Przy okazji kilku ostatnich wątków na blogu, w tym dyskusji o GMO, powtórzył się dość ciekawy motyw.
Rozmówcy powoływali się na książkę, którą przeczytali, argumentując „przeczytaj tą książkę, zrozumiesz jak to wygląda naprawdę.”
Żadna z książek, na którą się powoływali, nie była publikacją, która przeszła recenzję koleżeńską (peer review), mówimy tu o publicystyce, nie o twardych badaniach.
Kurczę, muszę coś tutaj podkreślić. Jako autor 4 wydanych książek i sporego zbiorku innych w przygotowaniu…
To, że ktoś napisze to w książce, nie znaczy jeszcze, że jest to prawdą!
Nie ma żadnego specjalnego biura „testujemy wiarygodność naszych autorów i zgodność ich wypocin z faktami”. Nie ma żadnej komisji. Żadnej weryfikacji.
Każdy autor może sobie w książce napisać co tylko chce!
Może spisać to, co powiedziały mu głosy w delirium alkoholowym i stwierdzić, że to wyniki najnowyszych radzieckich badań. Może dowolnie naginać fakty, unikać podawania niekorzystnych dla siebie aspektów sprawy, a nawet wymyślać źródła i dowody!
To samo dotyczy zresztą wszelkich youtubowych epopei, które stały się biblią dla części środowiska rozwojowego.
Dlatego właśnie tak cenię badania opublikowane w pismach typu peer-review. Bo tam jest jakaś weryfikacja. Nie idealna, jasne – system zawsze można usprawnić. Ale nawet ta ograniczona weryfikacja jest lepsza niż dostępne alternatywy p.t. „napiszę składną bajeczkę i sprzedam to jako fakty.”
Więc pliz, z mojej strony, nie podawaj mi jako argumentu „przeczytaj tą książkę…”, „obejrzyj ten film…” Za to „przeczytaj to badanie” – z przyjemnością, zwłaszcza gdy podasz jeszcze jego replikacje ;)

Masz pytanie z zakresu kompetencji miękkich/soft skills? Kanał Self Overflow dostarcza odpowiedzi z tego zakresu, dostosowanych w szczególności do potrzeb osób z sektora IT. Co tydzień nowe filmy z odpowiedziami na pytania od naszych widzów!
Przykładowe pytania:










