Jak przekaz wiedzy przez terminowanie szkodzi rozwojowi osobistemu?

Chyba rozgryzłem kluczowy problem coachingu… Albo i w rozwoju osobistym szeroko rozumianym.

Zauważyłem tę zależność, gdy myślałem o tym jak, zgodnie z postanowieniem o dyskusji bardziej dbającej o status rozmówcy, postarać się wyjaśnić rozmówczyni dlaczego pewne koncepcje, które promowała w ramach coachingu są potencjalnie bardzo szkodliwe.

Chodzi o sposób transferu wiedzy w tej branży. Jest on rzemieślniczy, międzypokolniowy. Przekaz w formacie „mistrz-uczeń”. Terminowanie.

Gdy już zwróciłem uwagę na tę zależność, jej ślady zaczęły się pojawiać wszędzie. Rozwojowy „namedropping” – „Ja uczyłem się tego od samego Zegrzysława”. Wskazywanie na „linie dziedziczenia” – „Ta szkoła wywodzi się bezpośrednio z organizacji założonej przez samego Zenitiańskiego Mordercę Dusz”. To wszysko przejawy bardzo podobnej mentalności.

Tam, gdzie większość branż zdążyła już się dawno ucywilozować i zacząć opierać transfer wiedzy o sprawdzone procedury, których działanie zweryfikowano w obiektywny sposób, rozwój osobisty wciąż trzyma się swego rodzaju „linii przekazu”. A to prowadzi, niestety, do licznych problemów.

Mistrz ma mówić, uczeń ma słuchać…

Model „terminowania” był przez wieki tradycyjną formą przekazu wiedzy. Nawet w środowiskach akademickich był historycznie czymś domyślnym. Uniwersytety były po prostu miejscem gdzie studenci mieli okazję obcować z profesorami i ich ekspertyzą. Słowa profesorów były święte – bo w końcu to oni byli profesorami. Gdyby to co mówili nie działało, nigdy by się profesorami nie stali – a przynajmniej tak zakładał system.

Zmieniło się to dopiero za sprawą rozwoju współcześnie rozumianej metody naukowej. Pozwoliła ona na to, by zacząć realnie badać skuteczność różnych rozwiązań. Niekiedy w sposób dramatycznie niszczący dla dotychczasowych standardów. Tak było np. z medycyną, która w XIX wieku przeszła absolutnie dramatyczną transformację, od wywodzącego się ze starożytnej Grecji puszczania krwii i innych metod „równoważenia humorów” do podwalin współczesnego myślenia medycznego. Przemiany te zachodziły wbrew opiniom i ekspertyzie starych mistrzów, którzy musieli – często wierzgając i krzycząc – w końcu ustąpić przed nową wiedzą.

Dramatyczne tempo rozwoju i popularyzacji wiedzy, jakie przyszło wraz ze zmianą tych modeli jest chyba najlepszym dowodem na to, że model „proceduralny” jest po prostu lepszy niż model „terminowania”. Dzięki niemu wiemy więcej, więcej rozumiemy, szybciej wyłapujemy błędy.

Jednak wiele dziedzin wciąż operuje, częściowo lub całkowicie, w modelu terminowania. Rozwój osobisty jest jedną z nich. Podobnie coaching. Być może ze względu na obszar psychoterapii, który, mimo coraz większego opierania się w nauce, wciąż ma silną nutę „terminowania”, zwłaszcza w niektórych nurtach.


Dlaczego to istotne? Bo w nurcie „terminowania” nie ma prawdy ani fałszu per se. Są różne „ścieżki wiedzy”, spływające od różnych mistrzów. Zwykle nawet bez jakiegoś jasnego narzędzia do porównania jakości tych ścieżek. Albo wręcz z założeniem, że nie da się ich porównać, że nie ma jednej prawdziwej, są po prostu równoległe drogi do wiedzy. Zawsze jednak pod spodem jest założenie tej wiedzy. W końcu pochodzi ona w prostej ścieżce od mistrza, który nie byłby przecież mistrzem, gdyby jego wiedza nie miała wartości, prawda?

W efekcie osoby wychowane w nurcie „terminowania” mają kłopoty z weryfikacją jakości swojej wiedzy. Tym bardziej, że przekaz „mistrz-uczeń” zakłada, że jeśli jakaś wiedza wydaje się dla Ciebie nie działać, to jest to problem po Twojej stronie. W końcu mistrz przekazał tą wiedzę, więc musi być ona prawdziwa! Opcje takie jak to, że mistrz się myli, zapomniał czegoś, albo jest po prostu samozwańczym guru, świadomie lub nie, ale wprowadzającym ludzi w błąd… Takich opcji w ogóle się w tym modelu nie rozważa. Nie mieszczą się one w kryteriach myślenia o tym modelu. Co najwyżej można mówić o „zanieczyszczeniu przekazu”, dlatego tak ważna jest tu genealogia wiedzy – to, by pracować z mistrzami jak najbliższymi oryginalnego źródła wiedzy.


Co istotne, model „terminowania” nie jest przypisany do młodych dziedzin. To nie jest tak, że dana dziedzina zaczyna w tym modelu i musi dopiero dojrzeć do naukowego. „Terminowanie” nie stanowi podstawowego podejścia np. w programowaniu. (Jasne, programiści mogą się uczyć ciekawych sztuczek czy rozwiazań od kolegów po fachu czy mentorów. Ale programiści uczą się przede wszystkim procedur, z wspólnego dla wszystkich zakresu wiedzy. Nie ma tu ścieżek przekazu „Oto tajniki programowania od Woza dla Was”…)


Co z tego wynika?

Przyznam, że dostrzeżenie tego wzorca wyjaśniło mi strasznie dużo rzeczy o rozwoju osobistym. Oczywiście, może to być wzorzec pozorny – między innymi dlatego rzucam go tu na pastwę bloga, tak by publika mogła się mu przyjrzeć i wypowiedzieć, skrytykować, pogryźć, poszarpać i wypluć poharatany, ale potencjalnie silniejszy.

Po pierwsze podkreśla to potężnie rolę podstawowej edukacji w rozwoju osobistym. Bez niej szanse na dotarcie do osób myślących w modelu „terminowania” są praktycznie żadne, gdyż w ogóle nie biorą pod uwagę kryteriów kluczowych dla modelu „procesowego”.

Po drugie, tak jak nienawidzę zagrywek statusowo-autorytetowych, pokazuje to ich znaczenie w kontekście takich osób. Jeśli zakwalifikują one rozmówcę jako kolejnego mistrza, dużo łatwiej można do nich dotrzeć z wiedzą. Nie wiem czy chcę iść w taką stronę, jak mówiłem tak bardzo nie jest ona moja. Ale jeśli nie pójdę i będę sobie robił pod górkę, to będzie to świadome robienie sobie pod górkę. W tym też jest wartość.

Po trzecie, uwrażliwia mnie to na ryzyko, że moje materiały czy przekaz zostaną tak potraktowane i skłania do rozrzucenia dużej ilości mentalnych pułapek na myszy na każdego, kto próbowałby tak uczynić z tym co przekazuję. Bo skuteczność – niezbędna dla profesjonalizacji rozwoju – mieści się tylko w pełnym przyjęciu modelu „procesowego”.

A dla własnego usprawnienia chętnie przyjrzę się, czy nie ma jakichś innych obszarów, w których przypadkiem nie wpadam sam w model „terminowania”.


Kiedy warto terminować?

Dla jasności, transfer „mistrz-uczeń” ma swoją dużą wartość. Może realnie i znacząco przyśpieszyć naukę określonych kompetencji i znacząco ją pogłębić. Pełnię skrzydeł rozwija jednak dopiero wtedy, gdy wychodzimy z pewnej podstawy obiektywnej wiedzy. Powinien być więc dodatkiem i uzupełnieniem dla modelu „procesowego” nie alternatywą do niego.

Wtedy mistrz nigdy nie jest ostateczną wyrocznią (co jest po prostu dla takiego mistrza korumpujące i to w wyjątkowo paskudny sposób). Jest po prostu kimś, kto rozumie coś więcej i jest w stanie dobrać odpowiednie ścieżki rozwoju umiejętności. Ponieważ sam przeszedł przez pewne etapy jest – mamy nadzieje – w stanie wyłapać na jakim etapie jest uczeń i jakich bodźców potrzebuje. (To oczywiście wariant optymistyczny, w praktyce eksperci mają często duże problemy z postawieniem się w miejscu początkujących, bo już zbyt dawno tam byli.)

W takiej roli „terminowanie” ma wartość – gdy znasz już podstawy i teraz masz kogoś, kto popycha Cię w odpowiednim kierunku. Tylko takie terminowanie chyba lepiej po prostu nazwać mentoringiem albo treningiem, tak by nie mieszały się nam pojęcia.



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis