Dziś na Anty-Guru największy szachraj i krętacz anty-guru… Krzysztof Kanciarz! Człowiek, który tak naprawdę jako jedyny zasługuje w pełni i absolutnie na miano Anty-Guru.

No po prostu spójrzcie na to, co ten łotr wyrabia! Koniecznie obejrzyj te filmy, zanim zaczniesz czytać dalej…




Ze wszystkich anty-guru, tak naprawdę tylko Krzysiek Gonciarz, znany pod pseudonimem Krzysztof Kanciarz, zasługuje na ten tytuł.

Nie dlatego, że jest naprawdę wrednym guru. Przeciwnie. Dlatego, że jest kimś, kto skutecznie edukuje ludzi do tego, by od takich guru trzymali się z daleka.

Bardzo szanuję to co robi, bo, co tu dużo mówić, jeden jego film robi więcej dla uzdrowienia rozwoju niż 50 postów z cyklu anty-guru. Nie mam jego kompetencji jako aktor i satyryk, zostaje mi albo solidny trening w tym, nowym dla mnie zakresie, albo też władanie tymi narzędziami, którymi dysponuję. Decyduje się na drugą opcję, mogę jednak oddać mu szacunek za to co robi.


Drodzy, zadufani w sobie, odcięci od rzeczywistości* trenerzy rozwojowi i drodzy czciciele tychże trenerów…  Ja rozumiem, że z wewnątrz nie widzicie jeszcze tego, że to co robicie to żart. Ale świat zewnętrzny naprawdę to widzi. Dorobiliście się już własnego parodysty, który na Waszych barkach, bez żadnego wysiłku poznawczego, bo jedynie powtarzając Wasz bełkot i mcrozwojowe hasła, błyskawicznie przebił się do top 5 najbardziej wpływowych blogerów w kraju!

*Dla jasności, w środowisku jest też wielu uziemionych i nieodciętych od rzeczywistości trenerów. Niestety, jak to zwykle bywa, najgłośniejsza i najbardziej widoczna jest ta oderwana mniejszość.

W ciągu paru miesięcy jego filmy zebrały wielokrotnie większą oglądalność, niż Wasze najlepsze przez lata! Tam, gdzie najlepsi „masowi” trenerzy rozwoju z trudem dobijają do 5-10 tysięcy wyświetleń filmu, on bez mrugnięcia okiem robi 50 tysięcy, w porywach 100.  Tam, gdzie Wasz fanpage ma 2-6 tysięcy fanów, on ma 15 tysięcy.

A to coś mówi o tym, jak cała nasza radosna gromadka rozwojowa, wszystkie te szumne idee o rozwoju, niezależności finansowej, samcach alfa, są postrzegane w społeczeństwie.

Jak parodia właśnie.


Krzysiek nie musi niczego wymyślać. Ma podane na tacy. Jak przystało na dobrego satyryka, on jedynie powtarza to, co sami mu, jako środowisko rozwojowe, serwujemy. Na litość mroku, brałem udział w dyskusjach, gdzie ludzie twierdzili, że Krzysiu to tak na poważnie i że oto mamy kolejnego guru rozwojowego.

Na serio. Ludzie go brali na poważnie.

Tak nisko upadliśmy.

Takiego poziomu treści ludzie kojarzą z rozwojem osobistym.

Naprawdę tego chcecie?


Planowałem zrobić już nowy wątek, poza anty-guru (znów w ramach tygodniowej przerwy, a potem ostatni, na razie, zestaw „sław” do cyklu). Ale stwierdziłem, że przyda się jednak coś na krawędzi dwóch światów. Dlatego postanowiłem poświęcić wpis na analizę reakcji, jakie zaszły przy okazji wpisów o anty-guru, z perspektywy psychologii poznawczej i błędów poznawczych..


Dysonans poznawczy

Zacznijmy od jednego, bardzo, bardzo ważnego procesu – stanowiącego w zasadzie podstawę w kontekście rozmowy o zmianie zdania na jakikolwiek temat. Dysonans poznawczy, to zjawisko, które zachodzi, gdy w momencie, gdy w naszej głowie pojawiają się dwa sprzeczne elementy. Np. dwa sprzeczne przekonania, informacje podważające nasze przekonania, albo gdy zrobiliśmy coś, co jest niezgodne z tym, jak o sobie myślimy. Jak sugeruje nazwa, dysonans poznawczy nie jest przyjemny. Ludzie robią więc co mogą, byle tylko go zredukować.

Np. Dana osoba brała udział w debacie, która była nudna jak flaki z olejem. Została jednak poproszona o skłamanie i powiedzenie, że debata była bardzo ciekawa, co miało być wynagrodzone finansowo. Jeśli ktoś został poproszony o skłamanie i dostał za to dużą kwotę, raczej pozostanie świadomy tego, że skłamał i nie będzie oceniał debaty jako ciekawej. Ale jeśli został poproszony o skłamanie i dostał za to drobną kwotę, np. 2 złote, cóż, nikt nie chce o sobie myśleć, że dał się sprzedać za dwa złote. Większość osób w tej sytuacji modyfikuje więc swoje wspomnienia tak, by okazało, że debata jednak była całkiem interesująca.

Co istotne – te procesy zwykle nie są do końca uświadomione, ludzie nie do końca zdają sobie sprawę, że modyfikują swoje postrzeganie rzeczywistości, selektywnie dobierają informacje, itp.


Dysonans poznawczy ma też ogromną rolę ilekroć trafiamy na informacje sprzeczne z tym, w co wierzymy. Przede wszystkim, wszyscy lubimy o sobie myśleć jako o osobach inteligentnych, ba, ponadprzeciętnie inteligentnych. 80% populacji uważa, że jest ponadprzeciętnie inteligentna ;) i te sprawy. A jeśli jesteśmy inteligentni, to czy mogliśmy uwierzyć w coś błędnego?* No jasne, że nie – to by sugerowało, że jesteśmy głupi!

*W rzeczywistości, ludzie inteligentni jak najbardziej mogą uwierzyć w głupoty i są wtedy nawet w gorszej sytuacji niż ludzie mało inteligentni – bo bardzo inteligentnie, kreatywnie i zażarcie bronią błędnego wniosku, do którego doszli.


A że nie chcemy być głupi – to najłatwiej jest nam odrzucić otrzymaną informację. Tu pojawia się np. zjawisko efektu zaprzeczania – skłonność do krytycznego analizowania i zapominania informacji sprzecznych z poglądami, ale bezkrytycznego przyjmowania i lepszego pamiętania informacji te poglądy wspierających. Bardzo ładnie widać to było w wielu dyskusjach, np. o Robbinsie, gdzie całe odnośniki demonstrujące np. powiązanie Robbinsa z Kernem zdawały się uciekać z pamięci broniących Robbinsa dyskutantów, którzy „nigdy nie słyszeli, by Robbins robił coś z Kernem” i domagali się na to dowodów – w momencie podlinkowania w tekście do wspólnego produktu tych panów na Amazonie :)


Kolejnym popularnym zjawiskiem jest „strzelanie do posłańca” – jeśli otrzymane informacje nie pasują do naszych poglądów, najłatwiejszym rozwiązaniem, jakie przychodzi nam na myśl jest próba zaatakowania osoby te informacje podającej. Pisząc ten cykl spodziewałem się tego, choć przyznam, że zaskoczyła mnie nieco skala. Najpopularniejsze strzały tutaj to „jesteś zazdrosny ich sukcesu”, „samemu nie masz efektów”, „próbujesz się wypromować na krytykowaniu ich”, itp. itd.

Jak już nie raz pisałem – zazdrosny, to mogę być o ludzi, którzy doszli do swojego sukcesu uczciwie, np. chłopaków z Grupy SET czy Gordona Ramseya. Choć wolę po prostu dążyć do ich poziomu. Całkiem szczerze, potwornie długo, tak gdzieś od późnego liceum nie zdarzyło mi się czuć zazdrości. Nie wiem dlaczego, chyba po prostu przez przypadek się oduczyłem takiego akurat nakręcania. Co do efektów – jestem jedynym coachem na rynku i jednym z nielicznych na świecie, który nie miał obaw przed udostępnieniem online swoich pełnych sesji, z ludźmi z ulicy, a nie ze szkolenia czy z kumplami coachami. Tu również nie mam obaw. Co do promocji na krytykowaniu – kiepskie by to było rozwiązanie, przy tym poziomie wściekłych fanów.

Ale hej, przyjmijmy, że spełnił się mokry sen fanów wspomnianych anty-guru i faktycznie byłoby tak, że jestem po prostu chorobliwie zazdrosny, nieskuteczny, próbujący się wypromować na krytyce, nie znam żadnych ludzi, mam niskie poczucie wartości, jestem psychopatą, nigdy nie miałem dziewczyny, mieszkam z rodzicami, boję się i co tam jeszcze było mi zarzucane ;)  (Btw. nie, nie żartuję, to wszystko pojawiło się, publicznie in a priva, jako reakcja na ten cykl). Przyjmijmy, że to wszystko jest prawdą. Ba, dodajmy do tego, że w rzeczywistości byłem adoptowany, a tak naprawdę jestem klonem stworzonym z połączenia DNA Hitlera i Stalina.

I co? I nic. Kimkolwiek bym był, jakakolwiek byłaby moja motywacja, nie zmienia to ani o jotę trafności lub nietrafności krytyki zawartej w cyklu Anty-Guru. Jeśli ktoś chce te wpisy podważyć -musi wskazać na konkretne argumenty. Odstrzelenie mnie, jako posłańca może dać ulgę emocjonalną – ale prowadzi jedynie do zamknięcia się we własnym pseudorozwojowym gettcie p.t. „jacy my jesteśmy wszyscy wspaniali.” Ot, metoda na Kanciarza.

Nie skończyliśmy jednak z dysonansem poznawczym. Kolejnym istotnym błędem odgrywającym tu dużą rolę jest racjonalizacja zakupu – im więcej zainwestowaliśmy (pieniędzy, czasu, energii, emocji) w danego Guru, tym silniejsza będzie emocjonalna reakcja na jego krytykę i tym silniej będziemy się przekonywać, że postąpiliśmy dobrze. Jeśli bowiem popełniliśmy błąd, to jest on naprawdę duży, a to trudno jest ludziom przełknąć.


Co jednak najgorsze – wszyscy podlegamy też efektowi ślepej plamki – czyli przekonaniu, że inni to może, ale my sami na błędy poznawcze jesteśmy odporni i już. My myślimy logicznie w pełni. Tak jest, bo… (tu wstaw racjonalizację). Otóż nie. Nie myślimy. Dlatego potrzebujemy takich rzeczy jak nauka. Dlatego ważna jest dyskusja o twardych dowodach w różnych tematach. Dlatego ważne jest wprowadzenie w swoim życiu mechanizmów pozwalających przeciwdziałać błędom poznawczym i redukować ich siłę i zasięg. Dlatego nawet najlepsi, najmądrzejsi, najbystrzejsi i najbardziej kompetentni ludzie mogą się zgubić, zwłaszcza jeśli nie mają wokół siebie nikogo, kto sprowadzałby ich na ziemię i są otoczeni jedynie potakiwaczami. To dlatego tak wielu Noblistów skończyło z tzw. chorobą Noblisty – przekonaniem, że skoro są wybitnie kompetentni w swojej działce, to mogą też stawiać wielkie i znaczące tezy w innych działkach. To dlatego, moim zdaniem, ludzie tacy jak James Arthur Ray czy Osho skończyli tak jak skończyli. Nie wierzę, że zaczynali jako źli manipulatorzy. Sądzę natomiast, że sami ustawili się w takim układzie, który ich patologicznie warunkował i doprowadził do tego, jak skończyli – i jak skrzywdzili ludzi wokół siebie.


Nie są to oczywiście wszystkie błędy, które odgrywają tutaj rolę. Lista błędów poznawczych jest długa, na początek polecam Wiki (lepszą, ang, lub uboższą, ale i tak niezłą PL), do tego publikacje np. Kahnemana, Ariely’ego, itp.  Bardzo ważna jest też edukacja ludzi w zakresie błędów poznawczych. Bo Anty-Guru żerują też na nich i korzystają z nich na potęgę.


Dysonans poznawczy u mnie

I w końcu – sam, w toku pisania tego cyklu zaliczyłem dysonans poznawczy. Przy przygotowywaniu tekstu o Osho postanowiłem poszukać nieco informacji o podejściu Idries Shaha (autora duchowościowego, którego prace polecam i bardzo cenię) do Osho. Osho Shaha polecał, natomiast odnosiłem wrażenie, że w swoich niektórych tekstach, choć Shah pisał bez nazwiska, odnosił się właśnie, z dużym chłodem, do Osho.

Nie znalazłem takich informacji, znalazłem natomiast nieco niepokojących informacji n.t. Shaha, o których wcześniej nie wiedziałem. Byłem już wcześniej świadomy kontrowersji związanych z oskarżeniami braci Shah o fałszywe tłumaczenie „Rubaiyat” Omara Khayyam’a, oraz rozstania braci Shah, którzy „zgodzili się nie zgadzać”  odnośnie interpretacji Sufizmu. Pierwsze było niepokojące, w drugim przypadku za mało wiedziałem o Omarze, by móc coś wnioskować o rozstaniu. Obydwie informacje były potwierdzone, z dobrych źródeł, wystarczające bym zachował pewną ostrożność, choć wciąż polecał materiały Shaha.

W toku poszukiwań relacji między Osho i Shahem znalazłem jednak pewne materiały, które stawiają Idries Shaha w dużo ciemniejszym świetle – oskarżenia o, de facto, oszukanie mężczyzny i pozbawienie go jego nieruchomości oraz o seryjne, fałszywe reprezentowanie siebie. Materiały te pochodziły tylko z jednego źródła – ze środowiska Gurdżijewitów, którzy generalnie nie mieli zbyt dobrych relacji z Sufizmem. Tym niemniej były.

Skłonność do redukcji dysonansu poznawczego mówi w tej sytuacji „odrzuć te dane. są niewiarygodne. to gurdżijewici po prostu chcą go obsmarować.”

To byłoby łatwe, proste i przyjemne. Byłoby też głęboko nieuczciwe względem poszanowania prawdy.

Zamiast tego, zachowuję tą informację i ilekroć będę miał okazję, będę się starał ją zweryfikować w innych źródłach. (Jeśli ktoś dysponuje źródłami odnośnie tej kwestii z Shahem, prosiłbym o kontakt.) Piszę też o niej publicznie, w momencie gdy sam polecałem niedawno – i wciąż jeszcze polecam – prace Shaha.

Nie jest to przyjemne emocjonalnie. Fajnie i miło byłoby mieć tą sprawę zamkniętą. To takie proste i łatwe.


Powrót do strony cyklu.

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis