie nie decydowały one o długotrwałych związkach. To, czy dane osoby faktycznie zostaną parą było natomiast przewidywane najlepiej przez jeden bardzo konkretny czynnik – to jak wiele wysiłku dane osoby wkładały w przygotowanie swojego profilu (m.in. jego długość i nietypowość) oraz ile wysiłku wkładały w pierwsze kontakty (czyli czy np. pisały “siema, idziemy się bzykać?” czy też realnie próbowały zbudować kontakt z drugą osobą).

 

Warto też wskazać, że większa wybiórczość kobiet na takich portalach może być powiązana po prostu z kwestią większego ryzyka dla nich. To kobiety są zwykle ofiarami gwałtów i przemocy, to mężczyźni są zwykle sprawcami. Każde takie spotkanie z nieznajomym jest więc dużo większym ryzykiem dla kobiety, niż dla mężczyzny spotkanie z nieznajomą. To skłania do większej selektywności z samej natury rzeczy.

 

Jaki jest wniosek z tych wszystkich danych? Cóż, pokazuje to po prostu, że narracja manosfery odnośnie relacji seksualnych jest bezwartościowa. Ludzie łączą się w pary na wiele różnych sposobów. Incele nie mają problemów ze znalezieniem partnerek z powodów “czarnopigułkowych”. Często po prostu nawet nie próbują. Gdy próbują, często nie wiedzą jak, nie podejmują odpowiedniej ilości prób, a nader wszystko, cóż, trudno jest zbudować sensowną relację z kimś, kogo uważa się za podczłowieka. PUA uczą się trików, zamiast nauczyć się po prostu otwartości na drugą osobę i zainteresowania nią jako człowiekiem, a nie jako seks-zabawką. Obydwa te modele nie mają długoterminowego sensu.

Czy kobiety faktycznie mają lepszą pozycję w sądach rodzinnych?

To, delikatnie mówiąc, złożony temat i zdobycie jasnych danych jest szalenie trudne. Mogę podać te dane które mamy i możemy z nich spróbować jakiś obraz całej sytuacji.

 

a) Niewątpliwie w patriarchalnej kulturze jest model “mężczyźni do pracy, kobiety do dzieci” i osoby wyznające ten model będą skłaniały się do przypisywania roli opiekuńczej raczej kobietom. Należy przy tym podkreślić, że feminizm właśnie z tym podziałem płciowym walczy. Mężczyźni, którym zależy na większych prawach do dzieci również powinni z tym modelem walczyć, bo to ten model stawia ich w roli nie nadających się do opieki nad dziećmi.

 

b) Zapadające wyroki faktycznie częściej przypisują kobietom opiekę nad dziećmi. (Choć to również się zmienia – w 2015 w Polsce matka w 60% spraw dostawała wyłączną opiekę, w 2017 już tylko w 40%.) Co jednak istotne, mężczyźni dużo rzadziej wnoszą o częściową lub pełną opiekę. Co więcej, mamy dane z USA pokazujące, że zaledwie 4% wszystkich decyzji o opiece jest rozstrzygana w sądzie, w większości przypadków rodzice dochodzą między sobą do porozumienia bez potrzeby sądowego rozstrzygnięcia. Trudno w takim przypadku mówić o systemie dyskryminującym mężczyzn. Oczywiście, można tu podejrzewać samospełniającą się przepowiednie – mężczyzn bojących się, że nie otrzymają praw do opieki w wyniku nieuczciwego systemu i rezygnujących bez walki. Taka postawa będzie jednak zaburzała również finalne wyniki tego systemu.

 

c) Istotną kwestią w temacie jest też przemoc, zarówno fizyczna, jak i seksualna. Miażdżąca większość sprawców przemocy to mężczyźni, także gdy ofiarami są inni mężczyźni (np. dzieci). Nic wiec dziwnego, że gdy kobiety uciekają z dziećmi z takiej relacji, częściej dostają wyłączne prawo opieki nad dziećmi. Co więcej, sądy i służby często mają opory przed uwierzeniem ofiarom przemocy. Wiemy też, że zarówno w ruchach jak i władzach ruchów MRA pojawia się wiele osób o historii przemocy, co czyni ich sytuacje dość problematyczną. Wiele osób o historii przemocy ma też pragnienie całkowitej kontroli, zarówno nad życiem swoich dzieci, jak i swoich partnerek (także byłych) i postrzega jakiekolwiek ograniczenie tej kontroli – np. przez wyrok sądu – jako skrajny afront i pozbawienie ich przypisanym im praw.

 

Podsumowując – gdy ojcowie w ostatnich latach zaczęli częściej starać się o prawa opieki, to zaczęli je też częściej dostawać. Jeśli w obecnym systemie jest jakieś uprzedzenie wobec mężczyzn, to jest ono wynikiem mentalności patriarchalnej, którą należy po prostu usunąć. To powiedziawszy, mężczyźni i kobiety faktycznie nie startują w sądach rodzinnych z tej samej pozycji – gdy kobiety i dzieci dużo częściej są ofiarami przemocy domowej ze strony mężczyzn, co z natury musi wpływać na wyniki rozpraw.

 

Czy to znaczy, że mężczyźni nie mogą walczyć o swoje prawa?

Przedstawiciele manosfery często reagują na artykuły takie jak ten zarzutem typu “czyli mężczyźni będą dyskryminowani, bo nie mogą walczyć o swoje prawa, a kobiety mogą.” Odłóżmy na chwilę na bok kwestię tego, że według wszystkich mierzalnych wskaźników kobiety wciąż są masowo dyskryminowane i pozbawione władzy, a mężczyźni są tymi, którzy tą władzę trzymają. Faktem jest też bowiem to, że patriarchat krzywdzi nie tylko kobiety. Krzywdzi też bardzo szeroką grupę mężczyzn, zapewniając dostęp do władzy nielicznej grupce ultrabogatych i ultrawpływowych. Ten system nie jest dla mężczyzn zdrowy, wychowywanie w modelu patriarchalnym facetom jak najbardziej szkodzi, prowadząc do częstszych samobójstw, uzależnień, zachowań ryzykownych i przemocowych.

 

Sęk w tym, że nawet gdybyśmy jakimś okrutnym cudem zrobili “pstryk” i magicznie cofnęli świat do głębokiego patriarchatu sprzed stu lat… Nic by to w tych kwestiach nie zmieniło. Te standardy wobec mężczyzn byłyby równie patologiczne. Ich emocje byłyby równie wyparte. Ich umiejętność szukania i uzyskiwania wsparcia społecznego byłaby równie skarlała. Jedyne co by się zmieniło, to że mieliby nieco większą możliwość wyżywania się na kobietach za swoją złą sytuację. Sama sytuacja byłaby jednak równie zła.  Żaden z tych realnych i ważnych problemów nie jest bowiem rozwiązywany przez powrót do patriarchatu.

 

Co więcej, są organizacje realnie walczące o mężczyzn, które już dziś to widzą. Te organizacje nie walczą z feminizmem, często wręcz są sojusznicze do feminizmu i powstawały na fali tych samych obserwacji o tym, jak patriarchat krzywdzi wszystkich* ludzi. Takie organizacje zajmują się więc realnemu przeciwdziałaniu szkodom, jakich doznają mężczyźni. Oferują wsparcie psychologiczne i warsztaty psychoedukacji dla facetów, którzy nie potrafią wyrażać swoich emocji, albo wręcz nie są ich świadomi. Zapewniają interwencję kryzysową i psychoterapię w zakresie depresji, zarządzania gniewem, samotności i podobnych konsekwencji patriarchalnych wymagań wobec mężczyzn. Uczą socjalizacji i budowania relacji z innymi.

(*No, może poza niewielką garstką na szczycie, choć i tu zastanawiałbym się, czy mimo władzy jaką dysponują, nie są to też osoby pokrzywdzone. Przy całej władzy, luksusom, itp. z jakich korzystał Donald Trump, czy ktokolwiek na serio uważa, że ten głęboko zakompleksiony i nieustannie walczący o potwierdzenie swojego znaczenia człowiek był szczęśliwy? Że ktokolwiek z jego rodziny go nawet nie kochał, ale choćby lubił? No właśnie. )

 

Patrząc z perspektywy oficjalnych deklaracji środowiska manosfery, takie organizacje powinny być uznawane jako coś wspaniałego. Namiary na takie grupy i organizacje powinny być masowo promowane na forach manosfery, osoby w środowisku powinny być zachęcane do korzystania z takich usług, wspierania organizacji wolontariatem i finansowo. Tymczasem… Nic takiego się nie dzieje. Co więcej, zdarzają się przypadki gdzie organizacje z manosfery podszywają się pod takie pozytywne organizacje walczące o mężczyzn, tylko po to by de facto ukraść część datków. Zupełnie, jakby sensem organizacji z manosfery nie była poprawa sytuacji mężczyzn, tylko zadbanie o utrzymanie złej sytuacji kobiet. Hmm, nie może być!

 

Dlatego też organizacje te nie powinny w ogóle zabierać głosu w kontekście praw i sytuacji mężczyzn. Ich realną motywacją nie jest bowiem troska o mężczyzn, tylko niechęć wobec kobiet. Dla tych ludzi – myślę, że całkiem licznych – którym sytuacja mężczyzn faktycznie leży na sercu, których realnie boli np. nieproporcjonalnie wiele udanych prób samobójczych u facetów – rozwiązaniem jest wspieranie (lub tworzenie) tych dobrych organizacji. Tych realnie skupionych na sytuacji mężczyzn, oferujących im konkretną pomoc i wsparcie. Na to jak najbardziej jest miejsce i potrzeba. Tym bardziej warto nie wypychać tego miejsca organizacjami anty-kobiecymi.

P.S. Ponieważ widzę, że wybiło anonimowych facetów w komciach (albo jednego anonima w kilku odsłonach), prosta reguła, chcesz dyskutować, to pod jawnym, realnym profilem. Chcesz anonimowości? Nie dyskutujesz na moim blogu :)



Moja nowa książka, "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań" jest już dostępna w formie e-booka! Tylko na Mindstore.pl 

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Poprzedni wpis