Himpathy, czyli czemu tak bardzo troszczymy się o oprawców, a nie o ofiary?

Potencjalnie triggerująca treść: przemoc, przemoc seksualna, gwałt

 

Niedawny wpis na temat inceli i manosfery wywołał nieco na tyle ciekawych reakcji, że postanowiłem poświęcić im oddzielny wpis. Miałem bowiem okazję na własne oczy obejrzeć fascynujący przykład zjawiska, określonego mianem “himpathy” (od “him” + “empathy”, “on”+”empatia”), czyli tendencji do sympatyzowania z toksycznymi mężczyznami, a nie z ich ofiarami.

Natychmiast po publikacji artykułu pojawiły się głosy o tym, jak to artykuł był strasznie negatywny, jak to mało w nim empatii dla inceli, jak to nie daję żadnej alternatywy (mimo, że koniec artykułu jasno na takie alternatywy wskazuje), itp. Co charakterystyczne, osobami wyrażającymi himpathy byli w zasadzie wyłącznie mężczyźni. Powtarzalnym wzorcem z ich strony było też minimalizowanie lub tworzenie fikcyjnej równowagi między cierpieniem kobiet, za jakie odpowiadają środowiska incelskie. To cierpienie tych biednych mężczyzn było tu sednem i problemem. Ich ofiary można było zignorować.

 

 

Termin himpathy doskonale opisuje taką właśnie sytuację. Dobrze oddaje ją choćby podejście sądów oraz opinii publicznej do sprawców gwałtów. Przykładem, który doskonale ilustruje himpathy jest sprawa gwałtu Chanel Miller. W styczniu 2015 roku dwójka szwedzkich studentów uniwersytetu Stanforda podczas nocnej przejażdżki rowerowej zauważyła młodego mężczyznę gwałcącego nieprzytomną kobietę za śmietnikiem. Natychmiast zareagowali i zatrzymali uciekającego sprawcę. Brock Turner został aresztowany i postawiono mu zarzuty gwałtu. Przebywał na imprezie z Miller, wykorzystał to, że urwał jej się film pod wpływem alkoholu i zgwałcił na ulicy.

Prokuratura domagała się sześciu lat więzienia. Finalnie Turner dostał sześć miesięcy więzienia i trzy lata w zawieszeniu, odsiedział trzy miesiące. Już sam wyrok – w sytuacji ewidentnego i bezdyskusyjnego gwałtu na nieprzytomnej osobie – był skandaliczny. Himpatia przejawiała się jednak w tym, jak ta sprawa była omawiana w mediach i podczas rozprawy.

Te w żadnym momencie nie były skupione na tym, co ta sytuacja zrobiła z ofiarą. Jak wpłynęła na jej życie. Ile lat będzie się po niej zbierać – choć była czymś całkowicie przez nią niezasłużonym. Nie, to nie było ważne.

Ważne było to, czy aby przypadkiem wyrok “nie skrzywdzi za bardzo młodego, obiecującego sportowca”? Czy “nie zrujnuje mu życia i kariery”? Sędzia zastanawiał się nad “poważnym wpływie” wyroku na przyszłość Turnera. Gdy wyrok w końcu został ogłoszony, jego ojciec wprost stwierdził, że to “Ogromnie wysoka cena jak na 20 minut akcji (sic!) z jego 20-letniego życia”, wcześniej zaś wskazywał, że jego syn w wyniku procesu już nie był tym “radosnym młodzieńcem” co kiedyś. Jego przyjaciele twierdzili, że to taki miły i dobry chłopak, pisali listy w jego obronie, bo w końcu “jego zachowanie to coś zupełnie innego niż porwanie kobiety z ulicy i jej zgwałcenie, to dopiero byłby prawdziwy gwałt”. (Dopiero po procesie okazało się jednak, że nie do końca taki miły. Zawodniczki kobiecej drużyny pływackiej chciały, jak się okazało, napisać do sędziego odnośnie bardzo problematycznych zachowań Turnera wobec nich, ale władze Stanfordu wywarły na nie presję by nie wysłały tego listu.)

(Swoją drogą, zachęcam do zwrócenia uwagi na taką reakcję w sytuacji, gdy mamy oczywisty, ewidentny przypadek gwałtu, z nieprzytomną ofiarą i próbą ucieczki i mataczenia ze strony sprawcy. Jak wielkie wsparcie społeczne sprawca dostaje mimo wszystko. A teraz pomyślcie o tych sytuacjach gwałtu, które opierają się na dużo słabszych dowodach – jak bardzo nierówna jest wtedy sytuacja między sprawcą i ofiarą.)

 

Ofiara została w tej sytuacji całkowicie wymazana z tej sytuacji. Tak, jakby nie istniała, jakby jej cierpienie nie istniało, a Turner popełnił przestępstwo przeciw jakiemuś abstrakcyjnemu bytowi, a nie konkretnej, żywej kobiecie. Artykuły w mediach poświęcały miejsce na wskazanie jakie wyniki pływackie miał Turner, ale nie na opisanie tego, jakie konsekwencje gwałt ma dla ofiary. Doskonale oddaje to jej list odczytany w sądzie. Odnosząc się do sytuacji, w której przeczytała artykuł na temat swojego gwałtu, Miller mówi:

“To tak jakby przeczytać artykuł gdzie samochód został uderzony, znaleziono go uszkodzonego, w rowie. Ale może samochodowi się podobało zostanie stukniętym. Może inny samochód nie chciał go tak naprawdę uderzyć, tylko lekko popchnąć. Samochody ciągle mają jakieś wypadki, ludzie nie zawsze zwracają uwagę na takie rzeczy, czy naprawdę możemy powiedzieć kto jest tu winny?

A potem, na końcu artykułu, po tym jak poznałam w brutalnych szczegółach przebieg mojego własnego gwałtu, artykuł podawał jego czasy w pływaniu. Odnaleziono ją oddychającą, niereagującą, z bielizną sześć cali poniżej gołego brzucha, zwiniętą w pozycji embrionalnej. Przy okazji, on jest naprawdę dobry w pływaniu. Może walnijcie tam czas w jakim ja przebiegam milę, skoro tak się bawimy. Jestem naprawdę dobra w gotowaniu, umieśćcie to tam, myślę, że na końcu podaje się zajęcia dodatkowe aby zniwelować wszystkie obrzydliwe rzeczy, które się wydarzyły.”

 

To właśnie himpathy. Przejmujemy się zrujnowaną karierą biednego gwałciciela. Przejmujemy się jak biednymi i zagubionymi ludźmi są incele. Niespecjalnie interesuje nas los ofiar gwałtu, ofiar terrorystycznych inceli czy osób, które incele stalkowali. Światło uwagi – zwłaszcza uwagi innych mężczyzn – jest na perspektywie sprawców i na tym, jak ich życie właśnie się załamało.

 

Dlaczego tak jest?

Filozofka Kate Mann w świetnym “Down Girl” tłumaczy zjawisko Himpathy kulturowym uwarunkowaniem, w którym rolą kobiety jest troszczyć się o innych i poświęcać dla nich, a rolę tego “innego” domyślnie przyjmuje właśnie mężczyzna. Myślę, że jest w tym sporo prawdy, ale pod spodem – podobnie jak pod spodem wielu zjawisk, które celnie punktuje feminizm – jest moim zdaniem warstwa czystych mechanizmów statusowych.

Reagujemy na dominujących. Oczekujemy reakcji od uległych.

Dominacja zabija empatię. Uległość empatię potęguje.

 

Mężczyzna (zwłaszcza – biały, zamożny cis mężczyzna, ten sam poziom himpatii dużo rzadziej obejmuje gwałcicieli z mniejszości, zwłaszcza jeśli ofiarą była biała kobieta) jest w naszej kulturze dominujący. Oczekuje się od niego dominacji. W efekcie również typowo przyjmuje się jego perspektywę. (Nie jest to zresztą trudne – większość historii w naszej popkulturze pisana jest przez mężczyzn i z męskiej perspektywy.)  Zwłaszcza, jeśli samemu jest się w pozycji domyślnie wysokostatusowej. Wysoki status blokuje bowiem empatię. Ta jednak z definicji dotyczy innych. Jeśli empatia dotyczy osoby, z którą możemy się identyfikować (“biedni incele, w końcu ja też kiedyś byłem nieśmiały wobec kobiet”, “biedny facet, no może coś źle zrozumiał, wypił za dużo, a przecież ja też mogłem być oskarżony kiedyś o gwałt”), łatwiej ją utrzymać mimo wysokiego statusu. To nie druga osoba jest tu oceniana, to hipotetyczny ja – a ze sobą samym dużo łatwiej trzymać sztamę. Nawet hipotetycznym.

Tezie, że himpathy jest statusowa wydaje się sprzyjać fakt, że podobne wzorce widzimy też w innych sytuacjach nierównowagi statusowej. Skończyłem właśnie bardzo dobrą “Ludową historię Polski” i fascynujące są tam cytaty w których odwiedzający plantacje niewolników szlachcice stwierdzali, że niewolnicy popełniali samobójstwa… na złość panu. Podobne postawy dotyczą zresztą zachowań swojskich włościan/chłopów. Gdy ci np. uciekali mając dość nieludzkiego wyzysku, robili to z perspektywy szlachty… na złość panom. Perspektywa chłopa nie była w ogóle brana pod uwagę. Liczyło się to, jak skrzywdzony w tym układzie będzie ten, kto dominuje i kontroluje całą sytuację.

 

Bo i dla jasności himpathy to szersza perspektywa, nie tylko kwestia przemocy seksualna. To obawa białych mężczyzn, że przez te wszystkie programy równościowe będą teraz na gorszej pozycji, bez przyjrzenia się realnym statystykom pokazującym jak dobra jest ich pozycja względem kobiet czy mniejszości. To lęk o niesłuszne posądzenie o gwałt, choć takie sytuacje zdarzają się skrajnie rzadko, a realne gwałty skrajnie często i zwykle w ogóle nie trafią na wokandę, a co dopiero miałyby się skończyć skazaniem. To myślenie o tym, jak to przy wprowadzaniu bardziej równościowych polityk to faceci będą musieli nieco więcej uważać czy ich zachowanie nie jest dla innych niekomfortowe, zamiast przyjrzeć się temu w jakiej skali tu i teraz te zachowania są niekomfortowe lub wręcz toksyczne dla innych, skoro w ogóle potrzebujemy tu zareagować.

 

No dobrze, wiemy, że jest takie zjawisko, rozumiemy jak działa. Co można z nim zrobić?

Po pierwsze – możemy zacząć stawiać na perspektywy ofiar. Poznawać perspektywy osób typowo w naszej kulturze niskostatusowych. Pytać o ich doświadczenia. Pisać i mówić o nich. Wskazywać na to, jakie konsekwencje ma przemoc (czy seksualna, czy inna) na ofiary. Jak działa dyskryminacja. Jak ważne są różne perspektywy, a nie tylko tych, którzy systemowo i tak mają lepiej. (Niekoniecznie dobrze, ale lepiej niż gdyby też należeli do grupy społecznie typowo niskostatusowej.)

 

Po drugie – możemy przestać czynić sprawców bohaterami. Jeśli nie możemy wykazać empatii wobec ofiar, przynajmniej nie wykazujmy jej zamiast tego wobec sprawców i nie uczłowieczajmy ich przy jednoczesnym pomijaniu ofiar. Czy naprawdę potrzebujemy wiedzieć jakie hobby miał mąż, który zamordował swoją żonę i dzieci gdy ta zażądała rozwodu? Czy serio musimy  wiedzieć jakie wyniki sportowe miał gwałciciel? Te wstawki nie są neutralne. One sprawiają, że taki czyn staje się bardziej ludzki, bardziej zrozumiały i bliższy odbiorcy. A to jest problemem, jeśli równocześnie usuwamy perspektywę ofiary lub spychamy ją na dalszy plan. Nie chodzi o to, by robić z przemocowych mężczyzn czy gwałcicieli potwory. (To ma wręcz odwrotny skutek, jak widzieliśmy w wypadku Turnera, prowadzi do scenariusza “on nie może być prawdziwym gwałcicielem/mordercą, ponieważ…” ) Chodzi o to, by nie robić z nich ofiar. By nie zapominać o prawdziwych ofiarach w takiej sytuacji. Do sprawców możemy wrócić – ale NAJPIERW zadbajmy o to, żeby ofiary dostały odpowiednie wsparcie.

 

Po trzecie – możemy reagować na widoczne przejawy himpatii i uczulać na nią innych.

 

Po czwarte – możemy dostrzec, że sami mamy tendencję do przyjmowania perspektywy stron dominujących w naszych kulturowych skryptach i celowo starać się to zmienić. Tak, to wymaga wysiłku. Ale uczyni nas lepszymi ludźmi.

 


Książka "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań". Unikatowy tom, wprowadzający Cię w te aspekty ludzkiej komunikacji, które z jakiegoś dziwnego powodu są w psychologii społecznej pewnym tabu. Cóż - ich zrozumienie jest tym bardziej cenne. 

Dostępna w druku i jako e-book, tylko na MindStore.pl

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis