Partia polityczna „od środka” – studium przypadku .N

Kilka lat temu byłem członkiem partii .Nowoczesna i pomyślałem, że warto opisać takie doświadczenie „od wewnętrz”. Większość osób w końcu nigdy w partii nie była i nie za bardzo wie z czym to się je (sam nie wiedziałem!), takie studium przypadku może więc być dla nich ciekawe. (A dla tych, którzy są lub byli w innej partii może to być porównanie i okazja do uzyskania innej perspektywy, bo oczywiście inne partie mogą funkcjonować inaczej.) Jak to wygląda z perspektywy szeregowego członka (tl;dr dużo pracy i niespójnych oczekiwań z góry, dużo frustracji, lokalnie fajni ludzie), czemu politycy na górze podejmują takie a nie inne decyzje (tl;dr też nie wiemy), na ile poglądy członków partii przekładają się na jej program (tl;dr dość losowo).

W ramach jednej z lokalnych akcji na Kępie Potockiej na Żoliborzu

Do .N zapisałem się w „drugim rzucie” po powstaniu tej partii – nie w ramach wielkiej imprezy założycielskiej na Torwarze we wrześniu, ale po kilku miesięcy, gdy partia zaczęła jakoś działać. Byłem – podobnie jak chyba większość ówczesnych rekrutów – „sierotą” PO, osobą szukającą proeuropejskiej, trzymającej standardy partii, mającej szanse coś zrobić w polityce. (Na spektrum stawiałem się wtedy gdzieś między .N i Razem, ale Razem była wciąż postrzegana jako nie mająca większych szans na zaistnienie.) Podobnych osób – także patrząc po wynikach wewnętrznej ankiety światopoglądowej, jaka miała miejsce pod koniec mojej przynależności do partii – było w praktyce większość, natomiast w wewnętrznych sporach była bardzo aktywna dość nieduża, ale głośna grupa ekstremalnych neoliberałów. (Najgłośniejszy z nich, Jacek B. jest dziś aktywnym głosem Konfederacji.) Na początku zgłosiliśmy się do sekcji Warszawa-Bielany, ale szybko okazało się, że biorąc pod uwagę tematy i miejsce zamieszkania dużo lepiej pasuje Żoliborz. W tym oddziale spędziłem, jeśli mnie pamięć nie myli, koło dwóch lat, zaczynając gdzieś od początku 2016-go.

 

Jeśli chodzi o motywacje większości osób, które miałem okazję poznać – także tych, z którymi mogłem się programowo nie zgadzać – większość z nich faktycznie dołączyła się do partii ideowo. Mieliśmy poczucie, że jest oto szansa coś zmienić, naruszyć duopol POPiS i faktycznie wprowadzić do polityki nowe, europejskie standardy. Tak jak później słyszałem dużo od członków niektórych innych partii o tym jak to ogromna część polityki, zwłaszcza lokalnej rozjeżdża się o różne stołki w komunalnych spółkach i podobne sposoby na karierę, totalnie tego nie doświadczyłem tutaj. (Znaczenie może mieć to, że Żoliborz jest dość zamożną dzielnicą, więc prawdopodobieństwo, że ktoś dołączy do partii dla kariery jest automatycznie niższe, ma karierowe alternatywy. Zresztą w partii nie u władzy, nawet popularnej, tych opcji karierowych nie ma jakoś wiele.)  Jasne, zdarzały się też osoby których główną motywacją było parcie na szkło. Albo po prostu skrajnie nieetyczni, wręcz psychopatyczni karierowicze. Były to jednak jednostki (choć ze względu na swoje parcie/ambicje często dość widoczne wewnętrznie i dysproporcjonalnie wpływające na całość działania partii). Nasza lokalna grupa miała tak fajne osoby, że to właśnie przez lojalność dla nich siedziałem w partii przynajmniej rok dłużej, niż powinienem i dopiero kolejne, i kolejne problematyczne zachowania „naszych” posłów, typu głosowaniu przeciwko prawu do aborcji, skłoniły mnie do stwierdzenia „dość” i rzucenia legitką. Wciąż jednak cenię tych lokalnych działaczy, których tu poznałem.

 

Co ciekawe, gdy jako partia przeprowadziliśmy w 2017 wewnętrzną ankietę na temat poglądów, nasze przeciętne partyjne poglądy okazały się być raczej na lewo od programu partii, łącznie z poparciem dla WYŻSZYCH podatków. (Do dziś bawi mnie wspomnienie oburzenia i prób racjonalizacji tego wyniku ze strony wspomnianego Jacka B.) Ten wynik potwierdzał moją hipotezę, że większość osób w .N, a potencjalnie i większość wyborców, to były raczej osoby centrowe, które chciały czegoś na wzór chadecji czy nawet socjaldemokratów, niż libertariańscy zwolennicy niskich podatków i zerowego państwa. Gorzej, że lider partii był właśnie taką osobą. (Jeśli chodzi o posłów, było różnie, część jak mieliśmy okazję spotkać była otwarta na dane, część powtarzała sprzeczne z wiedzą naukową banialuki.) Jest to też ciekawą ilustracją tego, że posłowie mogą mieć mocno odmienne zdania od realnego aktywu partyjnego i koniec końców to opinie posłów często wygrywają (co najwyżej kosztem części aktywu rzucającego legitkami).

Codzienność życia partyjnych dołów

Szeregowy członek partii liczy się tak naprawdę w trzech, może czterech kontekstach:

a) jako źródło składek (co było szczególnie istotne w .N po odrzuceniu sprawozdania finansowego),

b) jako głosy przy wyborach wewnętrznych,

c) (przede wszystkim) jako głowy na demonstracjach oraz ręce i twarze przy lokalnych działaniach,

d) ewentualnie jako pomoc w rekrutowaniu kolejnych członków.

 

W praktyce wyglądało to tak, że spotykaliśmy się co jakiś czas (chyba zwykle raz na dwa tygodnie, ale już przyznam, że niespecjalnie pamiętam) w zaprzyjaźnionym lokalu (w zależności od dzielnicy były to zwykle albo biura poselskie/biuro .N, albo biura zaprzyjaźnionych organizacji), dostawaliśmy informacje o planach i projektach z góry, omawialiśmy ewentualne lokalne sprawy, jeśli nas interesowały, ogarnialiśmy zrzutki i rozchodziliśmy się do domów. W czasie mojej przynależności było też kilka lokalnych projektów, na które umawialiśmy się poza biurem, oraz dwa szersze projekty ( z których niewiele wyszło i na które zgadywaliśmy się typowo w jednym z biur poselskich lub w siedzibie partii, póki ta płaciła za nią absurdalne, jak na swój budżet pieniądze). Raz na jakiś czas była jakaś akcja, np. zbierania podpisów pod protestem nauczycieli, wtedy umawialiśmy się w jakimś miejscu (np. w parku Kępa Potocka czy przy placu Wilsona) i przez kilka godzin podchodziliśmy do ludzi z prośbą o podpisy czy wypełnianie ankiet. Choć byliśmy małym kołem, nie wiem czy nie najmniejszym w Warszawie, to pod tym względem byliśmy całkiem efektywni, regularnie zajmując dość wysokie miejsca w „rankingach”. (Tak, tak, koła były rozliczane z ilości podpisów, wypełnionych ankiet, itp.) Dla mnie była to zresztą okazja do testowania różnych praktycznych rzeczy z mojego zakresu. („A co będzie jak podejdę z takim statusem? A co z takim? A co na taki sposób?” Itp.) Zwykle takie zbieranie to było jakieś 3-4 godziny od osoby, z wymieniającymi się osobami, najczęściej działając co najmniej w parach, choć bywało tu różnie.

Tu zdecydowaną przewagą naszego koła była zdecydowanie jego liderka, która była (i pozostaje) urodzoną aktywistką, angażującą się nieustannie w ogromną masę projektów i mającą przez to dużo nieformalnego wpływu w dzielnicy. Gdyby nie ona, tak małe koło rozpadłoby się błyskawicznie. (Czemu koło było tak małe? Cóż, Żoliborz to mała dzielnica, do tego wśród naszych członków brakowało osób mających największy potencjał rekrutacyjny – rodziców z dziećmi w wieku szkolnym.)  Ogólnie ten aspekt .N wspominam dobrze i ruszyliśmy tam przy okazji kilka lokalnych inicjatyw i rozwiązań, więc była w tym pewna wartość lokalna. Pod tym względem lokalne zaangażowanie partyjne (czy po prostu pozarządowe) może mieć wartość, nawet jeśli partia na poziomie szerszym niekoniecznie robi rzeczy, które nam pasują.

 

Co ważne, na poziomie lokalnym nie było w partii jakiejś ambicji typu „my jesteśmy zajebiści, macie nas docenić” (no, przynajmniej w większości, zdarzają się wszędzie jednostki, które do polityki trafiają z przyczyn narcystycznych, akurat z naszego koła jedyna taka osoba wyleciała jeszcze przed moim dołączeniem). Zdawaliśmy sobie sprawę doskonale, że jesteśmy śrubkami w wielkiej maszynie, że jak idziemy na demonstrację to jesteśmy po prostu kolejną głową do policzenia, kolejną parą rąk trzymającą petycję, itp. Nie oczekiwaliśmy bynajmniej jakiegoś wyróżnienia za to. Jesteśmy szeregowymi członkami ruchu, rozumiemy gdzie jest nasze miejsce. Nie oczekujemy, że wszyscy będą nas słuchać. Oczekujemy natomiast – i tego niestety nie dostajemy – jasnej komunikacji ze strony góry, spójnego przekazu, a jeśli jednak byłoby nieco komunikacji również „dół-góra” to w ogóle super.

Nie jest więc tak, że zniechęcenie do partii wyszło z urażonej ambicji. Wiedzieliśmy, że mamy robić swoje, że koniec końców jesteśmy bardziej nogami i gębą, niż mózgiem. To było zrozumiałe, jesteśmy członkami ruchu, jesteśmy gotowi włożyć wysiłek w naszą pracę. To co było natomiast skrajnie, nieopisywalnie demoralizujące, to sytuacje gdy nasze wysiłki były raz za razem marnowane przez partyjną „górę”.

 

Zmarnowane szanse i porzucane pomysły

Niestety, komunikacja między dołem i górą partii… była w zasadzie jednostronna. W efekcie nie dość, że wiele fajnych oddolnych inicjatyw błyskawicznie umierało, to jeszcze regularnie czuliśmy, że góra robi rzeczy bez ładu i składu, bez podstawowego zrozumienia prawideł marketingowych, itp. Co było o tyle irytujące, że non stop słyszeliśmy jak to partia jest w złej sytuacji finansowej (za co finalnie chyba nie wyciągnięto żadnej odpowiedzialności!), a jednocześnie podejmowała co i rusz decyzje wręcz idiotyczne, albo po prostu zupełnie ad hoc. Dla przykładu, choć mieliśmy przygotowany przez wewnętrznych partyjnych ekspertów program naprawy służby zdrowia… Trafił on do kosza na rzecz kilku nieprzemyślanych punktów na prezentację, bo przecież trzeba jakoś zareagować jak PiS przedstawił własny program. Zamiast długoterminowej strategii mieliśmy jako partia nawet nie taktykę, a chaotyczne miotanie się od konferencji prasowej do konferencji prasowej.

Takie nieoptymalne alokowanie zasobów partii było zresztą nagminne. Ogromna ilość pomysłów, jakie wdrażaliśmy wymagała dużo wysiłku, często sporego budżetu (co przy nieustannym głodzie finansowym było wyjątkowo bezsensowne), bez krzty refleksji nad efektywnością takich działań. Prawda jest bowiem taka, że partia bez finansów powinna opierać się głownie na narzędziach marketingu wirusowego i partyzanckiego, my tymczasem mieliśmy tak „błyskotliwe” pomysły jak pocztówki z życzeniami świątecznymi do wszystkich obywateli Warszawy. Tak, dokładnie ten przedświąteczny spam, który wszyscy natychmiast wrzucają do kosza. No, dla redukcji kosztów mieliśmy te pocztówki roznosić sami, zamiast wysyłać ich pocztą.

Podobnym problemem było nie tylko wynajmowanie ogromnego biura na potrzeby partyjne – w momencie gdy nie mieliśmy pieniędzy! – ale też ewidentne za to biuro przepłacanie, jak się później dowiedzieliśmy. Gdyby partia popytała w dół, dowiedziałaby się, że są w niej eksperci od ogarnięcia komunalnych lokali na działalność różnych organizacji za nieporównywalnie niższe stawki. Ale nie popytała, płaciła na wolnym rynku i przepłacała potężnie.

Jednak największym chyba marnotrawstwem było najpierw ciągnięcie przez jakieś dwa lata projektu eksperckich grup mających przygotowywać program partii (choć fakt, że weryfikacja ekspertyzy w tych grupach nie była nijak prowadzona, więc – zwłaszcza w kontekście ekonomii – była tam potężna tendencja do „takmisięwydajęizmu”). Przynajmniej część tych grup zrobiła naprawdę kawał dobrej pracy… Po czym wszystkie ich wyniki poszły do piachu. W efekcie nie tylko masa pracy i czasu poświęconego przez ludzi po godzinach została zmarnowana, ale też część naprawdę jakościowych osób – kompetentnych, zaangażowanych, z autorytetem – we frustracji cisnęła legitką.

Oddzielnym absurdem w partii była swego rodzaju obsesja, jaką średni szczebel (bo góra z nami zwykle nie miała kontaktu) wykazywał w kontekście Twittera. Nawoływania do Twitterowych wojen, zaangażowania w dyskusje na Twitterze pod profilami polityków .N itp. były tak regularne, jak absurdalne. W Polsce bowiem Twitter nie ma ani nigdy nie miał większego znaczenia – siedzą na nim dziennikarze, politycy, sportowcy i (od jakiegoś czasu) K-poperki. Ma praktycznie zerowy wpływ na realną opinię publiczną. Nawoływanie do większej aktywności na Twitterze było więc absolutnie bezsensowne z perspektywy optymalnej alokacji zasobów partii… Ale dobrze wpisywało się w ogląd świata góry i stąd było tak ważne dla średniego szczebla partii, chcącego się przypodobać górze.

Nie pomagało też ignorowanie inicjatyw. Mieliśmy np. wśród członków iluś ekspertów od PR, wystąpień publicznych, itp. Osób, które powinny były wziąć w obroty naszych posłów i odpowiednio ich przeszkolić. Daliśmy taką ofertę. Gratis, w czynie społecznym, szereg różnych osób. Nie spotkało się to jednak z jakimkolwiek odzewem, a „Rysiu” zwykł popełniać w wywiadach dalej te same błędy.

 

Lekcje, jakie wynoszę z .N

Myślę, że największym problemem był brak jasnych, efektywnych ścieżek komunikacji w partii. Przekaz szedł z góry w dół, do tego jak chciał. Przekaz z dołu w zasadzie nie miał jak docierać do góry, czasem jakiś lokalny lider „przycisnął” kogoś z posłów na spotkaniu, ale i z tego niewiele zwykle wynikało. Istniały niby fora internetowe partyjne, ale były tam (przynajmniej w wypadku forum Warszawskiego) dość specyficzne sytuacje, z jednej strony dużo wewnętrznych wojenek, z drugiej pewna presja na to, by „wszystko dobrze wyglądało wobec posłów”. Z perspektywy wydaje się to powiązane z tym, że część osób średniego szczebla miała karierowe ambicje powiązane z partią, walczyła więc tam niejako o swoje dochody i jakość życia. Tym bardziej utrudniało to jednak przekaz dół-góra.

 

Jeśli miałbym z tego wyciągnąć lekcję, to przede wszystkim o tym jak kluczowe jest rozplanowanie dobrej struktury komunikacyjnej – i to wielopoziomowej – przy dowolnej organizacji. W jakimś sensie jest to coś, z czym regularnie stykam się biznesowo. Szkoląc firmy IT bardzo często trafiam na sytuację, gdy firma zmaga się z etapem wzrostu w którym już nie są na poziomie 'masz coś to podejdź i pogadamy’, bo tych ludzi do pogadania jest zbyt wielu, a ścieżki komunikacji jeszcze nie zostały wykształcone. .N było doskonałym przykładem tego jak to wygląda w przypadku partii, która z jednej strony od początku była projektowana na cały kraj, ale której ścieżki komunikacji zawodziły nawet na poziomie miasta stołecznego. Nic dziwnego, że funkcjonując bez dobrego szkieletu koniec końców zaliczyła implozję i została de-facto wchłonięta przez PO.

 

Po drugie, casus .N wyraźnie pokazuje jak kluczowe jest skupienie działań promocyjnym na tym, co faktycznie działa, a nie na tym, co się komuś spodoba jako „fajny pomysł, róbmy”. Oraz jak ważne jest robienie rzeczy po niskich kosztach, korzystając z wewnętrznych zasobów. Może to być problematyczne zwłaszcza, gdy szefostwo partii wywodzi się z dużego biznesu i przyzwyczajone jest do tego, że poniżej pewnego poziomu o pieniądzach się w zasadzie nie myśli. Biuro kosztuje 2 czy 10 tysięcy miesięcznie? To jedno i to samo, co za różnica!  Jak się okazuje duża, zwłaszcza gdy partia nie ma subwencji. Dlatego oszczędne podejście od początku projektu jest tu również bardzo cenne. (Oszczędne nie oznacza tanie, ale jednak z refleksją nad tym, czy dane działanie faktycznie przyniesie efekty.)

Oszczędność ważna jest też w kontekście ludzkiej pracy. Jeśli uruchamiamy projekt, to tylko pod warunkiem jasnego planu wdrożenia. Jasne, mogą tam być kryteria odcięcia, jeśli nie zrealizujemy XYZ to rezygnujemy, ale to też trzeba wtedy jasno komunikować. Nie ma nic gorszego, niż raz za razem dawać ludziom poczucie, że ich praca nie ma znaczenia, bo właśnie ten czy tamten poseł powiedział coś nie tak, i odmrażanie sobie tyłka na kolejnych akcjach przestaje mieć znaczenie. (To niestety specyfika takiej działalności, że bardzo dużo sympatii buduje się aktywnościami lokalnymi, ale traci się globalnymi akcjami, nad którymi nie ma się kontroli. Co tym bardziej wskazuje na znaczenie treningu medialnego, z którego nasi posłowie nie zdecydowali się skorzystać.)

 

Trzecią nie tyle lekcją, co potwierdzeniem po raz kolejny tego co już widziałem jest świadomość tego, jak odpowiednie lokalne przywództwo i zaangażowany zespół potrafią utrzymać ludzkie zaangażowanie nawet wbrew wyjątkowo poważnym błędom na poziomie całej organizacji – i czemu organizacja powinna stawać na głowie, by takich liderów zdobywać i utrzymywać.

 

Z perspektywy, czy to była dobra decyzja? Czy był sens poświęcić tych n-set godzin na zaangażowanie na rzecz .N?  Cóż, mam mieszane uczucia. To jakieś doświadczenie, którym mogę się i z Wami nimi podzielić. Czy mam poczucie, że zrobiliśmy w ramach tego coś dobrego? Na poziomie lokalnym tak. Czy cokolwiek szerzej? Nie i tu jest sporo frustracji pt. „masa naszego wysiłku raz za razem rozwalana przez arogancję i brak zainteresowania góry”. Doceniam znajomości, jakie nawiązałem – nie są super bliskie, ale dobrze tych ludzi znać. Ogólnie, patrząc na ilość czasu, pewnie wybrałbym dziś inną opcję

 


Jeśli planujesz nabyć coaching lub materiały z MindStore, a ma dla Ciebie znaczenie VAT, to prawdopodobnie tylko przez najbliższych kilka tygodni będzie jeszcze możliwość nabycia czegokolwiek bezvatowo. Gdzieś między końcem czerwca i końcem lipca przekroczę kwotę uprawniającą do podmiotowego zwolnienia z VAT, co będzie wiązało się ze stosowną podwyżką cen tak pracy indywidualnej, jak i e-kursów. 
Jeśli potrzebujesz omówić kwestię indywidualnie, napisz do mnie na artur@changemakers.pl 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Poprzedni wpis