Być może zwróciłeś uwagę na mniejszą regularność aktualizacji w ostatnich tygodniach. Blog aktualizowałem rzadziej, gdyż przez dwa tygodnie byłem na urlopie w Wielkiej Brytanii. Drugi tydzień to typowy urlop, nad którym nie będę się tu szczególnie rozwodził… No, może nad jedna rzeczą – na Fringe w Edynburgu obejrzałem kawałek “Ulysses dies at dawn” zespołu The Mechanisms i przegorąco polecam :)


Z perspektywy tego bloga ciekawszy jest jednak pierwszy tydzień, który był tak naprawdę głównym powodem wyjazdu. Miałem bowiem okazję wziąć udział w 6-dniowym warsztacie technik improwizacyjnych z Keithem Johnstonem, główną osobą stojącą za teatrem improwizacyjnym, jedną z moich największych zawodowych i osobistych fascynacji :)

Jak było? Jakie wnioski i wrażenia? O tym będzie ten wpis.


Chyba najciekawszą obserwacją, z perspektywy szkoleniowca, był poziom zaangażowania uczestników – poziom, z którym nie spotkałem się na żadnym z licznych szkoleń rozwojowych, w których brałem udział (czy to jako uczestnik, czy jako tłumacz, czy prowadzący). Co mam na myśli przez poziom zaangażowania? Cóż, gdy ludzie dostają na szkoleniu ćwiczenie do wykonania, np. w parach, zwykle wykonują je raz z jedna osobą jako prowadzącym, drugi raz z drugą, a jak zostaje im czas – co często się dzieje – to plotkują, idą po kawę, itp. Niekiedy wręcz zaczynają od plotkowania i ćwiczenie robią jeśli ew. zostanie czasu. Oczywiście, zdarzają się osoby maksymalnie wykorzystujące dostępny czas i robiące ćwiczenie do oporu, ale są to, na szkoleniach rozwojowych, wyjątki.

U Keitha był to standard. Nie sądzę, żeby za sprawą samego Keitha, przy moim ogromnym szacunku do niego – sądzę, że tam byli ludzie, którzy bardzo dobrze wiedzieli po co tam są i jak chcą skorzystać i było to po prostu widać. A przy tym uświadomiło mi, że taki poziom zaangażowania jest możliwy i dało dużo do namysłu jak można taki poziom uzyskać na swoich szkoleniach.

keith

Idąc dalej z perspektywy szkoleniowej – cóż, Keith nie jest trenerem i było to widać i czuć, choćby w takich kwestiach, jak rozplanowanie materiału. Jak sam kilkukrotnie mówił, cały program ogólnie improwizował, ale prowadziło to m.in. do takich kwestii jak brak możliwości przećwiczenia scen “łóżkowych”* poza jedną demonstracją, czy sprawiające wrażenie przedwczesnego i pozbawione jakiegokolwiek poczucia domknięcia zakończenie szkolenia – bo po prostu skończył się czas, w jakim mieliśmy możliwość korzystania z sali i choć Keith planował jeszcze przećwiczenie kilku kwestii, to skończyło się na szybkim zamknięciu. Swoją drogą, to doświadczenie pokazało mi ponownie jak istotne jest, dla samopoczucia uczestników, odpowiednie zamknięcie szkolenia.

* Nie chodzi o odgrywanie seksu, tylko o sceny w których przynajmniej jedno z aktorów leży w łóżku na scenie. Sam podtekst seksualny już wystarcza dla zbudowania dodatkowego napięcia w scenie.

Nie znaczy to, że warsztaty nie były dobre – przeciwnie, bardzo je sobie cenię. Nie jestem jednak w stanie nie dostrzec rzeczy, które stosunkowo łatwo byłoby skorygować, a które pozwoliłyby je jeszcze usprawnić i sądzę, że warto o nich napisać dla większego obiektywizmu.


To powiedziawszy, główne założenia warsztatu zostały, moim zdaniem, w dużej mierze osiągnięte. Jak to ujął sam Keith, jego główne cele wobec nas, uczestników były następujące:

– mamy się rozluźnić na scenie (bo spięcie prowadzi do mechanizmów obronnych w rodzaju blokowania czy anulowania)

– mamy łączyć się na scenie z innymi (zamiast grać każdy sobie, bez zwracania uwagi na innych)

– mamy robić to, co oczywiste (a nie to co oryginalne)

– mamy nie robić zbędnych rzeczy


Założenia niby proste, ale oczywiście w praktyce sposobów na ich trenowanie jest cała masa i można by je spokojnie trenować przez lata. Jak na sześć dni zajęć po 6,5 godziny dziennie, zrealizowaliśmy w ich zakresie naprawdę dużo.


Wiele z poruszonych tu rzeczy znałem już wcześniej z książek Keitha (np. to, że jedną z najlepszych metod na uczynienie aktora bardziej interesującym jest kazanie mu być nudnym. Ma przy tym zachować energię, samemu nie być znudzonym i nie uśpić widzów, tylko ich znudzić). Tu jednak często pojawiały się dodatkowe, delikatne szlify i usprawnienia. Np. jedną z rzeczy, które Keith nieustannie podkreślał przy większości scen było to, by uczestnicy startowali z podejścia “życie jest dobre, wszystko jest fajnie”, co od razu dodawało masę energii rozgrywanym scenom.

Rzeczą, którą już znałem z książki “Impro for storytellers”, ale której użyteczności zdecydowanie nie doceniałem, były tzw. listy. Listy to szereg zachowań przypisanych do określonej motywacji, takiej jak “bądź uważany za pięknego”, “uwiedź kogoś”, “bądź wredny”, “bądź kujonem”, “bądź uważany za inteligentnego”, itp., które banalnie ułatwiały odgrywanie określonego stylu funkcjonowania i których ogromny potencjał dostrzegłem w kontekście choćby pomocy w budowaniu pewności siebie u ludzi. Plus, kiedyś będę chciał usiąść i zrobić “listy” dla kilku spośród co wyraźniejszych moich znajomych i zobaczyć jaki da efekt ich dyskretne stosowanie w komunikacji z nimi ;)


Jeśli zaś chodzi o rzeczy nowe, to np. bardzo ciekawym elementem były tzw. “facemasks”/”maski twarzowe”, czyli wchodzenie w określone stany poprzez odpowiednią mimikę i wydawane dźwięki. Scena rodzinki “warczącej”, czy wspólna impreza towarzystwa “warczących” i “strachliwych” były niesamowitymi doświadczeniami, ale dały mi też nieco ciekawych pomysłów do wykorzystania w pracy z klientami. (Swoją drogą, sporym zaskoczeniem było to, jak duży procent uczestników stanowili nie aktorzy, a trenerzy, terapeuci i konsultanci biznesowi.)

Bardzo wartościowe były elementy pracy ze statusem, zwłaszcza wskazanie na stosunkowo rzadki, ale istotny aspekt, czyli grę na wysoki status przy jednoczesnym zachowaniu sympatycznego i miłego podejścia do rozmówcy. Niezwykle cenne było też nieustanne zachęcanie uczestników do błędów – “Jeśli nie popełniacie błędów, to znaczy, że nie ryzykujecie, a jeśli nie ryzykujecie, to znaczy, że się nie uczycie.” Pierwszy raz widziałem tak silne zachęcanie do błędów i zdecydowanie skorzystam z takiego podejścia w swojej pracy. Lub, jak to ujął Keith: “Musicie popełniać błędy w drodze do sukcesu, więc popełnijcie je jak najszybciej i z zachowaniem dobrego humoru.”

To “zachowanie dobrego humoru” po porażce, “demonstrowanie dobrego usposobienia”, polegające po prostu na tym, że gdy poniesiesz porażkę, wciąż pozostajesz radosny, było jednym z ważniejszych elementów budowania poczucia relaksu na scenie (podobnie jak przypominanie, że publiczność CHCE, żeby czasem aktorzy ponieśli porażkę, to dodaje całości występu atrakcyjności.)

Ciekawe były też rozważania “okołoimprowizacyjne” Keitha. Osiemdziesięcioletni już reżyser miał bogatą historię i znał wiele aktorskich sław, miał też sporo doświadczenia z tworzeniem różnych grup improwizacyjnych i ich wspieraniem. Narzekał na to, jak większość grup degeneruje się przez to, że robi wszystko by ograniczyć ryzyko, jakiego doświadczają na scenie – a przecież jeśli nie ma ryzyka, to atrakcyjność takiego show zdecydowanie spada. Wspominał, że jego inspiracją dla improwizacji był wrestling i jego aktywna, żywiołowa widownia – chciał mieć taką widownię w swoim teatrze, stąd impro. Uważał, że teatr miał kiedyś taką widownię, np. za czasów Szekspira, ale stracił ją  w miarę, gdy stawał się tzw. kulturą wyższą. Wskazywał też na ciekawą kwestię odnośnie trup impro i zespołów sportowych (coś, na co z dziką chęcią poszukam badań, bo to bardzo ciekawy temat) – najlepsze trupy czy zespoły mają w swoim składzie 1-2 “trudne” osoby, konfliktowe i prowokujące, bo to te osoby zapewniają grupie energię i wyzwanie do podnoszenia swoich kwalifikacji. No i narzekał na brak kobiet w impro, zwalając winę na zachowanie facetów “Faceci mówią, że nie rozumieją czemu kobiety odchodzą z improwizacji, przecież traktują je dokładnie tak jak siebie samych. W tym problem! Przyjrzyjcie się jak faceci traktują się nawzajem, traktują się absolutnie podle, nic dziwnego, że kobiety miały tego dość.”


Mówimy tu o sześciu dniach, nie sposób więc zrobić wyczerpującego wpisu na ten temat bez przytłoczenia czytelnika. Na tych obserwacjach więc pozostanę i przejdę do końcowej oceny.

Poziom: S2 – skorzystają i laicy i eksperci, choć lepiej już nieco kojarzyć podstawy – mieliśmy kilku zupełnych laików na sali i dla nich wyjaśnienia Keitha nie zawsze były wystarczająco jasne.

Ocena: 5/6 – tak, wiem, zmieniam skalę ocen na potrzeby tego warsztatu ;) Ale na serio tak uważam, że jest trafnie. Z jednej strony uważam, że było tam naprawdę wiele wartościowych ćwiczeń i informacji, a z drugiej strony, kurcze, naprawdę odrobina trenerskiego szlifu zmieniłaby tu dużo i dała naprawdę wyjątkową mieszankę. Ale też nie będę oczekiwał od 80-letniego reżysera, że poduczy się teraz trenerki. Zaznaczam przy tym, że zdecydowanie nie jestem obiektywny, bo jak pisałem, improv i Keith bardzo mnie fascynują, a jego drugą książkę uważam za absolutnie najlepsze opracowanie n.t. komunikacji, jakie miałem kiedykolwiek w rękach.



Książka "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań". Unikatowy tom, wprowadzający Cię w te aspekty ludzkiej komunikacji, które z jakiegoś dziwnego powodu są w psychologii społecznej pewnym tabu. Cóż - ich zrozumienie jest tym bardziej cenne. 

Dostępna w druku i jako e-book, tylko na MindStore.pl

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis