O co chodzi z tym fat-shamingiem?

Czy osoby z nadwagą należy krytykować i punktować, tak by w końcu wzięły się za siebie? Czy przeciwnie, może warto wskazywać na to, że nasze standardy urody są nierealne i nie ma co się na nich fiksować? Pierwsze podejście bywa punktowane jako okrutne i szkodliwe, drugie jako szkodliwe i nieodpowiedzialne. Jak to w rzeczywistości wygląda?

 

Ciałopozytywność (body positivity) to ruch społeczny występujący przeciwko jednostajnym i nierealistycznym standardom urody, jakimi bombardują nas media. Jego celem jest nauczenie ludzi akceptacji ciał w każdym kształcie, a nie tylko niewielkiego promila ludzi, u których wyjątkowa mieszanka genetyki, ekstremalnej dedykacji oraz, powiedzmy sobie szczerze, ogromnych pieniędzy, umożliwia osiągnięcie pewnego ekstremalnego (i jednocześnie wyjątkowo wąskiego) standardu wyglądu. Zamiast skupiać się na takich nierealnych, a często też po prostu niezdrowych standardach, ciałopozytywność skupia się na docenianiu i wspieraniu zdrowia ludzkiego ciała i jego funkcjonalności. Choć najczęściej koncepcja ta pojawia się w kontekście standardów wagi, warto mieć na uwadze, że dotyczy całego zakresu wyglądu naszych ciał, w tym wzrostu, różnych kształtów ciała, różnego wyglądu skóry (w tym np. blizn), czy też np. niepełnosprawności. Pisałem już o tym ruchu (jak i o nierealnych oczekiwaniach z naszej kultury, które dotykają nawet absurdalnie wycyzelowane osoby), nie chcę więc tu się na nim za bardzo skupiać. Dziś chciałem się bardziej odnieść do jego typowej krytyki, która mówi nam też dużo o tym, jak jako społeczeństwo podchodzimy do kwestii otyłości… Oraz na ile takie podejście ma sens. (Spoiler alert: nie ma.)

Ilekroć bowiem pojawiają się akcje z zakresu ciałopozytywności, bardzo szybko następuje kontrreakcja. Ruch jest krytykowany za “promocję otyłości”, która jest przecież, “jak wszyscy wiemy” niezdrowa. Zwolennicy ruchu odpowiadają zarzutami o fat-shaming i fat-fobię, zawstydzanie ludzi otyłych oraz niechęć do nich. Przeciwnicy wskazują, że przecież chcą tylko dobrze dla osób otyłych, których zdrowie jest zagrożone. Kto ma tu rację? Cóż, żeby na ten temat odpowiedzieć, trzeba przyjrzeć się temu jak działa w ogóle otyłość, dlaczego tłuszcz miałby być szkodliwy dla zdrowia, ale też społecznym normom, jakie mamy odnośnie otyłości.

 

 

Czy otyłość jest szkodliwa dla zdrowia? To skomplikowane…

Nasze ciało jest bardzo złożonym systemem. Z tego powodu jakiekolwiek definitywne deklaracje co do zdrowia, pomijając ekstremalne przypadki, są po prostu trudne. Sprowadzanie złożonych zjawisk do prostych wskaźników bywa użyteczne przy dyskusji zjawisk w skali populacyjnej, ale gdy przechodzimy do konkretnych osób, do porównania konkretnego Zegrzysława i konkretnego Franka, to, cóż, robi się to dużo bardziej problematyczne.

 

Jasne, jeśli mówimy o skrajnej, chorobliwej otyłości, osobach ważących 150 czy 200 kilogramów, możemy jednoznacznie wskazać, że jest to szkodliwe dla ich zdrowia. Tyle tylko, że samo to niewiele nam mówi. Bo stara zasada “dawka czyni truciznę” obowiązuje również tutaj. Nawet woda może być trucizną, jeśli wypijemy jej za dużo i wypłukamy z siebie zbyt wiele elektrolitów. Z tego względu przywoływanie przykładów osób chorobliwie otyłych w dyskusji o otyłości w ogóle jest po prostu chochołem. Nikt nie podważa, że na tym poziomie jest to problemem. Natomiast gdy mówimy o nadwadze czy lekkiej otyłości, tu już obraz ulega znaczącemu zaciemnieniu. Żeby zrozumieć dlaczego, potrzebujemy odpowiedzieć sobie na pytanie, które wydaje się tak oczywiste… Że niemal nikt nie próbował sobie na nie wprost odpowiedzieć. Bo gdyby próbował, to odkryłby, że jasnej odpowiedzi wciąż nie mamy. (Choć mamy trzy hipotezy, potencjalnie współwystępujące.)

Pytanie to brzmi: dlaczego konkretnie nadmiar tłuszczu miałby być szkodliwa dla zdrowia? Jakie są tego mechanizmy?

 

No cóż, generalnie rzecz biorąc, nie jesteśmy pewni. Mamy pewne hipotezy, ale żadna nie jest jeszcze finalnie potwierdzona, a wszystkie zawierają do tego szereg zastrzeżeń

 

Pierwszy mechanizm jest związany z tym, jak tak naprawdę działa w naszym organizmie przechowywanie tłuszczu. Popularnym wyobrażeniem jest bowiem to, że gdy tyjemy, to powstają w nas nowe komórki tłuszczowe, które potem musimy sobie przerobić na paliwo. Jest to jednak wyobrażenie błędne. Liczba naszych komórek tłuszczowych jest generalnie dość stała w toku życia. Działają one natomiast jak balony (tylko zamiast powietrza czy helu, wypełniane tłuszczem). Ale żaden balon nie może się rozrastać w nieskończoność. Co prawda nasze komórki tłuszczowe nie pękają popisowo, ale w pewnym momencie sygnalizują “dość”. I tak naprawdę dopiero tutaj pojawia się potencjalny problem, bo póki Twój tłuszcz jest zawarty w Twoich komórkach tłuszczowych, to jest to generalnie spoko. Gdy one już jednak nie dają rady, wtedy zaczyna być upychany wszędzie gdzie się da. I tu się zaczyna robić problem, bo reszta Twojego ciała niekoniecznie jest dobrze przystosowana do tego, żeby wszędzie walał się tłuszcz i jego obecność może już być problematyczna, nawet czysto mechanicznie, np. uciskając pewne obszary czy utrudniając mobilność innych.

Wiecie, to jak z książkami. Póki są w przeznaczonych półkach, jest spoko. Ale gdy półki przestają je mieścić i stosy książek zaczynają rosnąć wszędzie, gdzie tylko się da, z czasem życie w takim miejscu robi się coraz trudniejsze. (Albo jak z planszówkami. Albo dowolną inną kolekcją. Znam nawet taki case odnośnie piwa craftowego, gdziekolwiek otworzysz w domu tej osoby szafkę, będzie tam upchnięte jakieś piwo craftowe.)

Tylko z książkami, niektórzy mają wielkie meblościanki na swoją biblioteczkę, a inni marną półkę. Innymi słowy, różnimy się bazową pojemnością, po której przekroczeniu której zaczynają się robić problemy. I wiesz co? Z tłuszczem jest podobnie. Istnieją bardzo duże genetyczne różnice między indywidualną “pojemnością” komórek tłuszczowych. Widzimy to wyraźnie w Azji południowowschodniej, gdzie mieszają się ludzie z dość zróżnicowanych grup etnicznych. I okazuje się, że o ile osoby pochodzenia maoryskiego czy polinezyjskiego mają wprawdzie tendencję do tycia, to jednocześnie potrzebują osiągnąć bardzo dużą wagę, by pojawiły się u nich negatywne objawy związane z otyłością, takie jak cukrzyca typu drugiego. Tymczasem żyjący obok nich ludzie pochodzący z południowych Indii mogą mieć te same objawy cukrzycy typu drugiego już na krawędzi BMI uznawanego typowo za zdrowe! Innymi słowy, bez wzięcia pod uwagę genetyki, trudno ocenić na ile danej osobie faktycznie będzie szkodził dany poziom otyłości. Nie wiemy bowiem, czy jej komórki tłuszczowe są już przepełnione, czy spokojnie mogą jeszcze zgromadzić więcej. (Swoją drogą, ten mechanizm działania tłuszczu sprawia, że niewiele jest tak złych decyzji w kontekście wagi jak liposukcja. Dosłownie bowiem usuwamy wtedy część naszych komórek tłuszczowych, więc zmniejszamy nasz bezpieczny limit tłuszczu w organizmie.)

 

Drugi mechanizm jest powiązany z pierwszym. Przechowywany poza komórkami tłuszcz, to między innymi tzw. tłuszcz trzewny. Od kilkunastu lat wiemy już, że tłuszcz sam w sobie jest gruczołem. Podobnie jak Twoje nadnercza czy przysadka, również Twój tłuszcz produkuje szereg hormonów, między innymi mówiących Twojemu organizmowi kiedy może stwierdzić, że jest syty, a kiedy ma dalej poszukiwać jedzenia. O ile jednak tłuszcz w komórkach tłuszczowych działa dość typowo, o tyle tłuszcz poza tymi komórkami, zwłaszcza tzw. tłuszcz trzewny, który normalnie gromadzi się w Twojej jamie brzusznej, wokół Twoich narządów, jest gruczołem hiperaktywnym. Ma to pewne zalety (potrafi dużo mocniej reagować na zmiany środowiskowe, czyli np. stylu życia), ale generalnie ta hiperaktywność gruczołu, zwłaszcza w otoczeniu innych gruczołów, jest po prostu ryzykowna. (Co ciekawe, tłuszcz wisceralny wydaje się mieć ten efekt niezależnie od jego położenia, eksperymenty z jego wymienianiem z tłuszczem podskórnym np. z pośladków pokazały, że pozostaje hiperaktywnym gruczołem niezależnie od miejsca w którym się znajduje. Tu znów mamy czynniki genetyczne – to, czy poza Twoimi komórkami tłuszcz pójdzie przede wszystkim do trzewi czy w inne miejsca też jest zależne od osoby.

 

Trzeci mechanizm również jest powiązany z pierwszym. Niektórzy badacze sugerują bowiem, że gdy komórki tłuszczowe są na granicy zapełnienia, organizm odczytuje to jako uszkodzenie i uruchamia reakcję zapalną. Taka reakcja ma normalnie pomóc Twojemu organizmowi w leczeniu, ale jeśli jest podtrzymywana zbyt długo, nawet na niskim poziomie, może prowadzić do uszkodzeń organizmu. Tu również mielibyśmy do czynienia z szeregiem genetycznych czynników – od pojemności komórek tłuszczowych, przez łatwość uruchomienia reakcji zapalnej, aż po odporność organizmu na długotrwałe stany zapalne.

 

W końcu, czwarty, najprostszy mechanizm, mówi po prostu o tym, że im większa waga, tym większe obciążenie organizmu. Co istotne, tu nie ma większego znaczenia czy ta waga bierze się z otyłości, mięśni, wzrostu, itp. Po prostu, im więcej nosimy, tym większe zużycie systemu, niezależnie od wszystkiego. Serce musi ciężej pracować pompując krew, stawy muszą ponosić większe obciążenie, itp. Tu owszem, otyłość będzie miała znaczenie, ale porównywalne z dużą masą mięśniową.

 

Podsumowując, wpływ nadmiaru tłuszczu na nasze zdrowie jest złożony i pośredniczony wieloma czynnikami genetycznymi. Co więcej, badania wydają się sugerować, że wraz z kolejnymi pokoleniami zmienia się “preferowane” BMI. O ile 50 lat temu zdecydowanie najlepiej wypadały osoby z BMI ok. 23, o tyle świeże badania z Danii pokazały, że najzdrowiej wypadają osoby z BMI 27 (a więc klasyfikowane jako mające nadwagę), podobne dane wydają się pojawiać też w USA (patrz też tutaj). Wiemy też, że u osób starszych przechodzących poważne operacje, nadwaga czy otyłość są czynnikami zwiększającymi szanse na przeżycie (po prostu organizm ma więcej zapasów, na których może się opierać, patrz np. tutaj czy tutaj ), choć akurat ten czynnik może być niwelowany przez zwiększone ryzyko takich operacji powiązane z nadwagą czy otyłością. O ile chorobliwa otyłość jest niewątpliwie szkodliwa i warto ją za wszelką cenę zwalczać, o tyle sytuacja robi się dużo, dużo bardziej zróżnicowana w przypadku osób jedynie umiarkowanie otyłych czy mających nadwagę. Tu duże znaczenie ma genetyka, a jeszcze większe – inne elementy stylu życia.

 

Porównajmy sobie bowiem wspomnianych Zegrzysława i Franka. Zegrzysław ma umiarkowaną nadwagę, BMI 31, ale regularnie trenuje (4x w tygodniu 30 minut + 1x 2h), do tego stara się zdrowo odżywiać, pilnuje odpowiedniej ilości owoców i warzyw w diecie, oraz ogranicza alkohol. Nie zawsze mu wychodzi, jasne, ale generalnie w miarę o siebie dba. I jest też Franek. BMI 23, do niedawna idealne… Ale z kanapy podnosi się tylko po nowe piwo z lodówki, połączone z dietą złożoną z zupek chińskich i chipsów. Który z nich będzie miał szybciej problemy zdrowotne? Który większe? No właśnie.

Z tego powodu w medycynie zaczyna się – powoli i z wielkimi oporami, bo podważa to uznany przez dziesięciolecia dogmat o szkodliwości nadwagi – odchodzić od liniowego myślenia w kategoriach wagi, a zwracać większą uwagę na inne czynniki. Na jakość odżywiania. Skłonność do ruchu i poziom aktywności fizycznej. Zakres mobilności. Rzeczy, które owszem, są też skorelowane z ryzykiem nadwagi, ale wcale nie są z nimi liniowo powiązane. W literaturze pojawiają się takie terminy jak paradoks otyłości, czy “fat-fit”, “grubi w dobrej formie” (taa, zdecydowanie gorzej się to tłumaczy na polski :P ). Zaczyna się zwracać uwagę na to, że optymalne BMI może się zmieniać wraz z wiekiem (co byłoby dobrym wyjaśnieniem wspomnianych wyników z Danii czy USA – w miarę jak stajemy się bardziej długowieczni i przeciętnie starsi jako populacja, optymalne BMI również zaczyna inaczej wyglądać).  Co kluczowe, o ile znaczenie otyłości dla zdrowia jest zróżnicowane, o tyle absolutnie wszystkie badania wskazują, że regularny ruch oraz zdrowe odżywianie są jak najbardziej czymś wartościowym. Tu nie ma kontrowersji czy wątpliwości.

 

Podsumowując tą część – szkodliwość otyłości jest złożona i w dużej mierze zróżnicowana, choćby przez wiek czy czynniki genetyczne. Dlatego dużo lepszymi kryteriami może być skupienie się na takich celach jak usprawnienie odżywiania czy więcej ruchu. (Co kluczowe, interesuje nas tutaj więcej ruchu dla zdrowia, nie więcej ruchu dla utraty wagi. To drugie może mieć bowiem paradoksalny efekt, do którego sobie jeszcze wrócimy.) Innymi słowy, namawianie ludzi do zdrowszego trybu życia NIEZALEŻNIE od ich wagi okazuje się być dużo lepiej uzasadnionym celem, niż namawianie ich do samej utraty wagi. Ruch ciałopozytywności może tu więc mieć raczej pozytywny efekt, zachęcając osoby o różnym kształcie ciała, różnej masie, itp. do większego dbania o swoje ciało po prostu.

 

Czemu więc wywołuje to taki opór i taką nagonkę? Skąd te oskarżenia o “promowanie otyłości”? Cóż, wydaje się, że jednym z kluczowych czynników może być to, że otyłość nie jest postrzegana jako kwestia zdrowotna, tylko w kategoriach zachowań moralnych i słabości charakteru.

 

Otyłość jako grzech

W naszej kulturze otyłość jest traktowana jako przejaw moralnej słabości. Formalnie mówimy o niej jako o chorobie, ale w praktyce traktujemy ją, chyba najbardziej ze wszystkich, jako coś, czemu osoby cierpiące są sobie same winne. W końcu “nikt im na siłę tego żarcia do ust nie pakował”. “Wystarczyłoby, żeby nie jadły, wykazały się odrobiną siły woli i już wyglądałyby normalnie”. Osoby otyłe postrzegane są typowo jako leniwe, obdarzone słabą wolą, niekiedy wręcz obrzydliwe. Co ciekawe, efekt ten jest jednostronny – wszyscy akceptujemy, że anoreksja, jedzenie za mało, jest zaburzeniem wymagającym leczenia i raczej nie spotykamy się z obwinianiem osób anorektycznych za ich decyzje żywieniowe. Gdy jednak przechodzimy do otyłości, nagle uruchamia nam się tendencja do ostrych ocen moralnych.

To podejście jest o tyle problematyczne, że genetyka ma bardzo duży wpływ na otyłość. Nie mówię tu nawet o kwestii różnic metabolicznych (te również są, aczkolwiek są na tyle złożone, że jeszcze długo nie będziemy mogli zidentyfikować odpowiedniego zakresu genów), ale różnic na poziomie odczuwanego łaknienia, sytości, itp. O ile istnieje kilka pojedynczych genów wprost przekładających się na dramatyczną otyłość (np. geny prowadzące do braku reakcji na leptynę, jeden z hormonów sytości), o tyle u większości populacji jest to raczej kwestia częściowych skłonności, wynikających z interakcji ponad 100 zidentyfikowanych genów. (Ponieważ zaś każdy może występować w 0, 1 lub 2 wariantach, mówimy tutaj w teorii o 200 kombinacjach, w praktyce rozkład tych kombinacji bliższy jest rozkładowi normalnemu.) Posiadanie nawet jednej kopii niektórych z tych genów może oznaczać dodatkowe 1.5kg wagi, +3kg w przypadku dwóch kopii. Takie osoby są bowiem po prostu nieco bardziej głodne na codzień, albo robią się syte odrobinkę później, więc typowo jedzą nieco więcej. Jasne, mogą się próbować powstrzymywać i kontrolować, ale mówimy o ogromnej ilości decyzji żywieniowych każdego dnia. Przy tej liczbie decyzji, nawet drobne różnice mogą mieć wielkie znaczenie. Nawet 2, 3 czy 5% różnicy, coś tak drobnego, że bez dokładnej analizy nie dałoby się tego nawet wychwycić, po prostu się sumuje. W efekcie to, co dla niektórych osób jest proste i bezmyślne, dla innych jest ciągłą walką z przeciwnościami.

Przez większą część naszej historii te różnice nie miały większego znaczenia, były wręcz korzystne dla osób z takimi skłonnościami. Najadając się odrobinę bardziej, tam gdzie mogły, były lepiej przystosowane na warunki głodu, gdy ten się czasem wydarzał. Generalnie jednak nie miały po prostu okazji do nadmiernego objadania się, bo nie było do tego warunków. Aż, niecały wiek temu, zaczęło się to w końcu zmieniać, w coraz większej liczbie miejsc. Techniki masowej produkcji sprawiły, że nagle mamy do czynienia z nadmiarem jedzenia, a nie z jego niedoborem. W tych warunkach geny zaczynają dogrywać dużo większą rolę. (Np. Badanie Gemini w UK pokazało, że u bliźniąt wychowywanych w warunkach sprzyjających zyskiwaniu wagi dziedziczność BMI była aż w 86% wrodzona, podczas gdy u bliźniąt wychowywanych w warunkach sprzyjających zdrowemu trybowi życia, jedynie w 39% wrodzona!) A to wszystko tylko na poziomie subiektywnych odczuć jak sytość, nawet nie wnikając w nieskończenie bardziej złożone kwestie takie jak metabolizm czy zróżnicowana zdolność organizmu do wydobywania składników odżywczych z jedzenia. (Innymi słowy, jak wiele jedzenia w Tobie zostanie i zostanie zużyte, a ile z siebie wydalisz w toalecie?)

W świetle tych danych sprowadzanie otyłości do niedoborów silnej woli czy lenistwa danej osoby wydaje się skrajnie sprzeczne z współczesną wiedzą naukową. A jednak to robimy. I to dość masowo jako kultura*. Gdyby to jeszcze działało…

*Ciekawe w sumie, na ile metaforyczne powiązanie moralności i jedzenia oraz chorób (np. zepsucie moralne, zgnilizna, “dzień oszukiwania’ na diecie itp.) przyczynia się do siły tego efektu. To dodatkowy aspekt, który kiedyś warto byłoby przeanalizować. 

 

Wbrew bowiem twierdzeniom osób sprzeciwiających się ruchowi ciałopozytywności, osoby z nadwagą w naszej kulturze doskonale wiedzą**, że nadwaga jest problemem. Widzą to i słyszą na każdym kroku. Są zasypywane z każdej strony wzorcami jak “powinny” wyglądać i są to raczej wzorce chorobliwie otyłe lub nierealistycznie wyrzeźbione (jak w wypadku aktorów, którzy potrafią się odwadniać przez kilka dni przed kluczową scena bez podkoszulka, by jeszcze bardziej podkreślić rzeźbę obsesyjnie wycyzelowanych mięśni). Słyszą o tym, jak należy się odżywiać, jak należy ćwiczyć, jak należy się odchudzać. Serio, zakładanie, że oto ktoś jakimś cudem nie spotkał się z przekazem, że otyłość jest niezdrowa i musimy tej osobie koniecznie to wyjaśnić jest, delikatnie mówiąc, absurdem.

** Jasne, być może gdzieś można znaleźć jakieś pojedyncze przypadki skrajne, ludzi, którzy tego nie ogarnęli. Mamy w końcu odnotowane przypadki z lubelszczyzny z pierwszej dekady XXI wieku gdzie ludzie oponowali przeciwko transplantacji organów od zmarłych w wypadku, “bo potem przy zmartwychwstaniu taki Jasiu zmartwychwstanie bez wątroby i jak to będzie?” Są to jednak tak rzadkie i ekstremalne przypadki, że nie sposób ich traktować jako uczciwy argument w takiej dyskusji.

 

Co jednak kluczowe… Przede wszystkim, fat shaming po prostu nie działa. Gorzej! Fat shaming aktywnie zwiększa ryzyko, że ludzie staną się otyli.  Dodatkowa presja nie skłania do większych starań, tylko do zaniechania obecnych, podjadania ze stresu, itp. Cóż za zaskoczenie, próby zwalenia odpowiedzialności za złożony, systemowy problem na karby braku silnej woli czy starań osób cierpiących w wyniku tego problemu sprawiają, że jeszcze bardziej brakuje im siły woli i motywacji do starań! No kto by mógł pomyśleć?!

Tu wraca nam też wspomniany wcześniej paradoks. Badania pokazują bowiem, że jeśli trenujemy w celu utraty wagi, będziemy mieli tendencję do nadmiernej kompensacji naszego treningu, jedząc więcej i szybciej, niż gdybyśmy nie trenowali, albo gdybyśmy trenowali, owszem, ale dla zdrowia. Cóż, z perspektywy biologicznej utrata wagi jest dla organizmu ryzykiem i będzie ze wszelkich sił walczył o jej zachowanie i/lub odbudowę. Więc nawet jeśli niektóre osoby udałoby się zawstydzić do intensywniejszego treningu, to wedle wszelkich dostępnych nam danych, efekt będzie odwrotny.

Fat shaming nie działa. Ciałopozytywność i zachęcanie do dbania o siebie dla zdrowia, nie dla utraty wagi, zadziałać MOŻE. Nie musi, ale może.

 

No dobrze, tyle badania. Czemu jednak spotykamy się mimo wszystko z tak ostrymi reakcjami i taką chęcią do zawstydzania osób otyłych?

Cóż, fat-shaming jest dla wielu osób okazja by jednocześnie poczuć się cnotliwymi oraz dać upust swoimi niższym instynktom, poniżając i ośmieszając innych. To okrucieństwo opakowane w rzekome szlachetne intencje. W końcu robimy to “dla ich dobra”, a to usprawiedliwia dowolne nadużycia wobec takiej osoby. Co więcej, jeśli ktoś nam zwróci uwagę na nasze okrucieństwo, możemy się tym “dobrem” zasłonić. W końcu my tylko występujemy przeciwko “promowaniu otyłości” – czyli zjawisku absolutnie nieznanemu we współczesnych krajach pierwszego świata***. Taki układ jest możliwy, gdyż fat-shaming jest tak naprawdę deklaracją moralną, a nie zdrowotną. Jest wytypowaniem osób otyłych jako tych niemoralnych, leniwych, zbyt łakomych, mających niewystarczająco silną wolę, obrzydliwych i złych. Oczywiście wszystko w białych rękawiczkach.

*** By być fair, faktycznie istniało coś takiego jak promowanie otyłości, nawet kilkanaście lat temu, np. w niektórych rejonach Turcji czy krajów Maghrebu, gdzie otyłość kojarzyła się z dostatkiem i zdrowiem, więc faktycznie zdarzało się np. celowe tuczenie dziewczynek ogromną ilością masła, tak by stawały się “lepszymi” kandydatkami na żonę. Powiedzmy sobie jednak szczerze, osoby stosujące fat-shaming nie odnoszą się do takich przypadków.

 

Przy okazji pod fat shamingiem kryje się też spora dawka klasizmu. Bo dbanie o siebie kosztuje. Zdrowa żywność jest generalnie droższym wyborem, niż niezdrowa. Zarówno finansowo, jak i pod względem czasowym (przygotowanie zdrowych posiłków wymaga więcej czasu niż podgrzanie mrożonki), czy pod względem wiedzy i świadomości. Siłownia czy sprzęt do ćwiczeń kosztują. Jasne, jeśli masz wystarczająco dużo czasu i zaparcia możesz uprawiać kalistenikę czy ćwiczyć na publicznych siłowniach w parku… Ale powiedzmy sobie szczerze, z jakiegoś powodu ludzie wybierają jednak te wszystkie kluby fitnesowe i drogi sprzęt, zamiast trenować na trawce. Próby udawania, że te sytuacje są sobie równoważne, są, no cóż, po prostu niepoważne. A pamiętajmy, że osoby, które mają problemy z otyłością zwykle już i tak wykonują dodatkowy wysiłek, bez niego prawdopodobnie miałyby jeszcze większy problem. Jeśli teraz chcemy, by wykonały jeszcze kolejny dodatkowy wysiłek trenując w gorszych warunkach czy gotując sobie same zamiast kupić dietę pudełkową… To tak powoli suma tych obciążeń robi się dość duża, prawda? To jednak podejście obiektywne, z perspektywy moralistycznej okazja do dodatkowego poniżenia tych, którzy i tak już są poniżeni może być po prostu emocjonalnie atrakcyjna. Zwłaszcza, gdy odbywa się to w poczuciu bezkarności.

 

Podsumowując – fat shaming to chore i patologiczne podejście. Nie ma żadnego uzasadnienia naukowego, opiera się na wypaczonej moralności, aktywnie sabotuje swoje deklaratywne cele i jest po prostu formą krzywdzenia ludzi. Nie rób tego.

 

No dobra, ale mam w swoim otoczeniu kogoś, kto ma problemy w tym zakresie, jak mogę tej osobie pomóc?

Jeśli faktycznie chcesz wspierać takie osoby, to zamiast umoralniać czy krytykować, pomagaj w budowaniu lepszych nawyków. Jeśli regularnie trenujesz, zaproś tą osobę na wspólny trening, lekcję tańca, itp. Wspieraj, jeśli sobie nie radzi, bo przecież na początku może mieć sporo trudności.  Jeśli chcesz im pomóc się lepiej odżywiać, podziel się fajnymi przepisami, albo wręcz zaproponuj, że nauczysz tą osobę gotować. Przy okazji może poprawisz realnie relację z tą osobą, po prostu spędzając z nią więcej czasu.

Dla przykładu, mam w swoim otoczeniu osobę, która nie za bardzo potrafi gotować, zdecydowanie też tego nie lubi i przez to zdarza jej się bardzo niezdrowo odżywiać. (Generalnie jest w dużo lepszej formie niż ja, regularnie trenując, ale czasem łapałem się za głowę słysząc co potrafiła w danym dniu zjeść.) Mogłem ją krytykować i punktować za to. Mogłem pouczać i marudzić. Albo mogłem zacząć jej podsyłać przepisy, co do których wiedziałem, że spełnią jej kryteria (proste, szybkie, zdrowe, smaczne, najlepiej wege – tak, wiem, że nie ma za wielu takich kombinacji). Ba, potrafiłem w pewnym momencie usiąść i napisać jej 10 stron z moimi własnymi najczęściej używanymi przepisami, zaadaptowanymi pod warunki, jakie wiem że ma z gotowaniem. Czy było to czasochłonne i wymagające wysiłku? Jasne. Ale mam satysfakcję, że przynajmniej niektóre z tych rzeczy wdrożyła u siebie i odżywia się nieco lepiej, niż wcześniej.

Przede wszystkim, zamiast skupiać się na wadze czy na kształcie sylwetki, skup się na zdrowotnych aspektach ruchu czy lepszego odżywiania. Tak u siebie, jak u innych. Da to zdecydowanie lepszy efekt.

 


Książka "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań". Unikatowy tom, wprowadzający Cię w te aspekty ludzkiej komunikacji, które z jakiegoś dziwnego powodu są w psychologii społecznej pewnym tabu. Cóż - ich zrozumienie jest tym bardziej cenne. 

Dostępna w druku i jako e-book, tylko na MindStore.pl

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis