Fake Guru, swoista kontynuacja Anty-Guru, to cykl poświęcony nazwiskom popularnym w rozwoju, ale firmującym rzeczy szkodliwe, bezwartościowe lub wprowadzające ludzi w błąd.

Gdy zapowiadałem ten cykl szczególnie byliście zainteresowani Jungiem, czas więc najwyższy na jego wpis.

C. G. Jung, zdjęcie w domenie publicznej.

C. G. Jung, zdjęcie w domenie publicznej.

Zanim zaczniemy, chciałbym podkreślić jedną kwestię: nie mam nic przeciwko Jungowi jako filozofowi, albo jako prekursorowi psychologii. Uważam, że koncepcje które rozważał były ciekawe, zwłaszcza w świecie wiedzy i trendów w jego czasach. Całkiem możliwe nawet, że zainspirował ciekawe odkrycia w niektórych gałęziach psychologii. Za to należy mu się, moim zdaniem, szacunek. Tak samo, jak jego mentorowi, Freudowi.

O ile jednak Zygmunt Freud został nieco niesłusznie odsądzony od czci i wiary i dziś pamiętamy go raczej za jego zdyskredytowane koncepcje, niż za faktyczny, istotny wkład, jaki wniósł do psychologii i psychiatrii, o tyle Jungowi jakoś się upiekło. Stało się tak, choć niektóre idee Junga są, delikatnie mówiąc, równie narwane jak Freudowska koncepcja zazdrości seksualnej syna o matkę czy zazdrości córki wobec ojca o posiadanie penisa. A jednak Freuda dziś przywołuje się z kpiną i ironią, a Junga wspomina jako wielkiego mędrca psychologii.

Niesłusznie. Zarówno Freud jak i Jung byli prekursorami. A prerogatywą prekursorów jest popełnianie błędów. Są w końcu pierwsi – kto inny miałby te błędy popełniać? Prekursorzy nie znają jeszcze nawet ogólnych kierunków, jakie przyjmie ich dyscyplina, nie ma więc co się dziwić, że eksperymentują. Nie ma w tym nic złego, jeśli następcy błędy odnotują, pozostawią w archiwach i zajmą się budowaniem na tym, co prekursor wniósł faktycznie wartościowego.

Czasem jednak, z jakiegoś powodu, system nie działa. Najdziksze błędy prekursora są cenione na równi (lub nawet bardziej!) niż jego faktycznie wartościowe koncepcje. Tak właśnie stało się u Junga i dlatego trafił on do Fake Guru. Jako filozof czy prekursor psychologii jest ciekawym autorem. Często jego pomysły są jednak przedstawiane jako zweryfikowane i dowiedzione przez psychologię, jako prawda na temat istoty świata i ludzi. A to już po prostu wprowadza ludzi w błąd.


Carl Gustaw Jung urodził się w Szwajcarii pod koniec XIX wieku. Jego matka pochodziła z majętnej rodziny, natomiast ojciec był dość ubogim pastorem, co prowokowało liczne konflikty między rodzicami Junga. Na pewno nie pomagały mu również problemy psychologiczne jego matki. Dokładna ich natura nie jest znana, ale pojawiały się tam różne ezoteryczne wizje, jak również epizody depresyjne. Sam Jung uważał, że takie doświadczenia wpłynęły na jego odbiór kobiet. Znając genetyczne uwarunkowania niektórych zaburzeń można się jednocześnie zastanawiać, czy syn nie odziedziczył pewnych predyspozycji po matce.

Jako chłopiec Jung doświadczył kilku przeżyć, które wpłynęły na jego przyszłą pracę. Gdy zaczynał gimnazjum, napadnięty przez starszego chłopca, zemdlał. Od tego czasu przez pół roku mdlał ilekroć brał się do nauki – aż do czasu gdy podsłuchał obawy ojca na temat jego przyszłości. Wtedy zdeterminowany przysiadł do książek i mimo kilkukrotnego omdlenia, pokonał skłonność (którą interpretował jako swoje zetknięcie z neurozami). Stosował również pewne rytuały na uspokojenie, które później interpretował jako bardzo podobne do rytuałów różnych pierwotnych kultur. Z tego doświadczenia i jego interpretacji stworzył później koncepcję archetypów i zbiorowej nieświadomości. Sprawiły również, że zdecydował się zgłębić temat psychiatrii, jako łączącej ciało i ducha.

W 1895 rozpoczął studia medyczne, a w 1900 zaczął pracować w szpitalu pod kierownictwem Eugene Bleulera (twórcy terminów takich jak “schizofrenia” i “autyzm”). Ten korespondował już z Zygmuntem Freudem i pod auspicjami Bleulera, również Jung nawiązał taką korespondencję. Ta przerodziła się w bliską, sześcioletnią współpracę i przyjaźń. Obaj byli jednak uparci i ambitni, więc gdy Jung opublikował książkę z tezami mocno odstającymi od tez Freuda, panowie na trwałe się poróżnili. Sam Jung ciężko to przeżył (być może w połączeniu z wybuchem wojny). Na pewno nie pomógł fakt, że dominująca rola Freuda w ówczesnej psychiatrii doprowadziła do towarzysko-zawodowej banicji Junga. Ośmielił się podnieść głos przeciwko autorytetowi i został za to ukarany społecznie. Czas ten był dla Junga bardzo trudny (współcześni autorzy określają to wręcz jako “przewlekły epizod psychotyczny”, a więc stan poważnego zaburzenia poczytalności), ale jednocześnie transformujący. Być może odezwały się tu skłonności odziedziczone po matce? Sam Jung określał ten czas jako psychozę lub schizofrenię, choć dziś zapewne diagnozowalibyśmy to nieco inaczej.

Normalny człowiek, który zgłosiłby się do swojego psychiatry, nawet w tamtym okresie, z podobnymi objawami, zostałby zdiagnozowany i zasugerowano by mu ignorowanie doświadczeń, jakie przeżywa. Ale Jung sam był psychiatrą – zamiast więc zgłosić się do kolegi po fachu, przez przeszło sześć lat zaczął prowokować, zgłębiać i spisywać swoje psychotyczne halucynacje. Większość treści i koncepcji z którymi dziś kojarzymy Junga jest właśnie pochodną tych psychotycznych wizji. Zwykle nie były w żaden sposób weryfikowane naukowo (a jeśli były, to test ten oblewały). Jednocześnie, w odróżnieniu od jego pierwszych publikacji, są pisane żywiej, barwniej, w bardziej angażujący sposób. Trafiają do fantazji i wyobrażeń czytelników. Zapewne to zapewniło im taką popularność i długowieczność.


Nie mam nic przeciwko wykorzystywaniu takich doświadczeń psychotycznych do eksploracji swojego wewnętrznego świata. Jasne, dobrze, by było to pod opieką jakiegoś terapeuty, ale przynajmniej część nurtów terapeutycznych jak najbardziej porusza takie aspekty doznań pacjenta. Nie ma w tym nic złego. Sądzę nawet, że umiarkowane dawkowanie sobie takich doświadczeń celowo, jak popularne w środowisku psychologicznym w USA lat 70-tych eksperymenty z halucynogenami, może mieć jakąś wartość. Tylko ponownie, do poznania siebie.

Carl Gustaw Jung zamiast tego wykorzystał te doświadczenia do prób opisania psychiki wszystkich ludzi. Zapewne w oparciu o swoje wcześniejsze poglądy n.t. zbiorowej nieświadomości, którą dzielą wszyscy ludzie. Przy takim założeniu poznanie i zrozumienie siebie pozwala też zrozumieć wszystkich innych ludzi.

Tyle tylko, że to założenie jest błędne. Zbiorowa nieświadomość jest koncepcją w najlepszym razie niefalsyfikowalną. Tam gdzie wynikają z niej falsyfikowalne tezy, nie jest im w stanie podołać.

Dlatego wszelkie prace Junga po 1913 można, a nawet warto traktować jako ciekawe teksty filozoficzne, albo jeszcze ciekawsze próby poradzenia sobie i racjonalizacji choroby przez zaburzonego człowieka. Nie można natomiast pod żadnym pozorem traktować ich jako twardych koncepcji psychologicznych, a tym bardziej jako coś, czego psychologia miała rzekomo dowieść.


Gdzie tu szkoda?

Podstawową szkodą jest szerzenie dezinformacji, przyczynianie się do zbiorowego ogłupienia ludzkości. To nigdy nie jest dobra rzecz. Wtórnym problemem są różne mniej lub bardziej oderwane produkty oparte na ideach Junga, choćby MBTI.

Ide Junga były fantazjami. Ciekawymi fantazjami, ale wciąż fantazjami. Cokolwiek co na nich opieramy, ma takie podstawy teoretyczne, jakbyśmy opierali to na mitach greckich i Zeusie zmieniającym się w łabędzia by wyrwać pannę. Darujmy sobie :)


Powrót do strony cyklu.


Moja nowa książka, "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań" jest już dostępna w formie e-booka! Tylko na Mindstore.pl 

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis