Body shaming, fikcyjne standardy i jak doszliśmy do momentu gdy Jason Mamoa nie jest już wystarczająco atrakcyjny?

Dobra, Internecie, musimy pogadać.

Widzę, że jak byłem na urlopie, to wydarzyło się sporo rzeczy. Trzeba usiąść, spojrzeć sobie w oczy, westchnąć i kilka spraw ustalić. Bo przesadziłeś serio.

Echh… Dobra. Zacznijmy od lżejszych kwestii. Cięższe też poruszymy, ale może nie dzisiaj. Też się w końcu zbieram po urlopie. Nie chcę od razu wskakiwać na głęboką wodę.

 

To o co chodzi z tym Jasonem Mamoą?

 

Znaczy się, serio, WTF?

Naprawdę już tak bardzo odlecieliśmy, że gość, który wygląda TAK dostaje w internecie gromy za to, że się rzekomo „zapuścił”?

 

Jasne, z jednej strony to po prostu niusy o celebrytach, coś co łatwo zignorować… Ale z drugiej przejaw tego, że mężczyzn dogoniło powoli coś, co kobiety znały już od dziesięcioleci – nierealne standardy urody. I o tym naprawdę warto porozmawiać…

Ułudne piękno

Temat nierealnych standardów urody poruszany był już na tym blogu wielokrotnie w ramach cyklu „co w sieci piszczy”. Zdaje się jednak, że nie poświęciłem tej kwestii konkretnego wpisu. Skoro więc pojawiła się okazja… Cóż, pogadajmy o tym. Bo jak pokazuje przykład Jasona, jest o czym.

Gry, kino, reklamy, nawet pisma i zwykłe fotografie w nich zawarte, kreują świat coraz bardziej oderwany od rzeczywistości. W przypadku kobiet problem był poruszany już od lat i powoli – bardzo powoli – zaczyna się tu coś ruszać. Akcje takie jak Dove Evolution, Body Evolution robią tu wiele, ale nawet one pokazują jedynie skalę modyfikacji na samej sesji i po niej. Do tego dochodzi jednak jeszcze jeden element – zmiana samych standardów i wymogów wobec modeli czy aktorek.

 

Na tym zdjęciu znajdziesz dwóch bondów bez koszulki. Connery i Craig. Drobna różnica, prawda? A, Connery, by mieć bardziej płaską klatę, był potraktowany wcześniej lodem w strategicznych miejscach.

No, ale Connery’ego i Craiga dzieli jednak nieco lat. Sięgnijmy po coś świeższego. Hugh Jackman jako Wolverine. W pierwszym filmie i w jednym z najnowszych.

 

Dzisiejsi „normalni goście” na filmach mają taką budowę, jak bohaterowie kina akcji kilkanaście-kilkadziesiąt lat temu. Dzisiejsi bohaterowie kina akcji mają taką budowę, jakiej – poza ekranem – nie ma w zasadzie nikt na świecie.

Co więcej, uzyskanie takiej budowy to wielomiesięczna praca na pełen etat – życie, które składa się z diety i treningu. I niczego więcej, dosłownie, bo brak na to czasu i energii. No i oczywiście odpowiedniej bazowej genetyki. A i to nie wystarcza – na czas nagrań pojawia się dodatkowa dieta i środki odwadniające (nie mówiąc o detalach w stylu makijażu czy odpowiedniego oświetlenia). Wszystko w celu stworzenia finalnego rezulatu, który nie jest bynajmniej zdrowy – ale wygląda niesamowicie.

 

Tyle tylko, że efektem ubocznym tego efektu jest to, że – regularnie wystawiani na takie obrazy – tworzymy sobie nierealne standardy. Np. takie, w których wspomniany Jason Mamoa na urlopie, bez wpływu diuretyków, może być przez niektórych atakowany za „zapuszczenie się”.

 

Dlaczego jest to problemem?

Dla jasności, ten proces nie jest przypadkowy. Budując nierealne oczekiwania – tak dla mężczyzn, jak i dla kobiet – można nieźle zarobić. Pisma i portale mają o czym pisać – kolejne cudowne diety i plany treningowe. Reklamodawcy mogą spokojnie sprzedawać kremy, suplementy czy po prostu ubrania dające subtelną obietnicę „w naszych gatkach będziesz wyglądać niemal tak dobrze jak Brad Pitt”. Biznes się kręci, podaż rośnie. (Swoją drogą, muszą kiedyś poszukać analizy ekologicznych kosztów ultrawysokobiałkowej diety niezbędnej dla zbudowania takich mięśni… myślę, że byłaby to mocno przerażająca lektura we współczesnym świecie.)

 

Tyle tylko, że tu napotykamy duży realny problem. Bo jakby to delikatnie ująć – 99.9% mężczyzn nie będzie wyglądać „nawet” jak Mamoa na urlopie – a co dopiero jak Mamoa w filmach. 99.9% kobiet nie będzie wyglądać tak, jak dowolna gwiazda będąca akurat na afiszu, nawet w wariancie „zły dzień bez makijażu” który uwielbiają brukowce.

Dla gazet i reklamodawców to super! Klienci, którzy nigdy nie zdołają osiągnąć swojego marzenia to klienci, którzy będą non stop kupować nowy szajs!

 

Tyle tylko, że dla klientów nie jest to już takie fajne. Bo może prowadzić do problemów. I to całkiem licznych.

 

Najmniejszym w sumie jest wydawanie pieniędzy i energii w pogoni za nierealnym marzeniem. Ale sama nierealność tego marzenia ma też swoje bardzo realne koszta.

 

Takimi kosztami są zaburzenia odżywiania i obrazu ciała (cóż za zaskoczenie – gwałtownie rosnące ostatnimi laty także u mężczyzn, patrz np. tutaj czy tutaj). Oraz powiązane z nimi, często ryzykowne zachowania.

 

Takimi kosztami jest wstyd, stres i brak pewności w relacjach. Ilość osób, z którymi pracowałem, które miały potężnie negatywne opinie o swoim ciele… niekiedy wyglądając naprawdę świetnie… Szkoda gadać.

 

Takimi kosztami jest, paradoksalnie, redukcja motywacji do sportu. Skoro nowym standardem jest Hugh Jackman w Days of Future Past, skoro nawet Mamoa nie wygląda już wystarczająco dobrze… a my i tak nie mamy szans wyglądać tak jak Mamoa… To po co w ogóle się wysilać? Faktycznie, badania pokazują, że negatywny obraz ciała przekłada się na mniejszą skłonność do treningu, uprawiania sportu i zdrowego stylu życia. (Dla precyzji, negatywny obraz ciała w niektórych badaniach pojawiał się jako motywator do ćwiczeń, przy czym inne badania sugerują, że w takim wypadku następuje skłonność do ekstremalnych i niezdrowych zachowań treningowych – przećwiczenia, podwyższonego ryzyka kontuzji, itp. ) Po co jeść choć odrobinę zdrowiej, skoro nijak nie mamy szans dojść w ten sposób do promowanego ideału?

 

Takimi kosztami jest poczucie wykluczenia osób, które nie są w stanie spełniać takich norm.

 

Takimi kosztami jest też pewne społeczne przyzwolenie na przemoc (głównie psychologiczną, choć nie tylko) wobec osób nie spełniających takich norm wizerunkowych. Przemoc zaczynająca się od wykluczenia, przez wykpiwanie (żarty z osób otyłych są jednym z absolutnych standardów współczesnej amerykańskiej komedii). Niekiedy – choćby w kontekście bully’ingu w szkole – przekładająca się też na przemoc fizyczną. Tzw. „fat shaming” – atakowanie ludzi za ich wagę – jedynie nakręca wszystkie powyżej wskazane problemy.

 

Wszystko po to, by kolejne korpo mogło zarobić nieco więcej kasy. No, nieco skapnie też celebrycie czy influencerce za odpowiedni marketing.

Trochę słaby układ, nie sądzicie?

 

Co w zamian?

No dobra, ale skoro tak krytykuje to podejście

 

Cztery słowa i jeden znak: Body Positivity + Promocja Zdrowia

 

Body Positivity to ruch występujący przeciwko stygmatyzacji ludzi za wygląd. Dotyczy zarówno kwestii kształtu ciała, jak i takich kwestii jak niepełnosprawność, znamiona i inne elementy odstające od idealnego, nieskazitelnego ideału urody promowanego w większości mediów. Co istotne, ruch body positivity dotyczy każdego wyglądu – osoby chudsze czy drobniejsze od standardów społecznych są tu równie mile widziane jak osoby większe i masywniejsze.

Body Positivity czasem bywa oskarżane o promocje otyłości. „Jak będziemy mówili osobom otyłym, że są w porządku, to już nigdy się za siebie nie wezmą!” Jest to oczywiście bzdura. Jak już wspomniałem, negatywny obraz ciała ZMNIEJSZA skłonność do ćwiczeń i pro-zdrowotnych zachowań. („Po co się męczyć, skoro to i tak nic nie da?”) Tak naprawdę u podstaw tego zarzutu tkwi mniej lub bardziej uświadomione uprzedzenie i mocno kalwińska surowa moralność („są otyli bo są leniwi i/lub mają słabą wolę, trzeba ich za to ukarać, wzbudzić poczucie winy, to w końcu się za siebie wezmą!”) Takie oskarżenia są formą samousprawiedliwiania osób, które (często także wobec siebie, w zinternalizowany sposób) stosują fat-shaming. W końcu, jeśli „robią to tylko dla zdrowia takich ludzi”, „są surowi z miłości”, itp. itd. to nie mogą być złymi ludźmi. (Co ciekawe, w ostatnich latach pojawiło się nieco interesujących badań, wskazujących na pewną zmianę kryteriów optymalnego zdrowia – np. duże badanie w Dani, w którym wskazano przesunięcie optymalnego dla długowieczności BMI z 23 na 27, a więc poziom uznawany za nadwagę. Podobne wyniki zaczęły się pojawiać np. w USA. To jednak temat na oddzielny artykuł.)

W praktyce, ruch Body Positivity służy po prostu akceptacji i samoakceptacji. Te z kolei przekładają się na większą, a nie mniejszą chęć dbania o siebie.

 

I tu pojawia nam się drugi element układanki, czyli promocja zdrowia. Bo problemem nie jest tłuszcz – problemem jest otłuszczenie wisceralne. Takie, którego często nawet nie widać, bo dotyka organów wewnętrznych i można mieć szczupłą osobę z wysokim otłuszczeniem wisceralnym i vice versa. To otłuszczenie faktycznie bardzo wyraźnie przekłada się na negatywne wyniki zdrowotne i warto coś z nim zrobić.

Problemem nie jest waga czy kształt ciała. Problem jest brak ruchu i siedzący tryb życia. Problemem jest zachęcenie ludzi do tego, by się więcej ruszali. Regularny ruch, zwłaszcza w średnim wieku, jest jednym z bardzo silnych predyktorów sprawności na starość. Nie potrzebujemy by ludzie wyglądali jak Mamoa czy podnosili 200 kilo na klatę. Potrzebujemy by nie spędzali całego dnia siedząc.

Problemem nie jest nadwaga. Problemem jest zła dieta. Niektórzy spożywają ogromne ilości szajsowych pokarmów – i są chudzi jak patyk. Szybki metabolizm spoczynkowy = niska tendencja do odkładania tłuszczu. Inni jedzą bardzo zdrowo, a i tak się zmagają. Większość jest gdzieś po środku. Niemal wszyscy mogliby skorzystać po prostu z lepszej diety. Niewielu choćby próbuje.

Cała zabawa polega na tym, że jeśli stawiamy nierealne wzorce i oczekiwania, to wszystkie te trzy prozdrowotne kwestie schodzą na boczny plan. Skupienie jest na kaloryferze Pitta czy klacie Evansa. Na wymiarach Scarlett Johanson. A nie po prostu na zdrowiu.

Co więcej, mamy szereg badań pokazujących, że jeśli trenujemy by zrzucić wagę, to mamy psychologicznie podwyższoną skłonność do „nadrabiania” jakichkolwiek efektów ćwiczeń. („Trenowałem, więc mogę sobie pozwolić na pączka… albo dwa… pal licho, że podczas treningu spaliłem 1/2 jednego pączka…”) Jeśli natomiast podchodzimy do tego samego treningu jako relaksu czy czegoś dla zdrowia, ten „efekt rykoszetu” nie występuje.

 

Dlatego właśnie ruch Body Positivity jest tak cenny. Bo zwiększona akceptacja siebie oznacza mniejsze starania by „być jak Mamoa”, ale też większą chęć do tego by o siebie po prostu zadbać. (Bo jest o co/o kogo!) Zwiększona akceptacja siebie oznacza większą chęć do zadbania o swoje zdrowie, także na starość… I większe szanse na to, gdyż zaczynamy skupiać się na czymś, co jest w naszym zasięgu (bądź nieco bardziej aktywny/a, odżywiaj się nieco lepiej, a to już da duże zmiany), a nie na nierealnych oczekiwaniach. I taka też promocja zdrowia i pro-zdrowotnych zachowań powinna być kluczowa.

No, to sobie pogadaliśmy, Internecie… Następnym razem trudniejsze tematy.

 


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis