Dlaczego sugerowanie, że niektóre zaburzenia są „modne” jest podłe?

Jest taka maniera, z którą spotykam się coraz częściej. Niestety także wśród psychoterapeutów czy innych ludzi pracujących w sektorze zdrowia psychicznego, w tym niektórych osób, które skądinąd cenię. Chodzi tu o insynuowanie, że jakieś zaburzenie, np. depresja czy nerwica, jest czymś „modnym”. Że w pewnych środowiskach „wypada” mieć problemy ze sobą. Ostatnio spotkałem się z taką tezą odnośnie autyzmu, w kontekście (jakże by inaczej) białych konserwatywnych mężczyzn piszących o Grecie Thunberg. Stawiających tezę, że to dlatego zdobyła takie uznanie, bo stojące za nią bliżej nieokreślone grupy wpływów miały uznać, że autyzm jest modny i nikt nie będzie autystycznej nastolatki atakował. (Ironiczność tak wyrażonej opinii, będącej samej w sobie dewaluacją działań Grety i atakiem na nią, jakoś autorom umknęła.)


Powiedzmy sobie szczerze – takie poglądy są po prostu obrzydliwe. Trywializują ludzkie cierpienie. Do tego dokładają do tego cierpienia, zarzucając ofiarom złe intencje czy chęć wybicia się.

Dlaczego takie podejście jest złe?

W kontekście autyzmu, osoby nieneurotypowe mają w naszym neurotypowym społeczeństwie naprawdę dużo problemów z funkcjonowaniem. Wychowali się i żyją w świecie zupełnie niedopasowanym do ich potrzeb. Jest im wystarczająco trudno, wystarczająco wiele wysiłku włożyli w dopasowanie się do tego świata, by teraz zarzucać im, że tak naprawdę to czerpią jakąś uwagę czy profity z tego jacy się urodzili.


W kontekście zaś depresji czy podobnych kwestii… Argh! Nawet nie wiem od czego zacząć. Depresja jest śmiertelną chorobą. Co trzydziesty chory skutecznie popełni samobójstwo! Jest problemem, który drastycznie utrudnia funkcjonowanie, a nie „modą” czy „sposobem na zdobywanie uwagi”. Jest problemem drastycznie niedodiagnozowanym w Polsce, więc dawanie chorym jakichkolwiek „wymówek” by uniknąć diagnozy, dawanie ich bliskim jakichkolwiek pretekstów by móc zignorować sygnały alarmowe… To działanie na krawędzi zbrodni.


Nawet jeśli hasła o modzie dotyczyłyby problemów o mniej drastycznych konsekwencjach, np. fobii czy nerwicy – to wciąż problemy drastycznie i negatywnie wpływające na życie cierpiących na nie. Ich trywializowanie jest jak policzek dla tych wszystkich osób. Zwłaszcza gdy robią to osoby, które z racji swojej pracy powinny przede wszystkim służyć pomocą i wsparcie.


To nie znaczy, że nie znajdą się osoby błędnie doszukujące się w sobie problemów, których nie mają. Hej, spotkało to każdego kto dotarł co najmniej do drugiego roku psychologii. Wtedy przerabia się psychopatologie i bardzo łatwo znaleźć w sobie (błędnie) objawy kilkunastu albo i kilkudziesięciu różnych zaburzeń. Dlatego diagnozy dokonują fachowcy. Ale taka wrażliwość na siebie i przyglądanie się czy nie mamy czegoś do zmiany nie jest czymś złym. Zdecydowanie nie powinna być piętnowana! Przeciwnie, należy takiej osobie pogratulować, że jest dość samoświadoma by przyjrzeć się sobie, a jednocześnie – jeśli problemu faktycznie nie ma – uspokoić, że tutaj nie ma tematu do pracy, ewentualnie zaproponować jakieś drobniejsze interwencje, które może realizować sama by zadbać o siebie.


Zdecydowanie natomiast nie należy przyłączać się do trywializowania problemów psychologicznych i przedstawiania ich jako mody. Bo to po prostu nieetyczne wobec tak wielu cierpiących i niezdiagnozowanych ludzi. Zwłaszcza w kraju takim jak nasz.


Skąd biorą się takie poglądy?


W dużej mierze są też prawdopodobnie reakcją na przełamanie wieloletniego tabu problemów psychologicznych.

Skoro powoli – bardzo, bardzo powoli – zaczynamy mówić o swoich problemach, diagnozować je, otwarcie prosić o pomoc – zaczyna to wywoływać silną reakcję pt. „kiedyś tego nie było, więc to nie może być prawda!”

Wielu ludziom łatwiej jest uwierzyć, że inni szukają teraz uwagi, niż że takie osoby przez lata czy dziesięciolecia cierpiały obok nich w milczeniu. A przecież oni nic nie zauważyli! Jak to o nich świadczy? Co to mówi o ich wrażliwości i inteligencji? Przecież jakby faktycznie było tak źle to na pewno by zauważyli! Byłoby widać! Nie mogli być tak egoistyczni!

Łatwiejszym założeniem jest przyjęcie, że to z tymi osobami jest coś nie tak, a nie z nami. To pozwala nam zachować lepszą opinię o sobie.


Drugą motywacją może tu być strach. Jeśli te zaburzenia faktycznie są tak powszechne, to mogą dotknąć i mnie. Lepiej uznać, że tak naprawdę może i ktoś tam choruje, ale większość tylko pozuje. Mi depresja nie grozi, co to, to nie! Ponownie, jest tak dużo łatwiej dla wielu osób.


Będą osoby nie mające złej woli czy racjonalizacji, tylko po prostu ekstremalny brak wiedzy na temat zaburzeń psychologicznych. Temu możemy przeciwdziałać odpowiednią edukacją w tym zakresie, uwrażliwianiem ludzi na takie kwestie.


Będą też w końcu, niestety, przypadki osób po prostu negujących zaburzenia tego typu w ogóle. „Depresanci powinni się wziąć w garść.” „Autystykami należy po prostu potrząsnąć i pokazać jak mają żyć.” Itp. Itd. Ten pogląd jest nawet nie naiwny, ale w swojej naturze po prostu lękowy – to głębsze i bardziej ekstremalne odrzucenie obawy przed własnymi problemami psychologicznymi, przez założenie, że są one czymś na co ludzie się decydują. (A więc, co z tego wynika, my możemy ich uniknąć tylko przez odpowiednią decyzję.) W rzeczywistości u takiej postawy często będą już tkwiły realne problemy, z którymi taka osoba zwykle próbuje radzić sobie przez mało udolną autoterapię chemiczną (alkohol i inne używki). Przynajmniej do czasu gdy to nie wybuchnie.


Niezależnie jednak od motywacji, trzeba powiedzieć jedno – takie podejście jest podłe. Nikt nie decyduje się cierpieć bo to „modne”. Ludzie po prostu cierpią. Jeśli nie możemy, nie potrafimy czy nie chcemy im pomóc, przynajmniej nie dokładajmy im tego cierpienia.



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis