Zestresuj mnie trochę proszę, czyli nieco o dobrym i złym stresie

Stres ma w naszej kulturze jednoznacznie zły wydźwięk. Narzekamy na niego. Chcemy się go pozbyć. Szukamy sposobów na jego redukcję. Najchętniej byśmy go w ogólnie nie odczuwali.

To jednak, co ciekawe, duży błąd.

Bo ze stresem? Cóż, ze stresem jest jak z wodą. Masz jej za dużo i toniesz. Ale bez niej za długo też nie wytrwasz.

Psychologicznie stres interpretowany jest jako reakcja adaptacyjna między możliwościami jednostki, a wymogami sytuacji. Szerzej, biologicznie – jako reakcja organizmu na czynniki (wewnętrzne i zewnętrzne) stanowiące jakieś wyzwanie dla organizmu (zarówno w aspekcie fizycznym, jak i psychicznym).

Warto zrozumieć, że kiedy hasło „stres” pada w publicznej dyskusji, zwykle stanowi ono skrót myślowy od „nadmiernego stresu”. Stres powyżej pewnego progu (indywidualnego dla każdej jednostki, zależnego od kontekstu i do tego dynamicznie zmieniającego się) może stanowić problem.

Rzadziej zdajemy sobie jednak sprawę, że stres poniżej pewnego progu również taki problem stanowi.


Najlepiej demonstruje to wykres, znany już od ponad stu lat – tzw. krzywa Yerkesa Dodsona. Jedna z jej wersji (źródło- wikimedia) znajduje się poniżej. Pozioma oś mówi o natężeniu stresu. Pionowa jest ciekawa, bo pierwotnie mówiła o jakości działania, ale dziś wiemy, że możemy ją odnieść do szeregu innych zmiennych, m.in. motywacji czy skuteczności zapamiętywania.

Jak widzisz z powyższego wykresu, zarówno za mało stresu, jak i za dużo przekłada się na jakość działania. Gdy stresu jest niewiele działamy nieskutecznie. Gdy stresu jest za dużo, działamy nieskutecznie. Stres należy optymalizować, bo właśnie wtedy działamy najwydajniej. To coś, co potwierdza, na ten moment, naprawdę ogromna ilość badań z różnych tematów.


Swoją drogą, wiem, że chodzą plotki sugerujące, że na niektórych szkoleniach rysuję powyższy wykres jako ostrzejszy (bardziej rozciągnięty pionowo) i wyraźnie zakreślam dwa koła u podstawy jako obszary nieodpowiednie (zbyt małego i zbyt dużego stresu), co zupełnym przypadkiem rodzi pewne skojarzenia…

Cóż, chciałem niniejszym oświadczyć, że plotki te są oczywiście całkowicie prawdziwe.

Czasem najprostsze narzędzia trenerskie usprawniające zapamiętywanie są jednocześnie najskuteczniejszymi narzędziami trenerskimi usprawniającymi zapamiętywanie ;) 


Stres, a praca i wypalenie

Wypalenie zawodowe jest doskonałym przykładem sytuacji, która wynika z jednego z dwóch zakresów stresu – zbyt małej, lub zbyt dużej jego ilości. (Niekiedy mogą, co ciekawe, współwystępować, po prostu na innych wymiarach.)

Zbyt mało stresu oznacza w tym wypadku powtarzalną pracę, nie stanowiącą wystarczającego wyzwania (fizycznego, emocjonalnego czy intelektualnego). Sam byłem kilka lat temu na krawędzi takiego wypalenia i dopiero trafienie na kilkoro klientów, którzy stanowili naprawdę duże wyzwania było czymś, co pozwoliło mi się z tego otrząsnąć. To była ta nieoczekiwana przyjemność z tego, że po raz pierwszy od dawna chodziłem na sesję nie mając pojęcia, czy to co chcę zrobić zadziała, czy nie, szukając na nowo sposobów na ugryzienie różnych problemów, z którymi pracowałem.

Zbyt dużo stresu oznacza w tym wypadku nadmiar trudności. Może to być nadmiar obciążeń, zbyt wysoki ich poziom, albo np. niepewność. To właśnie w tym trzecim kontekście potrafię sobie wyobrazić sytuację podwójnego wypalenia. (Wyobraź sobie np. mechanika samochodowego, który z jednej strony ma kłopoty ze znalezieniem klientów – niepewność – a z drugiej jak już się znajdą, to z jednym i tym samym, prostym i nudnym problemem do rozwiązania. Tu mieszałby się zbyt niski i zbyt wysoki poziom stresu jednocześnie.)


O ile o zbyt wysokim poziomie stresu i metodach pracy z nim są całe tomy (sam pisałem o tym na blogu m.in. tu i tu), o tyle dużo mniej mówi się o niedoborze stresu. Co z nim możemy zrobić?

Cóż, mówiąc wprost – utrudnić sobie życie.

Tak jak to robimy z dużą częścią naszych rozrywek.


Jeśli przyjrzymy się ogromnej części ludzkich zainteresowań, to u ich sedna leży celowe utrudnianie sobie życia.

Każdy nasz sport i każda gra polega na sztucznym dodawaniu trudności. Najwydajniej byłoby umieścić piłkę w bramce przeciwnika zanosząc ją tam w rękach w sytuacji, gdy żaden przeciwnik nie znajduje się na boisku. A jednak nie możemy jej łapać w ręce i do tego stawiamy 11 utrudniaczy na drodze. Najłatwiej byłoby zastrzelić przeciwników Doomie gdyby się nie ruszali, nie stanowili dla nas zagrożenia, a nasza broń miałaby nieskończoną amunicję. Cóż, są kody na tzw. god mode, ale jakoś nie stał się on nigdy domyślnym trybem żadnej gry.

Pewien poziom utrudnienia, czasem mały (Candy Crush Saga), czasem duży (Dark Souls i jego uporczywy komunikat „Umarłeś”), jest niezbędny do uatrakcyjnienia danej rozrywki. „Nie ma ryzyka, nie ma zabawy.” Gra, w którą nie da się przegrać,  choćby symbolicznie, nie będzie się cieszyła zbyt dużą popularnością.

Podobnie jak praca, która jest za łatwa.


Dlatego rozwiązaniem jest uczynienie z takiej pracy gry. Dodanie odrobiny pozytywnego stresu, tego podbijającego poziom zaangażowania. Tzw. eustresu (w odróżnieniu od stresu nadmiernego, tzw. destresu). Znalezienie czegoś, co czyni nasze życie trudniejszym może, paradoksalnie, czynić je bardziej przyjemnym i angażującym.

Ale czy zdrowszym i lepszym? Cóż…


Stres, a zdrowie

Co ciekawe, coraz więcej badań zdaje się sugerować, że również zdrowotnie umiarkowany stres jest jak najbardziej korzystny dla organizmu. Pisałem już o tym trochę tutaj, ale może przyda się szybkie przypomnienie… Poczynając od dość starych już, ale ogromnych w skali badań w ramach tzw. The Longivety Project, wiemy, że umiarkowany stres sprzyja długowieczności. Wbrew popularnym wyobrażeniom, przekłada się na MNIEJSZE ryzyko ataku serca i chorób układu krwionośnego (patrz np. tutaj). Może nawet sprzyjać neurogenezie! Są wręcz pewne hipotezy n.t. długowieczności sugerujące, że to niedobór odpowiedniego stresu fizjologicznego, po bardzo wymagającym okresie dojrzewania, jest czynnikiem odpowiedzialnym za nasze starzenie się. W tym modelu organizm jest jak samochód jadący 100 km/h na drugim biegu – i to odpowiednim podbiciem stresu model ten wyjaśnia korzyści zaobserwowane przy takich kwestiach jak krótkoterminowe głodówki (tzw. intermittent fasting) czy lodowate kąpiele (tzw. brrrrrrrr).

Na pewno można to odnieść choćby do kwestii treningu. Czym jest trening fizyczny, jak nie generowaniem dodatkowego stresu dla organizmu? Ale to właśnie ten stres przekłada się na impuls do wzrostu mięśni czy usprawnienia układu krwionośnego, tak by lepiej sobie radził z podwyższonym wysiłkiem.

Nie znaczy to oczywiście, że stres będzie zawsze korzystny i bezpieczny. Paracelsus nieco namieszał w medycynie przez lata, ale w paru miejscach miał dużo racji. Jednym z tych miejsc była jego obserwacja, że to „dawka czyni truciznę”. Innymi słowy, niewiele rzeczy jest dobrych lub złych ze swojej natury, chodzi o ich ilość.


Tak jest również ze stresem. Jego nadmiar, zwłaszcza długotrwały (tzw. przewlekły/chroniczny) faktycznie może być szkodliwy. Przy czym mówiąc o nadmiarze warto wskazać, że tak duży poziom stresu, jaki prowadzi faktycznie do ryzyka zdrowotnego, jest u ludzi relatywnie rzadki. Przynajmniej u ludzi żyjących we współczesnym świecie zachodu. Jeśli mieszkasz w Donbasie czy Syrii, jasne, tu mówimy o „deczko” większym obciążeniu i takim, które może generować realne zagrożenie. Większość z nas ma jednak to szczęście, że daleko nam do takich warunków. Jasne, stresujemy się na co dzień, ten stres może nam się wydawać wielki. Ba, może być wielki, w porównaniu z tym, czego regularnie doświadczamy. Jest jednak zwykle dużo, dużo, DUŻO niższy niż potencjał stresu, jakiego doświadczać możemy. Jesteśmy jak pasterz na pustyni, który nigdy w życiu nie widział wezbranego Nilu, ani też niczego podobnego, więc niewielkie znalezione wśród skał źródełko uznał za nieprzebrany skarb pitnej wody.

Sportowiec trenujący zbyt ciężko, w końcu doprowadzi do uszkodzenia ciała i kontuzji. Jednocześnie wielu trenujących nawet nie zbliża się do granic wytrzymałości i bezpieczeństwa. (Wiem to doskonale, jeśli zdarza mi się trenować, jestem jednym z nich! ;) ) Ludziom wydaje się, że ich obecny stres jest intensywny – ale zwykle nie doświadczyli naprawdę intensywnego stresu. Przez pierwszych X lat mojej kariery niemal każdy klient mówił mi coś w stylu „pewnie nigdy nie miałeś tak trudnego przypadku jak ja”. (Co ciekawe, żaden z klientów, których sam oceniałem jako będących w bardzo trudnej sytuacji nigdy tego nie powiedział.)


W większości przypadków jesteśmy sobie w stanie poradzić z dużo większym stresem niż nam się wydaje. W większości przypadków (o czym pisałem niedawno), nie doceniamy swoich zdolności adaptacji do trudnych sytuacji. Ignorujemy też tzw. hardiness/ twardość, czyli cechę/umiejętność (o tym czym jest wciąż się debatuje) odpowiedzialną za odporność na stres (i, przynajmniej wg. niektórych koncepcji, możliwą do rozwijania). Praca nad sobą, czy w formie autopoznania, coachingu, psychoterapii czy wielu różnych możliwych metod, może pomóc nam lepiej uświadomić sobie te nasze aspekty i trafniej przewidywać naszą zdolność radzenia sobie z wyzwaniami.


Dlatego zamiast patrzeć na to, jak zmniejszyć stres, warto raczej przyjrzeć się jego wyrównaniu. Tu nam się przypominają reguły Leanowe, że odniosę się do Lean Mind. O Lean często mówi się w kontekście muda, marnotrawstw, ale równie istotne są dwa inne elementy, muri i mura. Mura to działanie niezrównoważone i nieregularne, w porywach. Muri to najczęściej pochodna mura, czyli okresy nadmiernej intensywności i przytłoczenia. (Najczęściej, bo niekiedy cały obszar może być muri, np. gdy narzucimy sobie zbyt wiele obowiązków.)

Optymalny stres to stres, który nie wpada w pułapkę muri i mura. To stres wyregulowany. Nie za dużo, nie za mało – akurat odpowiedni poziom by działać, ale nie na tyle duży, że można się zaciukać.

Warto przeanalizować swoje życie z tej perspektywy. Szukać nie tylko miejsc nadmiernego stresu, ale też niewystarczającego. Czasem okaże się, że zamiast zmniejszać czy usuwać stres, wystarczy go jedynie odpowiednio „poprzestawiać” by wyszło to nam na zdrowie.



Tradycją jest już, że w okresie od Świąt do moich urodzin - 5-go stycznia - mamy na MindStore promocję. 

Tak jest i w tym roku. 30% na wszystko (niedługo będzie też okazja kupić kilka szkoleń otwartych zaplanowanych na 2019, tak stacjonarnych jak i webowych). Zapraszam!


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis