Pisarze, z których czerpię

Planowałem dzisiaj napisać coś innego, ale w końcu mamy Dzień Pisarza i pomyślałem, że warto przygotować coś w temacie. Plus, często prosicie mnie o rekomendacje. Więc dziś będzie nieco osobiście, luźno, z przemyśleniami, domniemaniami, itp. Pisarze, z których prac czerpię, na różne sposoby. Co istotne, to nie będą tylko pisarze, których po prostu lubię lub cenię. Lista tych byłaby duuuuużo dłuższa. Do tej listy trzeba czegoś więcej, czegoś osobistego. Dlatego też zmienia się z biegiem czasu – kiedyś np. znalazłby się tu Robert Heinlein, dziś już niestety nie.

Peter Watts – biolog morski który zaczął pisać science fiction. I wyjątkowo jest to przede wszystkim SCIENCE, a fiction tak przypadkiem i w tle. Jego powieści mają więcej bibliografii niż niejedna książka popularnonaukowa – i widać, że jest to bibliografia przeczytana i zrozumiana, a przy tym niezwykle interdyscyplinarna, od fizyki, przez biologię, aż po psychologię. Z mojej perspektywy to facet operujący regularnie na ok. jednym poziomie wnioskowania nad moim. Co oznacza, że nadążam, ale regularnie skłania mnie do namysłu i poczucia „o wow”. Aż się boję wziąć za „Being no one” Metzingera, którą sam Watts parę lat temu przedstawiał jako najtrudniejszą książkę w swoim życiu. Jeśli wciąż tak jest, to szacuję tak 2-2.5 poziomy wnioskowania nad moim, więc może boleć (dlatego zaczynam od lżejszego „The Ego Tunnel”). Jeden z autorów, który regularnie skłania mnie nie tyle do rozmyślań, co do, jakkolwiek patetycznie to może zabrzmieć, zadumy.

Plus, jest to jeden z dwóch pisarzy, których napotkałem, co do których zdarza mi się rozważać suficką koncepcję ukrytego nauczyciela. (Mistrza sufickiego wykonującego normalny zawód i używającego tego zawodu do subtelnego nauczania swoich perspektyw.) Np. po jego Freeze-Frame Revolution bardzo długo rozkminiałem czy nie ma tam co najmniej kilku meta-poziomów powieści.


Matthew Desmond – chciałbym potrafić pisać tak, jak on pisze, opowiadać o faktach tak, jakby to była pierwszorzędna powieść. Jego „Evicted” pokazało mi rodzaj pisania, o jakim na razie mogę tylko marzyć, jakiego istnienia nie podejrzewałem nawet w kontekście utworów piszących o rzeczywistości, a nie o fikcji.


Cordelia Fine – tam, gdzie Desmond pokazał mi „jak”, Fine pokazała mi „co”. Potwierdziła, że moje oczekiwania książek nasyconych treścią, ale zrozumiałych nie są mrzonką czy naiwnym oczekiwaniem, ale czymś, czego czytelnicy mają prawo – a nawet obowiązek moralny – oczekiwać od autorów. A autorzy mają psi obowiązek te oczekiwania spełniać, zamiast masowo produkować chałturę kopiującą kopię kopii… Cordelia Fine jest kimś, kto postawił temu tamę tak pięknie, że w ciągu zaledwie dwóch miesięcy i dwóch książek awansowała na szczyt mojej listy.


Vilyanur Ramachandran – spośród wszystkich neurologów jakich czytałem, Ramachandran jest postacią do której mi najbliżej mentalnie. A to dlatego, że określiłbym go jako „tinkerera” (tak, jest polski odpowiednik, majsterkowicz, ale nie oddaje on znaczenia angielskiego terminu). Kogoś, kto widzi system i zaczyna myśleć „no w porządku, a co się stanie jak zrobimy to?

To człowiek, który odkrył wiele banalnie prostych, a jednocześnie zdumiewająco skutecznych metod terapeutycznych (np. terapia lustrzanym pudełkiem dla osób z bólami kończyn widmowych). Bez wykorzystywania drogich maszyn do badania mózgu, po prostu z ciekawością i podejściem „a co jeśli?” Jego testy są jednocześnie bezpieczne i fascynujące, proste i demonstrujące głębokie zrozumienie tego czym się zajmuje.


Oliver Sacks – Sacks jest w na wiele sposobów przeciwieństwem Ramachandrana. Równie zafascynowany co ten pierwszy, ale skupiony na obserwacji, katalogowaniu, popularyzacji. Tak jak nie jest to moja ścieżka, tak niewątpliwie ogromnie dużo skorzystałem z jego prac i mam nadzieję, że mam w sobie choć ułamek tej fascynacji i podziwu dla świata, jaki miał on.


Idries Shah – nurt suficki do dziś jest istotnym elementem mojego światopoglądu. Może dlatego, że – przynajmniej w ujęciu Shaha – tak blisko mu po prostu do współczesnej psychologii. Do łapania się na błędach poznawczych, automatyzmach i uwarunkowaniach. Do świadomości, że wszystkie te efekty działają u każdego z nas. Tak, u mnie też. U Ciebie również. Do przetłumaczenia różnych mistycznych przypowieści na język psychologii, „magii” na zwykłą pracę wewnętrzną. Co jakiś czas wracam do którejś z książek Shaha, jakie mam na półce. Niektóre zestarzały się średnio, ale większość i tak daje mi dużo.


Terry Pratchett – przy Wattsie wspomniałem, że mam dwóch autorów, których raz na jakiś czas zdarza mi się postrzegać jako „ukrytego nauczyciela” w ujęciu sufickim. Jego książki przekazywały bowiem między wierszami bardzo dużo. (Choć w końcowych latach życia demencja sprawiała, że wiele z tych przekazów robiło się już zbyt otwartych i bezpośrednich, pouczających zamiast uczących.) No i myślę, że dzielę z nim coś, co opisał pięknie Neil Gaiman – złość. Pratchett często był zły i szanował swoją złość. Rozumiał, że jest siłą napędową – do pisania o lepszym świecie, do prób zmiany go na lepsze. Do dostrzegania tego wszystkiego, co jako ludzkość możemy robić lepiej i nawoływania do takich właśnie działań.


Ramsey Dukes – nietypowy autor w tym zestawieniu. Mag chaosu, znany z takich książek jak „Seksualne tajemnice czarnych magów ujawnione” czy „Grzmotopisk: poradnik prawicowego anarchisty”. Autor, który systematycznie dbał o to, by przedstawiać czytelnikowi nowe idee tylko po to, by na koniec swojego przekazu sumarycznie mieszać je z błotem, wykpiwać i wyśmiewać. „Bo jaką przysługę bym ci robił, zamieniając jedną parę kajdan, na inną?”

Ten dystans jest czymś, co w nim cenię i do czego zmierzam.


Danny Wallace – normalny brytyjski gość, piszący o swoim mocno nienormalnym życiu. Ale to co go wyróżnia, od początku do końca, to ciepło i sympatia. Nie jest to ten rodzaj ciepła, który kiedykolwiek będę miał – jestem innego rodzaju człowiekiem, zmiana w tym kierunku byłaby dla mnie zbyt kosztowna. Ale jest to coś, na co zwracam uwagę, regularnie, by choć trochę kierować się w tą stronę.


I to tyle. Tak jak pisałem – nie są to najlepsi autorzy, czy najcenniejsi. Są to tacy, którzy są mi najbliżsi, na tą chwilę. Tacy, z których staram się czerpać i na których staram się opierać. Moi giganci, na których ramionach staję.

Jacy są Twoi?



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis