Hipoteza sprawiedliwego świata, czyli dlaczego obwiniamy ofiary?

Grupa osób bierze udział w eksperymencie, w którym obserwują kobietę boleśnie rażoną prądem. Na początku reagują współczuciem, ale im dłużej oglądają tą sytuację, tym bardziej ich podejście się zmienia. Zaczynają uznawać, że ofiara zasłużyła sobie na taką sytuację i postrzegać ją negatywnie. Im większe cierpienie ofiary, tym silniejsze odrzucenie i negatywne oceny (obejmujące nawet wygląd ofiary, która oceniana jest jako brzydsza, niż przez grupy obserwujące ją poza scenariuszem elektrowstrząsów). Co najciekawsze jednak – jeśli osoby badane usłyszały wcześniej, że ofiara dostała wynagrodzenie finansowe za swoje cierpienie, odrzucenie i negatywne oceny nie zachodzą.

 

 

Co się tutaj wydarzyło?

Psycholog Melvin Lerner, odpowiedzialny za to badanie, zainspirował się ludzką skłonnością do obwiniania ofiar za cierpienie jakiego doznają. Jako psycholog kliniczny, był świadkiem jak personel medyczny – ludzie, których uznawał za ciepłych i empatycznych – regularnie obwiniał pacjentów za cierpienie jakiego doznawali. Jako wykładowca dziwił się tym, jak jego studenci poniżają i wykpiwają biednych, ignorując systemowe czynniki wpływające na ich sytuację. (Coś, czego bardzo winny jest rozwój osobisty.)  Dotychczasowe modele poznawcze nie pozwalały w pełni wyjaśnić zaobserwowanych zjawisk. Lerner postanowił więc sprawdzić co może leżeć u podstaw takich zachowań.

 

Stąd pomysł na szereg eksperymentów, takich jak opisany we wstępie. Pozwoliły one zidentyfikować coś, co Lerner określił mianem hipotezy sprawiedliwego świata. To błąd poznawczy polegający na założeniu, że świat jest koniec końców sprawiedliwy. A skoro jest sprawiedliwy, to wszystko co się w nim dzieje jest w jakiś sposób sprawiedliwe i zasłużone. Jeśli więc dobrze Ci się wiedzie – to znaczy, że sobie na to zasłużyłeś/aś. Jeśli stało Ci się coś złego – podobnie.

Dlatego też gdy osoby badane widziały cierpiącą kobietę (w rzeczywistości aktorkę odgrywającą ból), zaczynały uznawać, że musiała sobie na to cierpienie zasłużyć – a skoro tak, to musiała być złą osobą. Taki efekt nie zachodził natomiast gdy usłyszały, że kobieta dostała wynagrodzenie za udział w eksperymencie. Chodziło o wykluczenie opcji, że kobieta cierpi „za nic” – mogła cierpieć w zamian za pieniądze, albo „za karę” i obydwie opcje były do zaakceptowania. Natomiast opcja cierpienia „za nic” była zbyt problematyczna.

Hipoteza sprawiedliwego świata działa przy tym w obydwie strony. Sprawia, że uznajemy osoby nagradzane za lepsze, bardziej moralne i pracowite. Jeśli obserwujemy dwie osoby dostające nierówne nagrody, hipoteza sprawiedliwego świata sprawia, że automatycznie zaczynamy oceniać osobę dostającą większą nagrodę jako lepszą (bo przecież skoro dostała więcej, to „musiała” na nią zasłużyć – patrz np. to badanie).

 

Skąd bierze się hipoteza sprawiedliwego świata

Hipoteza sprawiedliwego świata jest prawdopodobnie mieszanką czynników kulturowych oraz skłonności poznawczych wbudowanych w nas „na twardo”. Jest czymś, co daje nam poczucie bezpieczeństwa i kontrolowania świata. Skoro złe rzeczy spotykają złych ludzi (lub przynajmniej ludzi, którzy w jakiś sposób sobie na to zasłużyli), to wystarczy zachowywać się odpowiednio, być dobrą osobą i nic złego nas nie spotka. Niestety, w praktyce takie podejście czyni z nas gorszych ludzi… (O konsekwencjach jeszcze zaraz porozmawiamy.)

 

O ile jednak element dbania o bezpieczeństwo jest istotnym motywatorem przy podtrzymaniu hipotezy sprawiedliwego świata, to trzeba powiedzieć, że ma ona silne korelaty kulturowe. Pewne elementy światopoglądu znacząco sprzyjają takiemu podejściu. Są to między innymi:

  • skłonności do autorytaryzmu prawicowego – silne oceny moralne związane z takim modelem dobrze łączą się z hipotezą sprawiedliwego świata i jednocześnie stanowią usprawiedliwienie dla zastanych nierówności (np. „Jeśli kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni, to dlatego, że gorzej pracują.”)
  • protestancka etyka pracy – model ten, oparty mocno na wierze w predestynację i na to, że zostaniemy wynagrodzeni za ciężką pracę (lub przynajmniej pokarani za jej brak) mocno wpisuje się w hipotezę sprawiedliwego świata
  • pewne aspekty religijności – większość religii wskazuje na osąd moralny i sprawiedliwą nagrodę, więc przeniesienie tego oczekiwania na tzw. życie doczesne nie jest dużym skokiem poznawczym

Co istotne, wiara w hipotezę sprawiedliwego świata jest silniejsza u osób uprzywilejowanych, niż u osób takiego przywileju pozbawionych. Tym pierwszym pozwala ona łatwiej racjonalizować swoją sytuację i czuć się z nią bardziej komfortowo. Te drugie łatwiej znajdują kontrprzykłady dla tego modelu.

 

Dlaczego hipoteza sprawiedliwego świata czyni nas gorszymi ludźmi?

Mówiąc krótko: zakładanie, że świat jest sprawiedliwy pozbawia nas empatii. Skoro świat jest sprawiedliwy, to ofiary – przemocy, gwałtów, nierówności, prześladowań, czy po prostu chorób i nieszczęśliwych wypadków – same są sobie winne. Musiały zrobić coś, mieć coś w sobie, nie zadbać o coś – i dlatego spotkało je to, co je spotkało.

W efekcie osoby uznające hipotezę sprawiedliwego świata mają większą tendencję do obwiniania ofiar i przenoszenia na nie odpowiedzialności za zło, którego doświadczyły. Dotyczy to zarówno sytuacji wywołanych przez inne osoby (przemoc fizyczna i seksualna, kradzież, itp.), jak i systemowych (bieda i nierówności) oraz czynników zewnętrznych (choroba, wypadek, itp.) Osoby z takim podejściem częściej uznają, że to ofiary przemocowych partnerów są sobie same winne, albo że chorzy w jakiś sposób sami sprowadzili na siebie chorobę. Służy także usprawiedliwianiu szeroko rozumianych nierówności jako czegoś naturalnego i oczekiwanego, najczęściej w ramach logiki kołowej: „grupa X zasługuje na gorsze traktowanie, gdyż jest gorsza, a dowodem na to, że jest gorsza jest fakt, że jest gorzej traktowana”. Hipoteza sprawiedliwego świata okazuje się więc być silnym czynnikiem przeciwdziałającym usprawnianiu świata w jakim realnie funkcjonujemy.

Przy czym, jak wskazałem, hipoteza sprawiedliwego świata może mieć pewne zalety – zwłaszcza, jeśli to my jesteśmy po stronie uprzywilejowanej. Jeśli to nam się w życiu powiodło, łatwiej nam usprawiedliwić ewentualne nierówności i czuć, że zasłużyliśmy na swój sukces. (Niezależnie od tego, na ile – obiektywnie rzecz biorąc – był on zasługą przypadku, a na ile naszej pracy.) Z tego względu niektórzy badacze sugerują rozdzielenie takich przekonań na dwa zestawy – „hipoteza sprawiedliwego świata dla mnie” vs „hipoteza sprawiedliwego świata dla innych”. Ta pierwsza może dawać nieco większe poczucie kontroli i mieć pewne pozytywne aspekty, natomiast ta druga, w świetle dostępnych badań, jest w zasadzie jednoznacznie zła.

 

Bo, koniec końców, świat nie jest sprawiedliwy. Nasze działania mają pewien wpływ na finalny wynik. Bezdyskusyjnie. Życie to prawdopodobieństwo.

Tyle, że z tego jeszcze niewiele wynika. Bo koniec końców czasem bardzo mało prawdopodobne wydarzenia także mają miejsce. Niekiedy pozytywne, niekiedy negatywne. I możesz podejmować najlepsze decyzje a i tak skończyć w podłej sytuacji. Albo podejmować złą decyzję za złą decyzją, ale po prostu mieć w życiu ogromne szczęście. Rozkład statystyczny nie bierze jeńców.

Co gorsza, nie wszyscy gramy według tych samych stawek i szans. Niektórzy na starcie mają 99% szans na porażkę, inni 99% na sukces. Pojedyncze osoby przełamią trend, ale miażdżąca większość za nim podąży. I ani tu, ani tam nie będzie specjalnie własnej zasługi, będzie zwykła statystyka.

Dlatego jeśli jest jedna rzecz, którą możesz zrobić, by stać się dziś lepszą osobą, niech będzie nią to: porzuć założenie, że świat jest sprawiedliwy.

Bo nie jest. Ale może stać się nieco bardziej sprawiedliwy, jeśli wspólnie o to zadbamy.

 


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis