Filozofia rozwoju osobistego

Kiedy wchodziłem w tematykę rozwoju osobistego, niemal dwadzieścia lat temu, był to obszar może nieco niszowy, ale ogólnie postrzegany całkiem pozytywnie. Dziś z jednej strony jest dużo szerzej znany, a z drugiej strony dość powszechnie pogardzany. “Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty”, kpiny z youtuberów promujących postawę na “bycie zwycięzcą” i odkrywających w sobie powołanie do coachingu, traktowanie całej tej działki jako po prostu ściemy i pułapki na naiwnych. Jak do tego doszło? Czy chodzi tu o kwestie wpisane w sama istotę rozwoju osobistego? Czy ta branża ma jakąś szansę wyjść z marazmu i odzyskać dobry wizerunek? Czy może nie tylko skazana jest na porażkę, ale ma szanse pociągnąć za sobą kilka pokrewnych, jak psychologię i psychoterapię?

 

Nie jest tajemnicą, że z rozwojem osobistym jest wiele problemów. Pisali o tym np. Steve Salerno czy Barbara Ehrenreich. Ba, sam napisałem książkę o patologiach związanych rozwojem, jak również poruszałem przez lata problemy z rozwojem, m.in. w cyklach Anty-Guru i Fake-Guru. Pytanie brzmi natomiast – czy te problemy są wpisane w samą strukturę rozwoju i niemożliwe do wykrojenia przy zachowaniu sensu całej reszty? (Co oznaczałoby, że aby “oczyścić” z nich rozwój osobisty, trzeba by de facto stworzyć go od zera?) Czy może raczej te elementy są przejawem dróg na skróty, chciwości, lenistwa, bezmyślnego powielania schematów, ale przy odrobinie troski i wysiłku da się je usunąć?

Oczywiście, nawet jeśli ten drugi, bardziej optymistyczny scenariusz jest prawdziwy, sam fakt, że rozwój da się uratować przed nim samym nie oznacza, że uda się to zrobić. Sam pełnię od lat rolę Kasandry w środowisku rozwojowym, przewidując – niestety trafnie – konsekwencje utrzymania dotychczasowego podejścia do tematu. Nie wystarczy bowiem, żeby problem dało się rozwiązać. Trzeba go najpierw zauważyć i chcieć coś z nim zrobić. A to nie jest zbyt łatwe, ze względu na pierwszy kluczowy problem z rozwojem.

 

 

Brak samoświadomości i autorefleksji

To głęboko ironiczne, że dziedzina w założeniu oparta na zwiększaniu samoświadomości i autorefleksji wykazuje się głębokim brakiem tych cech wobec siebie samej. Choć wiele nurtów rozwojowych lubi wręcz przedstawiać swoje treści jako “prawdziwą wiedzę”, a podejście szerokiej publiczności jako podejście “owiec”, “ludzi z mózgami wypranymi telewizją”, itp. bardzo niewiele kieruje takie sceptyczne narzędzia wobec siebie samych i swoich twierdzeń. Te przyjmowane są masowo na wiarę, a ewentualne wątpliwości rozbrajane z góry jako przejaw mniejszej świadomości, osobistej słabości, itp. Przejawy krytyki są zwykle uciszane lub odrzucane w całości, bez jakiejkolwiek weryfikacji “czy coś w tym może być”. Jeśli w prasie pojawia się kolejny krytyczny artykuł na temat coachingu, to musi być to powodowane tym, że ludzie “nie są gotowi na zmianę” (prawdziwy cytat :( ), albo “nie rozumieją w pełni czym jest coaching” (również prawdziwy cytat :( ). W ogóle nie bierze się pod uwagę, że środowisko rozwojowe mogło zrobić coś źle, że może toleruje nieodpowiednie zachowania, że może nie robi czegoś, co robić powinno.

W tym rozumieniu rozwój osobisty bliski jest często religii – i w efekcie często postrzegany z zewnątrz jako sekta.

 

Tak jak wspomniałem, jest to o tyle ironiczne, że większość dziedzin rozwoju osobistego dostarcza jakieś-  lepsze lub gorsze, ale jednak – narzędzia do autorefleksji i budowania samoświadomości. To, czego brakuje, to praktyka odniesienia ich do samego rozwoju i zachowań z rozwojem osobistym powiązanych. A szkoda, bo gdyby je tak zastosować, można by odkopać całkiem ciekawe kwestie. Na przykład założenia filozoficzne rozwoju osobistego.

 

Filozofia rozwoju osobistego

Ten punkt mógł sprawić, że wiele osób podrapało się z zaskoczeniem po głowie. Jak to, filozofia? Założenia filozoficzne? W rozwoju osobistym? Może w jakichś nurtach powiązanych z ezoteryką i religiami wschodu znajdzie się jakaś karma (a nawet pasza), ale w takim typowym rozwoju osobistym?

No cóż, tak. Mamy takich założeń całą masę. Co gorsza, większość z nich jest, przy dokładnej analizie, nie tylko demonstrowalnie fałszywa, ale wręcz okrutna. I to właśnie ta filozofia rozwoju osobistego jest tym, co napędza ogromną część niechęci wobec całej działki. Większość z nich wywodzi się wprost z historycznych korzeni rozwoju osobistego, choć niektóre zostały dodane z przyczyn biznesowych.

 

Założenie sprawczości

Podstawowym założeniem rozwoju osobistego jest indywidualna sprawczość. Rozwój osobisty nie patrzy na świat z perspektywy systemów i tego jak kształtują one możliwości jednostki. Jeśli takie systemy się pojawiają w narracjach rozwojowych, to jako tło dla jednostek, które same ZDECYDOWAŁY się wyjść poza nie i dzięki temu odniosły sukces. Pytania, jakie zadają materiały rozwojowe to “jak Ty jednostkowo możesz osiągnąć sukces”, a nie “jak możemy zmienić świat, by sukces był udziałem jak największej grupy osób”. System istnieje jako tło, jako zbiór barier do pokonania dla jednostki, a nie jako coś, co definiuje jej możliwości i zakres działania. Liczy się jednostkowa sprawczość – to Ty odpowiadasz w pełni za swoje sukcesy, ale też za swoje porażki. Próba odrzucenia tej odpowiedzialności jest, w etyce rozwoju osobistego, grzechem i słabością moralną, prowadzącą do zasłużonej porażki.

Tymczasem w rzeczywistości warunki zewnętrzne są kluczowym czynnikiem decydującym o sukcesie. Jasne, są pojedyncze przypadki ultraubogich osiągających wielki sukces czy ultrabogatych staczających się, ale opieranie się na takich przypadkach to jak twierdzenie, że skoro znamy kogoś, kto palił całe życie i nic mu nie było, to papierosy nie są rakotwórcze. W rzeczywistości to w jakiej rodzinie się urodzisz ma kluczowe znaczenie dla Twojej przyszłej kariery (patrz np. tutaj).  Jeśli chcemy to zmienić, to zamiast wymagać kolosalnego wysiłku od osób mających pecha urodzić się w gorszych warunkach potrzebujemy zmienić cały system tak, by był trochę bardziej sprawiedliwy dla wszystkich. Nie robiąc tego i przekonując ludzi, że wszystko zależy od nich samych – wbrew tak ich doświadczeniu, jak i niezliczonym badaniom – rozwój będzie jedynie budował coraz większą niechęć i resentyment.

 

Optyka sukcesu

Narzekałem kiedyś, że w książkach z zakresu rozwoju osobistego czy biznesu (de facto bliźniacza odnoga rozwoju osobistego) praktycznie nie ma publikacji analizujących porażki. Wszędzie książki na temat sukcesu, a praktycznie nic nie pojawia się na temat porażek. Tymczasem z porażek można nauczyć się co najmniej równie dużo, jak z sukcesów. Dlaczego więc nie mamy materiałów im poświęconych?

Odpowiedź jest prosta – rozwój osobisty jest ślepy na porażki. Nie jest to obszar rzeczywistości, który w ogóle dostrzega. A co dopiero miałby go analizować.

To jednak prowadzi do ogromnego zaślepienia. Przede wszystkim na wszystkie sytuacje, w których narzędzia rozwojowe nie zadziałały. Generuje to ogromną ilość fałszywych pozytywów, przeświadczenia o skuteczności rozwiązań, które nie tylko nie są skuteczne, ale mogą być wręcz szkodliwe. To mentalność w której oceniamy opłacalność gry w lotto patrząc wyłącznie na nielicznych zwycięzców, ignorując nieskończone rzesze przegranych. To z kolei prowadzi do dwóch problematycznych efektów. Z jednej strony – do powstawania całej masy nieefektywnych narzędzi rozwojowych, których rzekomą skuteczność można sprowadzić co najwyżej do placebo (a i to nie zawsze – pamiętajmy, mogą wręcz szkodzić!). Z drugiej – do ignorowania sytuacji osób, które sukcesu nie osiągnęły. Skoro bowiem skupiamy się wyłącznie na sukcesie i jego konsekwencjach, to sytuację osób odnoszących porażkę możemy łatwo zignorować.

W efekcie optyka sukcesu prowadzi też do silnie klasistowskiego podejścia. Patrzymy na świat z perspektywy tych, którym się udało i np. ich możliwości budżetowych, czy ich decyzji. Stąd absurdalne rady typu “nie jedz tostów z awokado, to nie będziesz biedny”, które mają jakiś tam sens z perspektywy wyższej klasy średniej, ale nie z perspektywy osób ubogich, które po prostu nie mają ani dość pieniędzy, ani możliwości zarobienia więcej.

 

Założenie absolutnej odpowiedzialności

Ponieważ rozwój opiera się na założeniu sprawczości i na optyce sukcesu, porażka staje się indywidualną odpowiedzialnością każdej osoby. Jeśli nie osiągnąłeś/nie osiągnęłaś sukcesu, to TWOJA wina. Trzeba było pracować ciężej (albo mądrzej, jak się okazuje, że pracujesz ciężej niż rozmówca, a nie masz takich sukcesów), wstawać wcześniej, podejmować lepsze decyzje, ryzykować więcej (ale uwaga, liczy się tylko udane ryzyko, jeśli ryzyko Cię pogrążyło, cóż, to Twój błąd, trzeba było aż tak nie ryzykować!), itp., itd.

Kwestie takie jak to, że niektórzy mieli po prostu lepszy start, albo odpowiednią poduszkę bezpieczeństwa, np. w rodzinie, dzięki czemu mogli sobie pozwolić na ryzyko… Nawet zwykły pech, który zwłaszcza w krajach o słabszej sieci wsparcia może zrujnować człowieka niezależnie od jakichkolwiek jego wysiłków. To wszystko nie ma znaczenia. Ty odpowiadasz za swoje sukcesy i swoje porażki. Tylko Ty. Nie bez powodu w rozwoju regularnie powracają nurty myślenia magicznego typu “Sekret” czy “Prawo przyciągania”. To nie są żadne wypaczenia – to po prostu logiczne rozszerzenie podstawowych założeń filozoficznych rozwoju osobistego. Jeśli wszystko zależy od Ciebie, to Twoje zdrowie czy losowe wydarzenia w Twoim życiu również!

Niekiedy w rozwoju znajdujemy “mniej intensywne” warianty tego samego założenia. W ich przypadku są pewne “akceptowalne” braki odpowiedzialności, w rodzaju niektórych niepełnosprawności. Ich lista jest jednak krótka, zazdrośnie pilnowana, a wszystkich chętnych nieustannie poddaje się obserwacji – czy aby przypadkiem nie udają. W końcu mogliby! Osoby w rodzaju Nika Vujcica – ewangelizatora i mówcy motywacyjnego urodzonego bez kończyn – są tu chętnie podawane za przykład (pamiętajmy o optyce sukcesu!), że nawet osoby niepełnosprawne mogłyby, gdyby tylko chciały i tylko się starały. Miażdżąca większość problemów psychologicznych jest tu oczywiście uznawana za brak chęci i brak starania się.

Założenie absolutnej odpowiedzialności jest w swojej naturze niebywale okrutne. W praktyce prowadzi ono do wtórnej wiktymizacji osób, które już są ofiarami (losu, systemu w którym się urodziły, genetyki), a teraz jeszcze dodatkowo są obwiniane o swoją sytuację, bo w końcu “gdyby się starały, mogłyby z niej wyjść”! Oczywiście, zupełny brak odpowiedzialności również może być bardzo problematyczne, niezbędna jest pewna równowaga. Tej równowagi w rozwoju nijak nie da się znaleźć.

 

Założenie usprawiedliwionego sukcesu

Drugą stroną założenia sprawczości jest w rozwoju założenie, że jeśli ktoś odniósł sukces, to na niego zasłużył. Ewentualne problemy, nadużycia (także etyczne – choć jak zobaczymy poniżej, nieuczciwość czy wykorzystywanie innym NIE SĄ istotnymi kryteriami w etyce rozwoju), itp. zostają pominięte, tak jak wysiłek innych osób pracujących na sukces danej jednostki. Liczy się jej sukces. W filozofię rozwoju bardzo silnie wpisana jest bowiem hipoteza sprawiedliwego świata – jak jesteś dobry, będzie to nagrodzone, jak jesteś zły, będzie to ukarane… więc skoro masz sukces, to musi to oznaczać, że jesteś dobry!

Z tego założenia, połączeniu z założeniem sprawczości i założeniem odpowiedzialności wynika szereg wtórnych, silnie liberalno-merytokratycznych założeń wpisanych w rozwój osobisty.

“Jeśli ktoś odniósł sukces, to znaczy, że sobie zasłużył i nie ma żadnego obowiązku się tym dzielić.”

“Podatki, itp. są karaniem ludzi za pracę/inteligencję/wysiłek/wcześniejsze wstawanie.”

“Wsparcie społeczne zniechęca ludzi do ciężkiej pracy, bo gdyby czuli potrzebę, np. głód (sukcesu, bo nie chcemy myśleć aż tak bardzo o głodzie fizycznym), to byliby zmotywowani by zrobić to co trzeba by osiągnąć sukces.”

Te i podobne założenia ignorują oczywiście fakt, że sukces odnosimy w pewnym środowisku i środowisko to aktywnie się do naszego sukcesu przyczynia (np. zapewniając infrastrukturę, odpowiednio wykształconych pracowników, klientów czujących się dość bezpiecznie, by robić z nami interesy, itp.). Te rzeczy nie mają znaczenia, gdyż kasuje je założenie sprawczości. W ramach filozofii rozwoju liczy się własny wysiłek i nic innego. Pod spodem można by wykazać ukryte założenie równego pola gry, teza, że wszyscy gramy według tych samych zasad i jedynym co nas różnicuje są nasze kompetencje oraz motywacja. Jest to oczywiście absurd – start gdy Twoi rodzice mają kopalnie diamentów (jak Elon Musk) czy wielką firmę budowlaną (jak Donald Trump) jest zupełnie inny, niż gdy są bezrobotnymi w małym miasteczku na podkarpaciu. Różnica jest choćby w kwestii ryzyka – w pierwszym przypadku możesz ryzykować w zasadzie do woli, więc jeśli pierwszy pomysł Ci nie wyjdzie, wyjdzie drugi, albo dwudziesty. W tym drugim, jeśli pierwszy pomysł nie wyjdzie, nie masz szans na kolejne. To skłania albo do zmniejszania skali ryzyka (a więc i możliwych zysków), albo do zaniechania go w ogóle, albo do zaryzykowania… i zniknięcia po porażce. Ale w rozwoju tego nie widzimy, ze względu na optykę sukcesu.

 

Założenie potocznie rozumianego sukcesu jako uniwersalnej wartości

Rozwój ma swoją etykę, a jej najwyższą wartością jest sukces, rozumiany w potoczny sposób – “fura, skóra i komóra”, popularność, luksus, majątek, “okładkowe” ciało i równie okładkowy związek z konwencjonalnie atrakcyjną osobą. Jasne, w materiałach rozwojowych znajdziemy masę gołosłownych deklaracji o tym, że wartością są relacje, przyjaźń, ludzie, itp. Jednocześnie jeśli spojrzymy na idoli promowanych w rozwoju osobistym, jak spojrzymy jak różni wannabe guru się promują… To tam nie ma materiałów o tym, jak są zajebiści wobec swoich pracowników i urobionych niewolników pracujących za darmo ochotników. Czasem pojawia się jakiś mały aspekt dobroczynności jako sygnalizowanie cnoty, ale koniec końców to co przedstawiają jako powód by im zaufać to ich “styl życia”. To jak się noszą, jakie mają gadżety, czym jeżdżą, itp. Nawet jeśli pod spodem są gładkie słówka o rodzinie, itp. to towarzyszą im wystudiowane fotki z sesji zdjęciowych z drogimi fotografami, w luksusowych ciuchach. Jeśli pojawiają się niby spontaniczne selfie, to można się założyć, że były one dłuuugo szykowane, aranżowane i wybierane spośród szeregu opcji – tak by optymalnie udawały spontaniczność, ale w tle przekazywały odpowiedni sygnał.

Sama taka etyka niekoniecznie musiałaby być czymś złym – jasne, nie jest moim typem, sam jestem utylitarystą i uważam, że moralne jest maksymalizowanie dobrostanu, ale taka bliska hedonizmowi etyka rozwoju osobistego nie jest koniecznie czymś złym. Nie zgadzam się z nią, ale rozumiem, że ludzie mogą ją uznawać.

Sęk w tym, że rozwój nie tylko stosuje taką etykę. Rozwój ją też rozszerza na wszystkich ludzi, postulując, że koniec końców wszyscy taką etykę mają, co najwyżej mogą się nie chcieć do niej przyznawać. Stąd standardowa reakcja obronna fanów dowolnego rozwojowego guru: “jesteś tylko zazdrosny/zazdrosna, chcesz być na jego/jej miejscu i dlatego tak mówisz”.

Problemem z zakładaniem takiej hedonistycznej etyki na wszystkich jest fakt, że drastycznie niszczy ona zaufanie społeczne. Jeśli zakładam, że innym zależy tylko na tak rozumianym sukcesie, to muszę ich automatycznie postrzegać jako funkcjonalnych psychopatów, gotowych dla dowolnego świństwa by iść do przodu. Jednocześnie usprawiedliwia to wszystkie moje świństwa, no bo w końcu liczy się sukces, a nie jakieś dyrdymały i hasełka. Kwestie takie jak odpowiedzialność za innych, troska, empatia, tracą jakiekolwiek znaczenie.

W świetle tego nie zaskakuje, że rozwój osobisty tak chętnie przyjął np. koronadenializm i negowanie pandemii. Sednem jakiegokolwiek społecznego podejścia do pandemii jest ochrona jak największej ilości osób, w tym najbardziej wrażliwych. Ale filozofia rozwoju u swojego sedna skupia się na indywidualnym sukcesie, więc jakiekolwiek działania na rzecz innych z natury robią się problematyczne.

W tym świetle również nie powinna zaskakiwać stagnacja rozwoju wiedzy w ramach rozwoju osobistego. Wiedza, prawda, fakty – te rzeczy również nie mieszczą się w etyce rozwoju osobistego. Liczy się to, co się sprzedaje, to co pozwala uzyskać sukces. (Nie jest zaskoczeniem, że kursy typu jak sprzedawać więcej są wiecznie zielonym rynkiem w rozwoju – zwłaszcza gdy kierowane są do samych rozwojowców!) W efekcie brak chęci weryfikacji narzędzi czy poszukiwania tego, co będzie lepiej działało. Dużo ważniejsze jest to, co się lepiej sprzeda, co będzie atrakcyjne dla klienta.

Co równie istotne, jeśli sukces jest etyczny, to jego brak jest nieetyczny. Ludzie, którzy nie odnieśli sukcesu są więc z definicji ludźmi złymi, zasługującymi na to co najgorsze. Rozwój osobisty jest więc dla takich osób próbą odkupienia swoich win, quasi-religijną obietnicą, że jeśli tylko będą się dość starali, jeśli będą tylko wcześnie wstawali… Dadzą radę i osiągną sukces!

A jeśli nie? Cóż, to znaczy, że są złymi ludźmi. Może chcą kupić kurs, który pomoże im stać się lepszymi?

 

Czy rozwój osobisty da się uratować?

Gdy zaczynałem pisać ten artykuł, miałem już jakieś wstępne notki o tym, że tak, rozwój da się uratować, że można by usprawnić jego filozofię i trzeba to zrobić tak i tak…

Im więcej pisałem, tym bardziej zacząłem w to wątpić. Tym bardziej zacząłem rozumieć, że ten system jest wypaczony u samych swoich podstaw. Nie powinno to w sumie dziwić – typowo rozumiany rozwój osobisty w dużej mierze wywodzi się z quasi-religijnych kazań, z całą masą problematycznych naleciałości filozoficznych. Tym niemniej było to dla mnie pewnym, dość smutnym, ale jednak odkryciem.

Rozwoju osobistego nie da się uratować. Można ewentualnie przedłużać agonię, jasne. Koniec jednak końców, cały system jest wypaczony.

Tu trzeba zacząć coś od zera, bez tych naleciałości. W oparciu o zdrowsze założenia. Czy to nazwiemy praktyczną psychologią, czy inaczej – cóż, ma to pewnie też znaczenie, bo będzie się wiązało z zapożyczeniem innych naleciałości filozoficznych. Te jednak może będą zdrowsze i łatwiejsze do ukierunkowania w produktywny sposób.

Rozwój osobisty powinien zaś iść pod topór.

 


Książka "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań". Unikatowy tom, wprowadzający Cię w te aspekty ludzkiej komunikacji, które z jakiegoś dziwnego powodu są w psychologii społecznej pewnym tabu. Cóż - ich zrozumienie jest tym bardziej cenne. 

Dostępna w druku i jako e-book, tylko na MindStore.pl

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis