Anty-Guru: Ayn Rand

Cykl Anty-Guru wydawał się już być skończony, ale gdy pisałem o Castanedzie, pomyślałem, że warto dodać jeszcze jedną osobę (czy już ostatnią? czas pokaże). O tyle specyficzną, że sam jej prace swego czasu polecałem. Prywatnie kobieta ta nie wyrządziła aż tak wielkich szkód, natomiast negatywny wpływ jej idei był na tyle szeroki, że po prostu trzeba się nią zająć.

Panie i Panowie: Ayn Rand!

Ayn Rand, źródło Wikipedia

Ayn Rand zasłynęła jako twórczyni filozofii obiektywizmu (jego krytykę znajdziesz tutaj). Choć na pierwszy rzut oka Rand i jej prace mogą się wydawać dość odległe od tematyki rozwoju osobistego. Faktem jest jednak, że jej podejście miało wpływ na rozległą grupę odbiorców, w tym na dużą część bardziej liberalnych ekonomicznie ludzi w środowisku rozwoju osobistego. Również jej działania biznesowe mocno przypominają strategie stosowane przez mówców motywacyjnych. Warto więc odnieść się do niej z tej perspektywy.


Allisa Rosenbaum (późniejsza Ayn Rand) urodziła się w 1905 roku w Sankt Petersburgu w majętnej rodzinie rosyjskich żydów. Dość wcześnie doświadczyła zarówno prześladowania rasowego (a później, za bolszewików również klasowego), jak i zwykłego społecznego odrzucenia.

Niektórzy biografowie przypisują późniejsze poglądy Rosenbaum/Rand właśnie tym dziecięcym przeżyciom. Na przykład odrzuceniu przez kolegów z klasy (w opinii Rossenbaum, być może słusznej, a może po prostu narcystycznej, ze względu na jej intelekt). Albo specyficznemu epizodowi, który miał miejsce gdy Rand miała 5 lat i matka kazała jej schować część zabawek na rok. Dziewczynka oddała swoje ulubione zabawki, myśląc o przyjemności jaką będzie miała gdy je odzyska… a po roku okazało się, że jej matka oddała te zabawki do sierocińca. Łatwo dojrzeć potencjalne źródło poglądów Rand na altruizm w takim wczesnodziecięcym uwarunkowaniu.


Dorastająca Alissa marzyła o karierze pisarki i scenarzystki. W wieku dwudziestu jeden lat emigrowała do USA, gdzie przyjęła nowe imię i nazwisko (przyczyny tej zmiany nie są znane, niektórzy biografowie wskazują, że chodziło tu o inspirację Polą Negri). Krótko żyła na utrzymaniu dalekich krewnych w Chicago, po czym ruszyła do Hollywood, gdzie przypadkowe spotkanie ze znanym reżyserem Cecilem DeMille pomogło jej zdobyć posadę w jednym ze studiów filmowych. Jej pierwszym sukcesem jako scenarzystki był dramat kryminalny „Noc 16 stycznia”, który ze względu na trik pozwalający widowni wcielać się w rolę ławy przysięgłych i decydować o zakończeniu, trafił nawet na Broadway (Rand podążyła za swoim dziełem, przenosząc się do Nowego Yorku razem ze swoim mężem).

Lata 30-te i polityka „New Deal” były dla Rand czymś przerażającym, budząc skojarzenia z bolszewizmem, szybko wiec zaangażowała się w działania na rzecz partii republikańskiej. Po przegranej jej kandydata, Wendella Wilkie’go w 1940 przewidywała szybkie powstanie totalitarnej Ameryki, pełnej niewolnictwa, głodu, obozów koncentracyjnych i plutonów egzekucyjnych. Co do obozów trafiła (po dołączeniu Japonii do wojny USA internowały masowo osoby o japońskich korzeniach), choć niezbyt dokładnie, co do pozostałych myliła się, ale niespecjalnie podważyło to jej wiarę we własne poglądy i kompetencje.

Kontakty w środowisku intelektualistów zdobyte w toku działań wyborczych pozwoliły jej doszlifować i doprecyzować swoje poglądy, dzięki czemu, po dwóch nieudanych próbach pisarskich („We the living” oraz „Hymn”), w 1943 udało jej się w końcu wydać „Żródło” (The Fountainhead). W tym okresie była również aktywnie zaangażowana politycznie w zwalczanie komunizmu, m.in. pisząc przewodnik n.t. unikania komunistycznych wpływów w filmach. Podręcznik ten mógłby być równie dobrze podręcznikiem poglądów Rand, padały tam takie wskazówki jak „Nie oczerniaj przemysłowców”, „Nie oczerniaj bogactwa” czy „Nie idealizuj zwykłego człowieka”.


„Źródło”, a później „Atlas Zbuntowany” (magnum opus Rand), zostały (słusznie) zrównane z ziemią przez krytyków, ale zyskały z czasem status kultowych i polecenia z ust do ust. Coś w tych książkach, wielkich pochwałach egoizmu, trafiało do ludzi w wieku do egoizmu nader pasującego i książka stała się wielkim hitem zwłaszcza wśród studentów. Krytycy natomiast punktowali potworne rozdmuchanie książek (dobry redaktor skróciłby je o co najmniej połowę), skrajnie nierealne dialogi (postacie nie mówią, ale przemawiają), liczne absurdy fabularne, nierealistyczne postacie, czy liczne bohaterów wątpliwe moralnie nawet jeśli przyjąć postulowaną przez Rand filozofię (np. gwałt Dominique przez Roarka w „Źródle” – co ciekawe, sama Rand przyznała, że Dominique była jej personifikacją w ksiażce).

Interesujące, przy całej nienawiści, jaką Rand darzyła komunizm, bolszewizm i sowieckie rozwiązania, jest fakt, że cała jej ideologia i działania okazały się w dużej mierze lustrzanym odbiciem komunistycznych. Tu w imię kapitalizmu, tam socjalizmu – ale metody, stylistyka, itp. są bardzo podobne. Jeśli wzięlibyśmy klasyczne dzieła socrealizmu i porównali ich styl oraz konstrukcję ze stylem pisania Rand, trudno byłoby wskazać istotne różnice. Poza, oczywiście, ideologią promowaną w obydwu nurtach.


Sukces „Źródła” był wystarczający do ekranizacji filmu (Rand wróciła przy tej okazji do Hollywood), ale mimo gwiazdorskiej obsady okazał się on klapą, nie odrobiwszy nawet swojego budżetu. Krytycy, co nie powinno zaskakiwać, krytykowali film za bardzo podobne rzeczy, jak wcześniej książkę.

Mimo porażki film przyczynił się jednak do popularności książki i samej Rand. Jej mąż zajmował się domem, a Rand brylowała na salonach. Utrzymując oryginalny, geometryczny styl ubioru (co po części przyczyniało się do budowanego wizerunku) i wypowiadając się jako promotorka idei obiektywizmu, szybko zbudowała wokół siebie rosnących grupę wiernych fanów… Albo wręcz po prostu wiernych.

Specyfiką obiektywizmu było bowiem założenie, że do prawdy można dojść przy użyciu samego rozsądku (bez weryfikacji empirycznej). Gdy jakaś koncepcja została więc już uznana za prawdę (przez samą Rand, jako główną głosicielkę obiektywizmu), stawała się prawdą absolutną. Nie dało się jej podważyć – jeśli jej nie uznawałeś, można Cię było przekonać czemu się mylisz, ale jeśli to się nie powiodło, jako osoba nieracjonalna byłeś skreślany ze środowiska Rand. Opcji, że to Rand się pomyliła w swojej ocenie nie uznawano, a Ayn szybko stała się ostatecznym sędzią w zakresie moralności, estetyki i wielu innych obszarów. Wzór ten był tak podobny do klasycznych sekt, że aż dziw, ze nikt ze środowiska Ayn wprost tego nie wskazał. A może i wskazał, ale jako nieracjonalny został szybko wydalony? ;)


Jednym z takich wiernych był kanadyjczyk Nathaniel Branden (urodzony jako Nathan Blumenthal, po dołączeniu do kręgu Rand, na wzór idolki zmienił swoją tożsamość). Jako 14-latek przeczytał „Źródło” i zafascynował się nim dogłębnie. W wieku 20 lat napisał kilka płomiennych listów do swojej idolki i został przez nią zaproszony do odwiedzin. Szybko stał się jej częstym gościem, zaczął budować wokół niej społeczność, którą Rand określiła mianem „dzieci Źródła”, a potem „Kolektywem”. Społeczność ta była bardzo zaangażowana, sam Brendan ożenił się z jedną z osób z tego środowiska.

Rand zezwoliła Brandenowi na założenie promującego ją Instytutu Nathaniela Brandena, a z czasem ogłosiła go swoim intelektualnym spadkobiercą. Z czasem ich relacja uległa dalszemu pogłębieniu i 25 letni-Nathaniel i 50-letnia Ayn stali się kochankami (gdy sprawa wyszła na jaw, wraz z małżonkami siedli we czwórkę do „racjonalnej dyskusji” na ten temat, zakładając, że sprawa potrwa krótko… w rzeczywistości trwała czternaście lat).

„Kolektyw” rozwijał się (dołączyły do niego takie nazwiska jak Alan Greenspan, przyszły szef Rezerwy Federalnej, amerykańskiego banku centralnego), a wraz z jego wzrostem rola Rand jako absolutnego, obiektywnego arbitra wszystkiego… W grupie wykształcił się wewnętrzny krąg, charakteryzowany licznymi „testami lojalności” oraz „sądami” nad obiektywizmem członków, nadzorowanymi przez Brandena. Niektóre z tych sądów, prowadzących do wydaleń i zerwania jakichkolwiek relacji z wydaloną osobą, były nader dziwne, świadkowie często nie mogli się zgodzić za co konkretnie dana osoba została wydalona. Wiele „prób lojalności” przypominało zachowania typowe dla sekt (tudzież totalitarnych wymogów partii komunistycznej w Rozji ;) ), np. nakaz zerwania kontaktów z „nieodpowiednimi” członkami rodziny. Książki Rand były dla „Kolektywu” niczym biblia, potrafili je czytać kilkadziesiąt razy i cytować z pamięci. Ideologia Rand była tak totalitarna, że obejmowała nawet „moralną powinność palenia” (bo w jednej z książek bohaterka w jednym zdaniu myśli, że zapalony papieros symbolizuje płomień ludzkiej kreatywności… a może po prostu dlatego, że Ayn paliła i potrzebowała filozoficznego uzasadnienia dla swojego nałogu).


To członkowie wewnętrznego kręgu Rand byli pierwszymi czytelnikami jej kolejnej książki i magnum opus – „Atlas Zbuntowany” (Atlas Shrugged). Książka została ponownie zmiażdżona przez krytyków (za to samo, co „Źródło”), ale doceniona przez fanów (za to samo, co „Źródło”). Jest przy tym od źródła dużo większa i jeszcze bardziej przegadana (zawiera m.in. najdłuższą chyba w literaturze, 80-stronną przemowę!)

Oceny krytyków mocno ubodły Rand, ale mocna sprzedaż przyczyniła się do dalszej popularyzacji Rand. Prowadziła liczne wykłady na uczelniach, a tam gdzie nie mogła dotrzeć, prowadzone były płatne odsłuchiwania nagrań z jej wykładami. Wszystkim zarządzał Branden przez swój instytut.

Między Brandenem i Rand pojawiły się jednak pęknięcia. Ayn wycofała się z życia seksualnego pod wpływem depresji wywołanej złymi recenzjami książki, a gdy z niej wyszła, Nathaniel miał już nową, młodszą kochankę. On miał 34 lata, Ayn 69 i młodzieńcza fascynacja mentorką chyba już nieco w nim przeminęła.

Na początku Branden ukrywał swój (drugi) romans, ale w końcu przyznał się Ayn, która… nie zniosła tego dobrze. Kobieta, którą Nathaniel Branden nazywał kiedyś „Pani Logika” z furią wyklęła go i pobiła, w obecności swojego męża i byłej żony Brandena. Nagle, zamiast być jej intelektualnym dziedzicem, stał się jej największym wrogiem. Co istotne, przez cały czas -łącznie z rozstaniem – romans ten był ukrywany przed szeregowymi członkami „Kolektywu” Rand. W końcu mógłby podważyć pozycję Ayn jako obiektywnego, racjonalnego guru, który nie kieruje się emocjami.


Choć popularność Rand i jej przekaz pasował do republikańskiej ideologii, jej aktywny ateizm i ataki na chrześcijaństwo z czasem uniemożliwiły jej współpracę z tym środowiskiem. Zerwanie z Brandenem kosztowało ją Instytut Nathnaniela Brandena, a to z kolei rozbiło zorganizowaną grupę wokół niej. Lata palenia doprowadziły u niej do rozwoju raka płuc (skutecznie operowanego), a na starość – mimo głoszonej w książkach pogardy dla państwowego wsparcia, sama Rand korzystała z wsparcia medycznego i finansowego dla emerytów. Zmarła w wyniku problemów z sercem w 1982 roku, samotna w ostatnich latach życia.


Podsumowując:

Ayn Rand była chodzącą sprzecznością. Głosicielka indywidualizmu tworząca sekciarski „Kolektyw”. Zwolenniczka „pracy dla siebie i wedle swoich potrzeb” wpadająca w depresje po negatywnych recenzjach krytyków literackich. Obsesyjna przeciwniczka komunistycznego totalitaryzmu… tworząca totalitarną sektę i pisząca książki które banalnie łatwo byłoby podmienić na socrealistyczne.

Byłaby postacią smutną, gdyby nie fakt, że jej książki do dziś mają duży wpływ na wiele osób, przynajmniej w młodych latach dając im uzasadnienie dla skrajnego egoizmu i działań wybitnie aspołecznych. Fakt, że nawet twórczyni ideologii nie była w stanie żyć choć blisko jej wytycznych, a wręcz stała się jej antytezą nie jest zbyt powszechnie znany. A szkoda – bo zapewne skłoniłby wiele osób do pewnego dystansu do jej pomysłów.


Co w zamian:

Złośliwie mógłbym zaproponować Alberta Camus, znienawidzonego przez Rand promotora altruizmu. Ale tak naprawdę, jeśli jesteś na tym etapie znajomości filozofii, na którym Rand jest dla Ciebie interesującym materiałem, to dopiero startujesz i przydałoby Ci się jakieś dobre wprowadzenie do tematyki. Sięgnij więc np. po „Świat Zofii” Gaardera, albo po jakieś praktyczne wprowadzenie do filozofii jak „Żuk w pudełku oraz 99 eksperymentów myślowych” Juliana Baggini.


Powrót do strony cyklu.



15 sierpnia na blogu ukazał się 1000-ny wpis, trzeba to uczcić! Przez 10 dni, do 25 sierpnia włącznie, wszystkie produkty na MindStore o 20% taniej! Chcesz być bardziej kreatywny? Lepiej się motywować? Być pewniejszym siebie? Opanować Beyond NLP? To wszystko i dużo więcej na MindStore.pl!


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Katarzyna

    Cześć! Ciekawy artykuł. A co sadzisz o książkach Brandena? Np. „6 filarów poczucia własnej wartości”?

  • Interesujące i inspirujące :-)

  • Igor Kiełbratowski

    Nie będę próbować bronić Ayn Rand i całej jej filozofii. Dla mnie jako anarchokapitalisty jest to po prostu niewykonalne, a w dodatku spory na temat estetyki nie są czymś, co w ogóle trawię. Nie wiem, jak można wykazywać, iż niebieski jest obiektywnie ładniejszy od brązowego. Skupię się więc na tym, co po prostu mam do pana.

    1. Rothbard wbrew temu, co pan pisał, wskazał i napisał całkiem humorystyczną sztukę „Mozart był komuchem” XD (polecam, bo jest z jednej strony krótka, a miałem ubaw). Opuścił sektę po tym, jak zalecono mu rozwód z jego żoną. 2. Wiele rzeczy się tutaj zgadza, choć wytykanie konstrukcji jako rzeczy mogącej być socjalistyczną (kolejny absurd, jak twierdzenie z pańskiego poprzedniego artykułu na temat tej samej osoby, że działająca na rynku firma może być bardziej wolnorynkowa) to przesada. Przesadą jest także skreślanie Rand za rozdmuchanie książek, czy nierealistyczne postacie. Czepia się pan estetyki, a nie można racjonalnie dowieść, iż niebieski jest ładniejszy od brązowego. Jak sama poza tym pisała, nie pisze o tym, jak jest, lecz o tym, jak wg niej powinno/nie powinno być. Większość jej krytyków była zwyczajnie słaba. 3. To, co pan nazywa tutaj weryfikacją empiryczną ma wątpliwą użyteczność poznawczą. Podstawowym warunkiem użyteczności weryfikacji empirycznych jest oddzielanie czynników. Jeśli weźmie pan dwa leki na grypę i wyzdrowieje, nie wie pan dzięki temu, który to był. Jednocześnie, jak jechał pan po moim znajomym, Krzysztofie Rupie, że Mises to fantasta, który nie chciał empirycznie zweryfikować swoich tez, nie dość, iż nie raczył pan uzasadnić, jeszcze na argumentację z użyciem linka filmika, zaatakował pan, że nie powinno używać się linków, a wyjaśnieniem miał być link do pańskiego artykułu. Ów artykuł krytykował oglądanie filmów jako stratę czasu (nie krytykuję słuszności tej tezy). O ile dobrze analizuję pańskie poradniki (czytam z lekkim zaciekawieniem), a konkretnie sztukę dyskusji, w dyskusji należy unikać błędu przerzucania na broniącego ciężaru dowodowego. Pan jako atakujący go nie przyjął, a powinien wykazać, iż Instytut Misesa do szajka fantastów, co wg pańskich kryteriów oceniania podejścia po konsekwencji ludzi postulujących jego stosowanie (tak podsumowuję pańską metodę krytykowania randyzmu na postawie zestawienia go z życiorysem Ayn Rand) i powinien być w całości, na zawsze przekreślony jako niekonsekwentny. To z pewnością z pańskiej perspektywy powinna być zła zasada, ponieważ nie jest pan w stanie już jej stosować. Osobiście wolę się zrehabilitować i dalej walczyć o ideały zdrowego rozsądku. To co najmniej jakieś wyjście i sposób na życie dalej. 4. Tak, zaproponowanie Alberta Camus to złośliwy pomysł. Choć sam Camus odżegnywał się od bycia nazywanym egzystencjalistą, nie pozostawia złudzeń, iż pociągnął z filozofii także to, co czyni ją złą. Ciężar dowodowy spoczywa rzecz jasna na mnie, więc zrobię swoje. Camus traktuje życie jako absurd, coś, co nie powinno istnieć, z góry straconego tylko dlatego, że będzie się przewijać przez nie zło, cierpienie i rzecz jasna to, iż skończy się śmiercią. Pamiętam, iż pierwsze, co powiedziałem o nihilistach i ich poglądzie, że życie jest złe i musi być złe, to była prośba do osób, które tak rzeczywiście myślą, by się zabiły. Nie? No jak to? Czy życie nie jest złe? Nie ma negatywnej wartości? A, jeśli ustaliliśmy, że nie jest złe, może być tylko obojętne, albo być dobrem. Człowiek obojętny wobec życia nie utrzyma się przy życiu, bo nie będzie próbował spełnić warunków jego zachowania. Zostaje więc tylko jedno możliwe stwierdzenie. Życie jest rzadkim dobrem, którym trzeba się nacieszyć. Stanowi pierwszą, niepodważalną wartość, na której można budować filozofię. Camusa nie zepsuł pogląd egzystencjalistów, że życie to absurd, ale moim zdaniem bez jego własnego uporu prawdopodobnie zepsułoby to go. Nie wierzyć w moralność i pisać o czymś, czego należy się wystrzegać. Tak przedstawia się absurd nawet pomimo zgody, iż należy wiernie sobie działać i buntować się przeciw nieistnieniu moralności i podjąć trud.

    • 1. Nie piszę powyżej o Rothbardzie, więc to non-sequitur.

      2a. Nie „socjalistyczna”, tylko „socrealistyczna”. Socrealizm to konkretny gatunek w sztuce i dzieła Ayn Rand spełniają wszystkie jego kryteria, z tą drobną różnicą, że ideologię komunizmu radzieckiego zastępuje obiektywizm Ayn Rand. Czytaj proszę uważnie.

      2b. Co do nie da się „racjonalnie dowieść, że niebieski jest ładniejszy od brązowego”, da się akurat, tylko nie z logiki, a z neurologii i kognitywistyki (choć nie wiem, czy akurat na niebieski bym tu stawiał vs. brązowy, obydwa te kolory mają swoje wady – ale chodzi jak rozumiem o ogólną koncepcję kolor a lepszy od koloru b). Kwestia zrozumienia, że nasza ludzka estetyka jest pochodną ewolucyjnych predyspozycji do określonych bodźców i superbodźców. Mając to ustalone (a mamy, jeśli chcesz odeślę do konkretnych badań, teraz czysto po ludzku nie chce mi się szukać), możemy też stworzyć ranking tych bodźców. I dużą część sztuki, estetyki będziemy mogli zoperacjonalizować i porównać. Co już się zresztą dzieje – badania z neuroobrazowaniem ładnie pokazują, że określone bodźce są pierwotnie atrakcyjne dla wszystkich, tylko niektórzy wtórnie hamują tą reakcję pozytywną. Ale skala tej pierwotnej reakcji pozwala nam na stworzenie reacjonalnego rankingu ludzkiej estetyki. Polecam w temacie np. Ramachandrana.

      2c. Akurat wytykanie konkretnych błędów w sztuce pisania książek też będzie odnosiło się do obiektywnych kryteriów. Te rzeczy da się zmierzyć i zweryfikować.

      2d. Argument p.t. „krytycy byli słabi” – serio?

      3a, „To co nazywam weryfikacją empiryczną ma wątpliwą użyteczność poznawczą?” Serio? Gratuluje, właśnie jednym zdaniem odrzuciłeś ostatnich 200 lat rozwoju ludzkości :D

      3b. Wiem, po którym leku na grypę wyzdrowiałem – żadnym. Na grypę generalnie nie ma skutecznych leków (tzn. są antywirusowe, ale one mają sens tylko we wczesnej infekcji). Ale to moje czepialstwo ;) Natomiast poważniej – oczywiście, że jednostkowo nie wiem – dlatego nie wnioskuję na podstawie jednostkowego doświadczenia. Wnioskuję na podstawie badań na dużych próbach -bo to one pozwalają trafnie wyciągać wnioski i rozwijać wiedzę. Czego dowody mamy w gwałtownym postępie wiedzy i technologii w ostatnich 200 latach.

      3c. To, że Mises jest fantastą odrzucającym empiryzm powiedział on sam, więc nie jestem pewien co tu konkretnie jest to dowodzenia jeszcze? Ciężar dowodowy spełnił sam Mises :) O czym dyskutujemy?

      4a. Mam jednak inny odbiór filozofii Camus. Zdecydowanie i absolutnie nie był on nihilistą!

      4b. Serio? Pozorny wybór? „Jeśli życie nie jest złe, to może być tylko obojętne, albo być dobrem”?

      To poziom logiki dwuwartościowej rodem ze starożytnej Grecji, naprawdę wyszliśmy nieco ponad to dziś :) Nie. Życie może też być bezoarem. Albo tragikomedią. Albo absurdem. Opcji jest nieporównywalnie więcej niż tylko miałka skala „dobre-obojętne-złe” :D Próbuj ponownie

      4c. Dodatkowo mylisz tezy filozoficzne z realną aplikacją, Nawet jeśli ktoś jest nihilistą poznawczo, to działają w nim bardzo zwierzęce mechanizmy. Nie czyni to życia dobrem (nawet przyjmując ten wyświechtany podział). Czyni to ludzi w dużej mierze kontrolowanymi przez swoje ewolucyjne uwarunkowania. Tylko tyle.

      To właśnie różnica między empiryzmem, a fotelowym bajaniem rodem z Misesa czy Rand :) Z błędnych przesłanek można wysnuć dowolne fantazje w fotelu. Natomiast empiryzm wymaga weryfikacji tych fantazji, a w konsekwencji i podważenia przesłanek, lub przynajmniej dostrzeżenia, ze były one niepełne (bo np. traktowały ludzi jako czyste rozumy, w jakimś dziwnym powrocie do XVIII wieku w myśleniu o świecie).

      • Franz

        2b – Bo tak, to „pochodna” – ale tak, jak obiekty chemiczne fizycznych, a biologiczne chemicznych. A jednak mamy inne nauki z trochę innymi zasadami oraz innymi wnioskami zajmujące się tymi obiektami. Nie mówiąc już o tym, że od czasu 10 000 lat temu do teraz człowiek zbytnio się nie zmienił ewolucyjnie, za to kultury (i „sztuki”) powstały naprawdę różne i często „sprzeczne”. Trochę to nadmierny redukcjonizm i scjentyzm (w sensie wiary w moc nauki).
        Więc tak, będziemy mogli dużą części sztuki zoperacjonalizować i porównać, tak jak
        behawioryzm – używając black box. I to podejście bywa/ło skuteczne, ale musiało jednak ustąpić ze swoich maksymalistycznych ambicji i postulatów.
        Sztuka
        tym się różni od naturalnego krajobrazu (nawet gdy to jest jego
        zdjęcie), że jest symboliczna (to zdjęcie jest na ścianie i w ramach,
        nieruchome i w ogóle różne od krajobrazu).
        (a Ramachandran dobrze się sprawdza przy sztuce pierwotnej, ale potem to już są wątpliwości. Nie mówiąc o podstawowym w takich sytuacjach problemie kogni/neuro, czyli WEIRD)
        2c – tak, ale nie obiektywnych, bo nie sposób znaleźć dla nich jakiegoś ‚zewnętrznego’ umocowania. Są różne nurty literatury, konwencje i rożne w nich sposoby oceny. A krytycy potrafią bardzo rozbieżnie oceniać różne dzieła, również w czasie.

  • Igor

    Jest pan doprawdy bucowaty

    • Kamil

      Krytyka bywa trudna do przyjęcia, ale jest bardzo przydatna. Sprowadza na ziemię, pozwala dostrzec rzeczy, które można poprawić/dowiedzieć się. Polecam ją polubić na tyle, na ile to możliwe, szczególnie tak merytoryczną, jaką to przedstawia Artur :)

      • Igor Kiełbratowski

        Tu nie chodzi o krytykę Rand (sam nie jestem obiektywistą), lecz o usuwanie komentarzy. Przyjmowałem cięższe ciosy. Odczuwam je, ale nigdy nie przeszkadzało mi to trzeźwo myśleć. Usunął dwa moje komentarze, które odpowiadały na jego krytykę moich uwag do jego krytyki. Czy ta jego krytyka jest merytoryczna? Częściowo tak, ale poniekąd ciężko mi nie zauważyć pewnego błędu. Pan Artur próbuje z jednej strony pisać, jak smutne życie miała Ayn Rand, oraz z drugiej, jak bardzo była antytezą własnej filozofii. To pozwala twierdzić, że Rand poniosła w życiu pewne porażki właśnie dlatego, że nie trzymała się własnych zasad. Jak więc na weryfikację empiryczną, do której Ayn Rand po prostu jako nietrzymająca się tych zasad nie nadawała, jest ona przez metodologię błędnie przeprowadzona. W dodatku mogę znaleźć bez problemu w tekście chochoły, które sobie zaatakował. Np. twierdzenie jakoby Ayn Rand ograniczała poznanie do rozumu bez żadnych obserwacji. Najwyraźniej nie wie, że właśnie negowanie przez nią możliwości twierdzeń a priori (błędnie z jej strony) było przyczyną sporu z Misesem o prakseologię, którą Rand uznawała za stek bzdur. W jednym z usuniętych przez niego komentarzy wspomniałem nawet o dziwacznym podobieństwie fizycznym postaci pozytywnych Ayn Rand (spora ich część miała wysokie kości policzkowe). Zanim znów usunie komentarz zapraszam na ewentualnie polemiki prze email: ik9175533@gmail.com

        • Dziecko, uspokój się :D Nic Twojego nie było usuwane – Twój komentarz czeka na moderację, bo wrzuciłeś go z linkiem, a takie z automatu trafiajądo poczekalni. Krzty dojrzałości emocjonalnej życzę, a mniej pultania się :D

          • Igor Kiełbratowski

            Dobrze, przepraszam. Jak widać, ponosi mnie.

  • Igor

    Szkoda

    • Dziecko, uspokój się :D Twój komentarz czeka na moderację, nie było mnie przy komputerze :D Krzty dojrzałości emocjonalnej życzę :D

  • krzysz

    „specyfiką obiektywizmu jest to że do prawdy można dojść na drodze czystego rozumu, bez weryfikacji empirycznej”

    regularnie czytałem twój cykl anty-guru ale po takich kwiatkach mam ogromne wątpliwosci czy twoje teksty mają jakakolwiek wartośc merytoryczną, skoro wrzucasz w usta Rand anty-tezy jej filozofii.

    • Obawiam się jednak, że to Ty nie rozumiesz do końca obiektywizmu (oraz praktycznych jego wdrożeń przez Rand i jej Kolektyw). Proponuję jednak sięgnąć do źródeł biograficznych, zobaczyć jak to działało u Rand i wtedy wrócić do dyskusji :)

    • Igor Kiełbratowski

      Niestety ta historia jest jak najbardziej prawdziwa z wyjątkiem drobnych szczegółów, które nie wpływają prawie na całokształt. Kobieta przed wydaniem Atlasa była stanowczą przeciwniczką tezy o wolnej woli człowieka i uprawiała jawny determinizm. Nagle podczas pisania swojego magnum opus zmieniła zdanie i kolektyw tego nie zauważył. Osobiście dorzucę chętnie jeden aspekt związany z Brandenem, Otóż ten człowiek, który początkowo miał być genialnym psychologiem, uczniem Rand i pierwszym obiektywistą po niej (Ostatecznie stał się nim jednak Peikoff. Człowiek wydaje się być inny. Można znaleźć w internecie jego koncert, gdzie grał na pianinie.) i do wyklęcia Brandena i jego ucieczką z Nowego Yorku do Los Angeles w obawie przed tym, iż kolektyw byłych jego towarzyszy go po prostu zabije, grał w sekcie Ayn Rand pierwsze po niej skrzypce. Jeśli Ayn Rand była sędzią podczas pokazowych sądów nad „irracjonalnymi” nie-ortodoksami, on był inkwizytorem, ale to coś więcej niż nam się wydaje. Każdy, kto wstępował w zaklęty krąg tego smutnego towarzystwa, musiał przejść przez terapię Brandena. Powiedzmy sobie: My nie jesteśmy idealni. Popełniamy błędy, które musimy nieraz ze wstydem pokutować. W sekcie obiektywistycznej, każdy konwertyta na nową filozofię (przy założeniu dla ciebie, że była słuszna albo chociaż konwertyci w to wierzyli) musiał zacząć pokutować błędy swojej przeszłości i teraźniejszości. Branden był w takim wypadku jedynym spowiednikiem. Dzisiejsi analizujący historię nie bez powodu stwierdzają, że nieobecna w Biblii spowiedź kościołowi służyła jako metoda wywiadu wśród wiernych i wyłapywania nieprawomyślności. W kościele Ayn Rand funkcja spowiedzi była taka sama. Miała za zadanie robić wywiad wśród wiernych i wyłapywanie nieprawomyślności. Jednocześnie „pacjenci” musieli zwierzać się psychologowi ze swoich trosk, rozterek, tajemnic. Branden wszystko wiedział i jeśli tylko potrzebował komuś na serio dokopać, ujawniał wszystko, co dla członka zaklętego kręgu było rzecz jasna ostrym szokiem. Co gorsza jako osoba mogąca potwierdzić, iż zna bardzo dobrze swojego pacjenta, Branden mógł także dość nieźle nazmyślać, niszcząc człowiekowi za pomocą dobry kłamstw znajomości. Etyka zawodowa? Toż to takie irracjonalne!

  • Kamil

    Empiryzm nigdy nie straci sensu. To że teoria strun jest zaawansowanym systemem hipotez nie znaczy, że nie wymaga weryfikacji empirycznej. Gdy jej nie ma to i tak hipotezy te nie mają żadnej praktycznej wartości. Teoria dla teorii to już bardziej sztuka niż nauka.

  • Franz

    Jako raczej „lewak”, ideologicznie i filozoficznie „Źródło” jest dla mnie raczej „zabawne”. Ale jednego będę bronić jakem fan literatury rożnej – powieść to jest świetna (dla mnie przynajmniej). Choćby dlatego, że, parafrazując Proppa (o ile nie mylę), opowieść jest tak dobra, jak jej antagonista. A Toohey, wzorowany przez Rand na Mumfordzie (Ach – „Mit maszyny”! <3) jest kreacją świetną. Jest to po prostu konsekwentna realizacja pewnej konwencji – stąd antyrealizm, "teatralność" dialogów czy antypsychologizm postaci (gdzie zwykle lubię głębię psychologiczną). To umożliwia pokazać poprzez postać nie jej charakter, konstrukcję, wnętrze, tylko pewien światopogląd, ideę. Starcia bohaterów stawały się starciami idei, wszystko temu zostało podporządkowane. To o wiele bardziej w stylu starych opowieści o superbohaterach (dziś się ich – i słusznie – psychologizuje). Czy, sięgając dalej, "Dialogów" Platona (lub Lema, ale to może już trochę za daleko). Pozdrowienia!