Jak być draniem, ale nie brać za to odpowiedzialności, czyli odwrócone podwójne wiązanie w komunikacji…

Jest taki specyficzny rodzaj manipulacyjnej wypowiedzi, który mnie szczególnie wkurza.

Zaczyna się kampania wyborcza, więc usłyszycie tego typu tekstów DUŻO. Już je pewnie słyszycie, choć możliwe, że nie zwracacie na nie uwagi. Często tak jest, jeśli nie jesteście docelową publicznością danego przekazu. Stosuje je duża część mniej lub bardziej otwartych środowisk faszystowskich. Wiele osób spod znaku alt-rightu. Wielu guru tych środowisk typu Jordana Petersona czy Sama Harrisa.

Ten typ wypowiedzi wkurza mnie przede wszystkim dlatego, że jest tak ekstremalnie tchórzliwy. Jasne, jest w tym tchórzostwie skuteczny. (Choćby dlatego, że mało osób potrafi na niego trafnie zareagować.) Nie zmienia to faktu, że coś we mnie po prostu głęboko się burzy na takie podejście do dyskusji czy argumentacji. Cóż, zawsze byłem zwolennikiem otwartej argumentacji, a ta technika jest jej antytezą. Dlatego pomyślałem, że warto ją opisać – po to, by więcej osób było w stanie ją rozpoznać i jej przeciwdziałać.

Omawiana technika to coś, co można by określić jako odwrócone podwójne wiązanie. Klasyczne podwójne wiązanie to sytuacja, w której otrzymujemy dwa sprzeczne przekazy, wewnętrznie wykluczające się, a jednocześnie zawsze stawiające nas przed złym wyborem, niezależnie co wybierzemy. Klasyczny przykład takiego podwójnego wiązania to żart, w którym ktoś dostaje dwa krawaty na święta, decyduje się następnego dnia założyć jeden z nich by zrobić przyjemność darczyńcy, na co darczyńca z przekąsem stwierdza „Co, drugi się nie podobał?”

W codziennym życiu podwójne wiązania widzimy np. w sytuacji gdy ktoś stosuje przemoc jednocześnie mówiąc ofierze (np. dziecku czy żonie), że czyni to z miłości. Albo w sytuacji w której ktoś wymaga od nas, żebyśmy „byli spontaniczni” – a więc próbuje wymusić na nas coś, co z definicji powinno pojawiać się samo i bez przymusu.

 

Podwójne wiązanie jest mocno niefajnym zagraniem i poświęciłem mu już na blogu nieco miejsca. Jak jednak wygląda jego odwrócenie?

 

Cóż, klasyczne podwójne wiązanie sprawia, że każdy wybór jest zły dla ofiary. Odwrócone podwójne wiązanie sprawia zaś, że każdy wybór będzie korzystny dla nas.

Można to uzyskać, mówiąc rzeczy zawierające określone, problematyczne implikacje, ale nie wypowiadając już wprost samych implikacji.

Oczywiście, świadomi odbiorcy rozpoznają, że tak naprawdę przekazujemy nasze implikacje. I tu pojawia się sedno tej techniki.

 

Możliwe są bowiem dwie opcje:

a) Jeśli te problematyczne implikacje (np. rasistowskie czy seksistowskie) zostaną wytknięte, mówca może się bezpiecznie wycofać. On (jakoś tak zwykle jest to on) wcale tego nie mówił. On rozważał jedynie hipotetyczny scenariusz. (Jak w wypadku Sama Harrisa i jego rozważaniom nad moralnością tortur muzułmanów czy „prewencyjnego” ataku atomowego na bliskowschodnie miasto.) On jedynie podawał dane. (Jak w wypadku Petersona, który nałogowo używa tej techniki.) On jedynie mówi o czynnikach demograficznych. (Jak w przypadku wielu rasistów głoszących wymieranie białej rasy.)

A skoro tak, to dlaczego się go czepiają? Dlaczego wyrywają jego słowa z kontekstu? Dlaczego przypisują mu coś, czego nie powiedział?

Nagle to rozmówcy znajdują się w defensywie. Nagle to oni muszą się tłumaczyć. Mówca ucieka nietknięty.

 

b) Ale jest też druga grupa odbiorców. Taka, której te implikacje się podobają. Taka, dla których są one sygnałem. Sygnałem normalizującym dane poglądy. (W świecie obecnym te implikacje dotyczą głównie poglądów typowo faszystowskich, rasizmu, seksizmu, homofobii i podobnych, choć można tu wskazać też np. na podobne ich stosowanie klasistowskie. No i historycznie mogły być np. używane do bezpiecznych rozmów ateistów, tam gdzie brak wiary był karany.)

 

Tacy odbiorcy, słysząc te argumenty słyszą też implikację. Słyszą nawet więcej, bo słyszą:

„Zobacz, nie jesteś sam.”

„Inni mówią to, co Ty myślisz.”

„To co myślisz nie jest złe. Masz prawo tak myśleć.”

„Masz prawo tak myśleć… i tak mówić.”

„Masz prawo działać na podstawie tego w co wierzysz.”

 

I krok po kroku zyskują większe przekonanie o tym, że tak, to nic złego, że chcieliby np. dysponować kobietami jak towarami. (Peterson i jego przymusowa matrymonia dla „rozwiązania problemu Inceli”.) W końcu inni też o tym mówią, więc coś w tym musi być.

Nic też dziwnego, że takie osoby idealizują takich mówców czy hojnie ich wspierają. W zamian zyskują prawo do budowy tożsamości, jakiej w inny sposób nie zdołaliby wytworzyć. W zamian czują się mniej samotni i bardziej akceptowani.

 

Nie mówię tu, że pojedyncze usłyszenie takiego poglądu, jeśli nieco z nim sympatyzujesz, zmieni Cię magicznie w rasistę czy seksistę.

Nie. To jeden z wielu wpływów. Po wielu osobach spłynie jak po kaczce. Ale jak dotrze do dostatecznie dużej ilości osób… Niektórych sfrustrowanych, złych, zaburzonych, czy po prostu szukających kogoś, kogo mogą obwinić o swoją sytuację… Tak, dla takich osób może to być ostatni element do zmiany ich światopoglądu. A gdy takich osób – zachowujących się często podobnie – znajdzie się więcej, to dane poglądy, niezależnie jak niemoralne czy obrzydliwe, staną się coraz bardziej dopuszczalne publicznie.

 

Ale nie to mnie w tej technice wkurza.

Wkurza mnie to, jak ekstremalnie jest ona pozbawiona odwagi. Jeśli chcesz postawić jakieś stanowisko, zrób to z otwartą przyłbicą. Stań i wprost powiedz „tak uważam.” Nawet jeśli jest to stanowisko obrzydliwe, przynajmniej weź za nie odpowiedzialność. Podpisz się pod tym, co głosisz.

Żałosne gnidy używające tej techniki tego nie robią. I tak, będę te osoby tak nazywał, bo nie zasługują na nic więcej. To intelektualny trąd.

To dawanie sobie prawa by powiedzieć co się chce, jednocześnie próbując uciec przed odpowiedzialnością. Osoby zaangażowane w temat – na plus czy na minus zrozumieją. „Normiki”, nie ogarnięte w temacie nie zrozumieją, więc można zawsze przed nimi zachować twarz, jednocześnie oskarżając rozmówców trafnie punktujących nasze argumenty o nadużycie czy nadinterpretacje.

Nie ma w debacie sposobu na większe upodlenie, niż stosowanie takich metod. Nie jestem w stanie wyrazić jak bardzo takimi narzędziami gardzę. Oraz jak bardzo gardzę osobami, które decydują się z takich narzędzi skorzystać.

 

Jak więc dokonać tutaj skutecznej deratyzacji? Jak zareagować, gdy ktoś sięga po ten syf?

Jak radzić sobie z takimi wypowiedziami?

Jednym sposobem reakcji jest tu nazwanie tej techniki wprost i wskazanie rozmówcy co takiego robi – po czym uderzenie w implikacje traktując ją jako wprost wypowiedzianą. Gdy rozmówca spróbuje wycofać się i twierdzić, że wcale tego nie twierdził, po prostu wskazujemy, że już jego technikę opisaliśmy i mógłby sobie darować. Możemy też wprost zapytać czemu nie ma odwagi na cokolwiek więcej, niż insynuacje danych poglądów. Jeśli się z nimi zgadza, niech powie to w prost. Jeśli się nie zgadza, niech wprost zaprzeczy.

Inną techniką, niejako wymuszającą ujawnienie ukrywanej dotąd implikacji, jest zapytanie mówcy o to, w jakim celu mówi o danej rzeczy. To nie jest bowiem tak, że podajemy dane ot tak, sobie, z powietrza. Podajemy je jako argument lub fragment argumentu za czymś. Co konkretnie postuluje mówca? Oczywiście nie można tu sobie pozwolić na wciśnięcie tekstu pt. „do tego już słuchacze sami mogą dojść”. Nic z tego. Rozmówca wyciągnął akurat te konkretne dane, spośród wielu różnych możliwych do przytoczenia w tym kontekście. Dlaczego wybrał akurat te? Co konkretnie chciał przy ich użyciu przekazać?

 

Nie są to złożone metody, więc czemu nie są częściej stosowane?

Przede wszystkim dlatego, że ludzie nie dostrzegają tej techniki. Ci, którzy rozumieją implikacje, od razu reagują na implikacje. Ci, którzy nie rozumieją, nie wiedzą o co kaman. Rzadko kiedy ktoś dostrzega jak te techniki faktycznie działają.

Tymczasem są one stosowane coraz częściej, zwłaszcza przez środowiska alt-rightowe. Czy to kwestia mempleksów i po prostu uczenia się od siebie? Czy może to jeden z elementów know-how uczonych w finansowanych przez konserwatywnych miliarderów i rosyjski wywiad think-thankach? Obstawiam, że jedno i drugie może tu mieć znaczenie. (I tak, zarówno na finansowanie przez osoby takie jak bracia Koch, jak i rosyjski wywiad mamy już tyle dowodów, że trudno to podważać. Pierwsi uzyskują wsparcie dla swoich prywatnych uprzedzeń. Drudzy, cóż, więcej chaosu na zachodzie i nieudolne szury u władzy zawsze w cenie.) Tak czy tak, metoda jest stosowana coraz częściej.

Dlatego warto być ją w stanie nazwać i na nią zareagować.

 


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis