Afirmacje – powtarzanie lub zapisywanie „pozytywnych” haseł, tak by wbudowały się w naszą podświadomość. Bardzo popularna metoda wśród osób zaczynających przygodę z rozwojem. Nic dziwnego. Są łatwe (zarówno do zrozumienia jak i do wprowadzenia), obiecują dużo, są też bardzo bezpieczne. Powtarzać lub pisać możesz sobie potajemnie, nie narażając się na żadne realne wyzwania. Trudno nie dostrzec atrakcyjności takiego rozwiązania, zwłaszcza w porównaniu z wieloma metodami wymagającymi dużo większego narażania się na ocenę. Naprawdę trudno się dziwić, że afirmacje są tak popularne.

Idea

Są też niestety niemal absolutnie bezużyteczne, a w wielu przypadkach wręcz szkodliwe. Pisałem już o tym kilkukrotnie. Badania w temacie są jasne. Jeśli np. powtarzasz sobie afirmację „Jestem pewny siebie” (lub jakąś jej wariacje, zgodnie z jedną z setek metod „prawidłowego” pisania afirmacji):

  • jeśli już jesteś bardzo pewny siebie, nic Ci to nie da;
  • jeśli jesteś już umiarkowanie pewny siebie, może Ci to dać ociupinkę – biorąc pod uwagę wysiłek vs. zwrot, mało opłacalna wymiana;
  • jeśli jesteś mało pewny siebie lub zupełnie niepewny siebie – czyli należysz do grupy, która najpewniej będzie chciała korzystać z takich afirmacji – nie tylko nic Ci one nie dadzą, ale wręcz zaszkodzą. Po prostu, konfrontacja powtarzanych haseł z rzeczywistością będzie zbyt bolesna.

Jakby nie było, afirmacje, mimo swojej popularności, okazują się bardzo kiepską metodą.

Ale…

Jest tu jedno nieoczekiwane „ale”…


Jednym z popularnych haseł n.t. NLP było swego czasu „różnica, która czyni różnicę” („the difference that makes the difference”). Bezdyskusyjnym faktem jest, że praca z umysłem bywa niekiedy niezwykle precyzyjna. Drobna różnica w formie ćwiczenia, zamiana paru słów albo jednego elementu wyobrażenia może już dać zupełnie inne efekty.

Nie jest to oczywiście problem specyficzny dla NLP. Jednym z dużych zarzutów wobec badań skuteczności wielu systemów terapeutycznych jest fakt, że sesje w takich badaniach prowadzą często asystenci badacza, ludzie z bardzo umiarkowanym przeszkoleniem w danej metodzie. (Sam badacz niejednokrotnie nie ma wręcz żadnego, m.in. w celu uniknięcia konfliktu interesów.) Sęk w tym, że  nie każda metoda terapeutyczna musi się jednakowo nadawać do takiego potraktowania. Przez analogię do sportu – krótkie przeszkolenie pozwala mniej lub bardziej kompetentnie rozegrać partię w squasha, ale do rozegrania sensownej partii tenisa potrzebne są dużo lepsze podstawy.  Podobnie np. z bilardem i snookerem. O ile więc krótki trening wystarcza do testowania „jak squash wpływa na grającego”, o tyle wyniki jakie uzyskamy w przypadku tenisa będą w tym wypadku dużo mniej wiarygodne. Podobnie z badaniem różnych metod terapeutycznych – terapia behawioralno-poznawcza, ze swoimi bardzo mechanicznymi procedurami może być dużo łatwiejsza do badania w wykonaniu mało kompetentnych praktyków, niż np. terapia gestalt, próg kompetencyjny może być bardziej zróżnicowany.

Nie jest to tylko filozofowanie po próżnicy. Mamy już przebadanych naprawdę wiele technik, w których subtelne zdawałoby się różnice dramatycznie zmieniają skuteczność metody. Np. WOOP Gabrielle Oettingein, świetna technika usprawniająca wdrażanie nowych zachowań, okazuje się bezużyteczna jeśli tylko zamienimy kolejność środkowych, pozornie niezwiązanych ze sobą kroków. W przypadku technik NLP, czy w ogóle wizualizacyjnych, różnice m.in. w tempie wyobrażenia czy między wyobrażeniem w asocjacji lub dysocjacji („patrząc swoimi oczyma” lub „patrząc na siebie z zewnątrz, jak na postać w filmie”) mogą nie tylko zadecydować o skuteczności danej techniki, ale wręcz sprawić, że ta sama technika da zupełnie odwrotne skutki.

Tu właśnie kryje się ta różnica, która czyni różnicę. To jest ta najtrudniejsza rzecz, którą staram się przekazywać absolwentom moich szkoleń coachingowych czy NLP. To „sekret” który sprawia, że dwie osoby mogą zrobić pozornie tą samą technikę, ale z drastycznie innymi wynikami. „Sekret” w cudzysłowie, bo jest on tak naprawdę na widoku – choć wymaga odpowiedniej wiedzy i uważności, pozwalających dostrzec różnice.


Co to wszystko ma wspólnego z afirmacjami?

Cóż, tak jak wspomniałem, afirmacje w ich powszechnym rozumieniu niestety nie działają. Mogą nawet szkodzić.

Jest jednak jedna, banalna w swojej istocie zmiana, która sprawia, że afirmacje mogą dawać bardzo fajne efekty i faktycznie pomagać w osiąganiu upragnionych celów.

Nie, nie sprawią, że magicznie pojawi Ci się w pokoju harem chętnych gwiazd filmowych albo stos złota. Ani nawet szczerozłoty harem. Mogą jednak sprawić, że faktycznie podejmiesz kroki by stać się lepszą osobą i osiągać swoje cele.


No dobrze, ale o co chodzi? Co masz zrobić?

Przyznam, wolę tą modyfikację w wersji angielskiej – szyk zdań w tym języku czyni ją nieco bardziej poetycką :) Ten blog jest jednak po polsku, więc zajmijmy się polską wersją. A sprowadza się ona do dodania słówka „czy” na początku afirmowanego zdania oraz znaku zapytania na jego końcu.

„Jestem pewny siebie” zmienia się w „Czy jestem pewny siebie?” Twierdzenie w pytanie. Afirmacja w introspekcję. Oczywiście następnie, zamiast bezmyślnie powtarzać pytanie, warto sobie na nie odpowiedzieć.

Różnica naprawdę drobna, ale wg. badań absolutnie kluczowa i sprawiająca, że afirmacje faktycznie mogą Ci coś dać i zwiększyć Twoje szanse na osiągnięcie sukcesu.


Dlaczego to działa? Cóż, znaczenie ma tu chyba kilka kwestii:

  • Gdy jesteś przekonany, że coś zadziała, uczysz swój mózg by nie rezerwował na to żadnych zapasów energetycznych. To kiepski układ – przy pierwszej przeszkodzie zwykle się poddasz.
  • Taka forma pytania „toruje” określone zachowanie, czyniąc je łatwiej dostępnym przy automatycznym podejmowaniu decyzji. Mając do wyboru 3 zachowania, wcześniej miałeś po 33% szans na każde. Dzięki utorowaniu może się okazać, że Twoje preferowane pojawi się już w 2 przypadkach na 3. To kolosalna różnica.
  • Szczere zastanowienie się nad tym pytaniem pozwoli Ci dostrzec te sytuacje, w których faktycznie zdarza Ci się zachować w sposób pasujący do afirmacji, oraz utracone okazje. Te pierwsze wpłyną na Twój obraz siebie. Te drugie uwrażliwią Cię na kolejne, podobne okazje w przyszłości i ułatwią skorzystanie z nich.


Btw. Tak, po angielsku brzmi to fajniej. „I am confident” zmienia się w „Am I confident?” To po prostu fajniejsze, a jak się nie zgadzasz, to się nie znasz :P



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis