Ostatnio w mediach szerokim echem rozeszła się nowelizacja ustawy dotycząca zakazu sprzedaży tzw. „śmieciowego jedzenia” w szkołach. Zwolennicy przyklaskują, przeciwnicy zarzucają państwu nadmierną ingerencje, a ja postanowiłem się przyjrzeć sprawie z perspektywy psychologicznej.
[br]
Na tym etapie jestem, muszę powiedzieć, umiarkowanym zwolennikiem. Umiarkowanym, gdyż lista zakazanych produktów będzie rozstrzygana na poziomie rozporządzenia ministerialnego. (W odróżnieniu od pierwotnej opcji, jaką była zapisana w ustawie zawartość sodu i cukru na 100 g). Zakładając jednak, że będzie ona w miarę sensowna, takie rozwiązanie jest, z psychologicznej perspektywy, rozwiązaniem optymalnym.
Przeciwnicy ustawy opierają, z tego co widziałem, się na trzech argumentach:
a) to rolą rodziców jest uczyć dzieci się zdrowo odżywiać, państwo nie powinno ich w tym wyręczać;
b) dzieci powinny ćwiczyć silną wolę, a tu odbiera się im w ogóle opcję decyzji;
c) jak nie w szkole, to powstaną sklepiki z cukierkami tuż pod bramą szkoły i dzieci i tak będą kupować.
Odnieśmy się do każdego z nich…
[br]
A) Państwo nie powinno wyręczać rodziców w uczeniu dzieci zdrowego odżywiania
W idealnym świecie, w którym mamy samych odpowiedzialnych, racjonalnych i zaangażowanych w życie swoich dzieci rodziców, byłaby to prawda. Niestety, nie żyjemy w tym świecie. Tymczasem konsekwencje zaniedbań rodziców będą ponosiły same dzieci. Otyłość w dzieciństwie zdecydowanie utrudnia utrzymanie prawidłowej wagi w wieku dorosłym oraz drastycznie wzmacnia negatywne konsekwencje otyłości w wieku dorosłym. (Patrz np. www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/16532658)
Karzemy rodziców, którzy utrudniają chorym dzieciom dostęp do leków czy w inny sposób narażają ich życie i zdrowie. Nikt chyba nie ma tym problemów, ideologia „dzieci są własnością rodziców, którzy mogą je zabić jeśli chcą”, jest – mam nadzieję – czymś co od dawna mamy już za sobą. Jeśli więc możemy wspierać rodziców – i to w sposób skrajnie dla nich bezbolesny – w podtrzymywaniu zdrowia swoich dzieci, to jest to moim zdaniem bardzo dobre rozwiązanie. Drastycznie zwiększa ono szanse na sukces w tym obszarze, zwłaszcza w porównaniu z samym zdawaniem się na odpowiednią naukę ze strony rodziców.
[br]
B) Dzieci powinny ćwiczyć silną wolę i nie jeść słodyczy, wyjdzie im to na zdrowie
Tu mamy kilka kwestii, do których należy się odnieść:
– Po pierwsze, w dążeniu do nie jedzenia słodyczy jesteśmy, jako gatunek ludzki, na ewolucyjnie przegranej pozycji. Większość z nas ma w sobie geny skłaniające nas do poszukiwania maksymalnie kalorycznego jedzenia (a więc słodkiego, tłustego i nasyconego smakiem – patrz sól czy różne dziwne dodatki smakowe). Pomagało to naszym przodkom, w sytuacji niedoboru żywności, zjeść dość by przeżyć i mieć własne dzieci. Dziś, po raz pierwszy w historii, mamy bardzo długi okres ogromnej dostępności żywności i nasze wrodzone, ewolucyjne skłonności obracają się przeciwko nam.
– Po drugie, siły woli mamy ograniczoną ilość w ciągu dnia i samo jej wyrażanie w żaden sposób jej nie ćwiczy. Co więcej, jeśli dziecko „zużyje” swój zapas silnej woli na nie kupowanie batoników, to może mu jej zabraknąć np. na to, by pouczyć się wieczorem do kolejnego dnia, albo żeby odrobić pracę domową, zamiast ją rankiem spisywać.
– Po trzecie, siła woli jest bezpośrednio powiązana z ogólnymi mocami poznawczymi. Im większe skupienie na utrzymaniu silnej woli i nie kupieniu batonika, tym większa szansa na to, że zabraknie skupienia na lekcji czy uwagi potrzebnej do zrozumienia trudnego nowego tematu. Zdecydowanie lepiej pozwolić dzieciom skupić się na tym, co faktycznie dla nich zdrowe.
C) Jeśli słodycze znikną ze szkół, to zaczną być sprzedawane z kiosków przy wejściu na teren szkoły, a dzieci i tak będą kupować
Owszem, będą. Ale będzie te batoniki kupowało mniej dzieci i będą je kupowały dużo rzadziej. Badania n.t. ludzkich nawyków, automatyzmów i torowania (primingu) jasno pokazują, że im większa dostępność danej pokusy, tym częściej będzie się z niej korzystać. Jeśli masz otwartą bombonierkę na biurku w pracy, zjesz z niej więcej czekoladek, niż gdy trzymasz ją w szufladzie tego biurka. Z szuflady zjesz więcej, niż gdybyś tą samą bombonierkę trzymał w szafce w kuchni (nawet zakładając, że współpracownicy Ci jej nie opędzlują ;) ). Jeśli na każdym piętrze szkoły jest automat ze słodyczami, dzieci będą z nich korzystały dużo częściej, niż jeśli automat stałby tylko na parterze. Jeśli aby iść do sklepiku trzeba będzie iść poza szkołę, do tego często przebierać się, zmieniać buty, zarzucać kurtkę, itp… to większość łasuchów da sobie spokój, po prostu nie będzie im się chciało bawić z tym całym majdanem dla jednego batonika. Nie wierzysz? Jeśli masz ochotę na coś słodkiego, w domu nic nie ma, a pogoda za oknem podła – ubierzesz się i pójdziesz do sklepu po czekoladę? Czy raczej stwierdzisz, że nie warto?
[br]
Zwykle to drugie, prawda? Podobny efekt będzie miał miejsce u uczniów w szkołach. Dlatego właśnie uważam, że tego typu rozwiązanie jest (zakładając dobra listę „towarów zakazanych”) rozwiązaniem idealnym. Nie zakazuje ono słodyczy zupełnie, a jedynie utrudnia dostęp do nich, co automatycznie i znacząco zredukuje ilość, jaka będzie przez dzieciaki spożywana. Jeśli ktoś jednak faktycznie będzie chciał i potrzebował – będzie wciąż miał taką opcję. Trudno o lepszy układ i fajniejszy przykład na zdrowe i sensowne zastosowanie reguł psychologii w ustawodawstwie.
Masz pytanie z zakresu kompetencji miękkich/soft skills? Kanał Self Overflow dostarcza odpowiedzi z tego zakresu, dostosowanych w szczególności do potrzeb osób z sektora IT. Co tydzień nowe filmy z odpowiedziami na pytania od naszych widzów!
Przykładowe pytania:










