Emoprognozowanie, czyli jak podejmować trudne decyzje?

Bycie sławnym ma pewne zalety dla badacza. Naukowcy, którzy zyskali sławę w oczach opinii publicznej dysponują narzędziami do prowadzenia bardzo ciekawych badań. Przede wszystkim przez dużą grupę osób, gotowych zareagować na post na blogu czy twitterze z prośbą o udział w krótkim badaniu.

Tak było w badaniu Stephena Levitta, znanego z popularnej Freakonomii. Dzięki zasięgowi swojego bloga, był w stanie zrekrutować 23.500 osób – liczbę wręcz niewyobrażalną dla większości badań psychologicznych – do udziału w swoim eksperymencie.

Eksperyment ten był dość prosty w swojej naturze, ale jednocześnie bardzo ciekawy. Osoby, które wahały się w kwestiach różnych decyzji życiowych, dużych i małych, które uważały, że jest bardzo podobna ilość argumentów za obydwiema opcjami, miały „rzucić” wirtualną monetą, która miała im powiedzieć co zrobić. Następnie miały donosić o swoich doświadczeniach i odczuciach w odstępie dwóch i sześciu miesięcy od decyzji. W niektórych przypadkach (ok. 30%) sytuację rzucającego/ej też oceniała trzecia niezależna osoba.

Emoprognoza

Badanie to jest przykładem eksperymentu z ważnej, ale tak naprawdę niezbyt przebadanej dziedziny, jaką jest tzw. affective forecasting. (Czyli tłumacząc bezpośrednio „prognozowanie afektywne”, a nieco luźniej „emoprognoza” ;) ) Zajmuje się ona tym, na ile trafnie jesteśmy w stanie przewidywać nasze przyszłe stany emocjonalne. Z tego zaś łatwo przejść do praktycznej kwestii, czyli – jakie powinniśmy podejmować decyzje, czasem także wbrew naszym odruchowym skojarzeniom.


Jeśli chodzi o pierwsze pytanie, cóż, generalnie rzecz biorąc jest słabo. Mamy problemy z przewidzeniem jak będziemy się czuć, jak intensywne będą to uczucia i jak długotrwałe. Potężnie przeceniamy wpływ krótkotrwałych impulsów (np. wygranej pieniężnej czy otrzymania lepszego pokoju w akademiku). Nie doceniamy tego, jak nasze własne psychologiczne mechanizmy samoobrony pomogą nam poradzić sobie z nadchodzącymi sytuacjami i zmniejszyć ich wpływ. (Ani jak mechanizmy habituacji sprawią, że nawet bardzo pozytywne wydarzenia mogą łatwo spowszednieć.) Co ciekawe, mamy też tendencję do niedoceniania siły bardziej pierwotnych potrzeb i reakcji, jak głód czy podniecenie.

Wszystkie powyższe oceny dotyczą przede wszystkim aspektu absolutnego wpływu emocjonalnego. Czyli np. szacujemy, że dane wydarzenie pogorszy nam samopoczucie z 80 do 40, a pogarsza tylko do 70. Nieco lepiej, co ciekawe, wydaje się być w sensie relatywnym. Innymi słowy, słabo przewidujemy, jak bardzo wkurzy nas jakaś sytuacja, ale dużo trafniej wychodzi nam przewidzenie, że z całego grona naszych znajomych to my wkurzymy się najbardziej.


To nasza niekompetencja w emoprognozowaniu sprawia, że optymistycznie zakładamy jak łatwo wstaniemy rano, nastawiając w nocy budzik. Ta sama niekompetencja sprawia, że np. ktoś długo unika jakiegoś wyzwania, przeceniając jak bardzo nieprzyjemne może ono być w rzeczywistości. To ona trzyma często ludzi w niesatysfakcjonujących pracach czy związkach lub, przeciwnie, popycha ich do pogoni za czymś, czego wartość przeceniają (np. duża wygrana, romans). W dużej mierze te ograniczenia wydają się w nas być wpisane „na twardo”, wspólne dla wszystkich ludzi.


Co dalej?

Skoro więc kiepsko radzimy sobie z oceną naszych przyszłych stanów emocjonalnych i podejścia do różnych doświadczeń, to co można z tym zrobić? Czy mamy po prostu stwierdzić „ok, tak jest, jesteśmy spaprani i trudno”?

Cóż, drugą stroną emoprognozowania jest właśnie szukanie odpowiednich rozwiązań na takie wyzwanie. Jak usprawnić to przewidywanie? Co możemy w tym zakresie zrobić?


Metodą często pojawiającą się w tym kontekście w coachingu jest próba zwykłego przeliczenia tematu. Zmienić pracę, czy nie? Cóż, szacuję, że zmiana da mi więcej pieniędzy, co jest dla mnie warte 9/10, z prawdopodobieństwem 100% oraz fajniejszą atmosferę, co jest dla mnie ważna 6/10, z prawdopodobieństwem 50%. Zostanie na miejscu daje mi stabilność i bezpieczeństwo, czyli 3/10, z prawdopodobieństwem 90%.

9*100%+6*50% = 12

3*90% = 2.7

12 > 2.7, więc zmieniam pracę.

Niekiedy da się to fajnie wyliczyć. Niestety, bardzo często końcowy wynik wychodzi bardzo podobny i zrównoważony. Co wtedy?


Tu wraca nam badanie Levitta, od którego zaczęliśmy całą rozmowę. Przypomnijmy – uczestnicy startowali w sytuacji gdy nie wiedzieli co zrobić, mieli przed sobą duży lub mały wybór


Pierwszą ciekawostką wynikającą z niego był fakt, że samo wyrzucenie tej przysłowiowej „reszki” sygnalizującej zmianę, o ok. 25% zwiększało szanse na jej dokonanie. Co więcej, zachodziło to niezależnie od tego, czy same określały swoje przekonanie do zmiany na 10, 50 czy 90%. Po prostu taki przypadkowy zewnętrzny czynnik jak rzut (nieistniejącą!) monetą okazywał się mieć ogromną siłę wpływu na ich działanie. Sam Levitt wskazuje przy tym, że ten akurat wynik mógł ulec pewnemu zniekształceniu – potencjalnie więcej osób dokonujących zmianę brało dalej udział w badaniu, niż tych, którzy zmian nie dokonali.


Pozostałe dwa wyniki nie ulegają już takim zniekształceniom (sam autor zresztą bardzo sensownie analizuje co mogło ulec wypaczeniu i dlaczego, a co raczej nie).


Pierwszy wynik był taki, że po dwóch miesiącach zarówno w małych jak i dużych decyzjach nie było większego wpływu na poczucie szczęścia. Trudno ocenić, czy dobre i złe zmiany się równoważyły, czy zmiana w ogóle nie wpływała specjalnie na samopoczucie. Po prostu jak było, tak było.


Drugi wynik jest dużo ciekawszy. Dotyczył stanu pół roku po podjęciu decyzji. Na tym etapie osoby które zdecydowały się na zmianę dotychczasowej sytuacji, w poważnych kwestiach, były wyraźnie szczęśliwsze od tych, które pozostały przy dotychczasowej opcji.

Przeciętny efekt to 0.5 punktu na 10, ale ciekawiej robi się, gdy wgryziemy się w szczegóły. Największy efekt pojawił się tu przy zmianie pracy (aż 5.3 punktów różnicy w skali do 10!) oraz przy zakończeniu związku (2.6 punktów w skali do 10). (Precyzyjniej, było kilka większych efektów, ale obarczonych dużo większymi odchyleniami standardowymi, a więc dużo większym zróżnicowaniem potencjalnych wyników. Te dwie konkretne opcje wydają się być najpewniejsze.

Ciekawą anomalią (choć ograniczony dość dziwnymi kwestiami w odchyleniu standardowym) jest to potencjalnie silny negatywny efekt oświadczyn. (Trudno ocenić, czy to kwestia po prostu dziwnej statystyki, czy – jeśli wynik jest prawdziwy, jest pochodną np. tego, że oświadczyny w sytuacji dużej niepewności ich sensu, mogą negatywnie wpływać na osobę; nie jest to raczej efekt przygotowań do ślubu – przeciętny okres narzeczeństwa to 14.5 miesiąca, a tu sprawdzano wyniki po 6 miesiącach.)


Dane w badaniu nie są idealne – dokładniej rzecz biorąc, mam wrażenie, że dwa wyniki są efektem jakichś dziwnych literówek (przenosiny na 2 miesiącach mają wynik i odchylenie standardowe, które wydają się być niemożliwe w skali 1-10, podobnie jak odchylenie standardowe przy oświadczynach w 6 miesiącach). Wiele wyników ma też dość duże odchylenia standardowe, mimo dużej próby, co sugeruje, że indywidualnie będą tu potencjalnie spore różnice. Tym niemniej całe badanie wydaje się dawać bardzo ciekawe wskazówki odnośnie podejmowania decyzji. Przy małych decyzjach, albo patrząc krótkoterminowo, to co wybierzesz nie ma większego znaczenia, ale długoterminowo, jeśli naprawdę nie wiesz co wybrać, prawdopodobnie warto zdecydować się na zmianę.


Ma to sens w świetle tego, co wiemy n.t. emoprognozowania. Będziemy przeceniać koszt emocjonalny zmiany. Będziemy również nie doceniać pozytywnych potencjałów nowych sytuacji (choćby dlatego, że ich jeszcze nie znamy). Dlatego stając w sytuacji, gdy faktycznie nie wiemy co wybrać (i mówimy o dużej decyzji), wybranie zmiany wydaje się być dobrą opcją.

Tylko uwaga, bo to kluczowe – chodzi tu o sytuacje, gdzie faktycznie nie wiemy co wybrać. Zmiana dla zmiany nie jest wartością, jeśli jesteś szczęśliwy w swojej pracy, związku, itp. to dążenie do zmiany dla zasady NIE JEST dobrym wyborem. (Oczywiście, jeśli jesteśmy zdeterminowani by coś zmienić, cały problem w ogóle się nie pojawia.)


Trzeci wniosek, jaki możemy wysnuć – zacznijmy brać pod uwagę swoją odporność. Zacznijmy patrzeć na potencjalnie trudne przyszłe wydarzenia z perspektywy „hej, jakoś przecież będę sobie musiał z tym poradzić.” Ułatwi to nam trafniejsze ocenianie ich wpływu na nasze samopoczucie.


W końcu czwarty wniosek. Z faktu, że dużo trafniej emoprognozujemy relatywnie, niż obiektywnie wynika też, że w miarę dobrze będziemy w stanie przewidywać konsekwencje różnych decyzji wpływających na szerszą grupę. Np. gdy zespół wspólnie decyduje kto ma mieć dyżur przez święta, Twoje odczucie n.t. tego, że to Ciebie szczególnie to dotknie (lub odwrotnie, że najbardziej ze wszystkich będziesz miał z tym luz), prawdopodobnie będzie trafne. Dlatego o ile trudno może Ci być przewidywać dokładny wpływ sytuacji na Ciebie, powinieneś dużo lepiej przewidywać jej wpływ na całą grupę i sens swoich wyborów w świetle tego.


To wszystko to wciąż dość niewiele. O ile dobrze przebadaliśmy co jest nie tak w naszych procesach decyzyjnych, o tyle w badaniach „co możemy robić lepiej i jak” jest jeszcze ogromna przestrzeń do rozwoju. Liczę na to, że w kolejnych latach zobaczymy coraz więcej publikacji w tym zakresie i dostaniemy więcej konkretnych rozwiązań. Na razie musimy sobie radzić  tym, co mamy.



Tradycją jest już, że w okresie od Świąt do moich urodzin - 5-go stycznia - mamy na MindStore promocję. 

Tak jest i w tym roku. 30% na wszystko (niedługo będzie też okazja kupić kilka szkoleń otwartych zaplanowanych na 2019, tak stacjonarnych jak i webowych). Zapraszam!


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis