Nasza kultura ubóstwia nadzieję. Jesteśmy wręcz zasypywani powtarzalnymi historiami tego typu: „Nie miał szans, wiedział, że nie da rady, ale miał nadzieję, trzymał się, zawsze wierzył i w końcu mu się udało.”

Narracyjnie to oczywiście dobre rozwiązanie. Są dwa podstawowe schematy historii. Ktoś czegoś bardzo nie chce – i musi to mieć. Oraz ktoś bardzo czegoś chce – i nie może tego mieć. Im większa różnica między tym co chce, a tym co ma, tym większe emocje w filmie, książce, komiksie czy sztuce. Dlatego raz za razem i raz za razem mamy powielane te same schematy – aż do poziomu, w którym ich złamanie odbierane jest jako zdumiewający powiew świeżości („Jak to? Tak bardzo pragnął zdobyć jej serce, a na końcu mu się to nie udało?! Co za odważna decyzja scenarzysty!”)

Tyle tylko, że to co fajnie sprawdza się w sztuce, niekoniecznie działa dobrze w życiu.

James Stockdale, amerykański żołnierz, który spędził osiem lat w obozie jenieckim, zapytany o to czy jego współwięźniowie, którym nie udało się przeżyć obozu mieli coś wspólnego, nie wahał się z odpowiedzią.

„To proste, to byli optymiści. To byli ci, którzy mówią „Będziemy wolni przed Świętami”. A potem była pora na Święta i Święta mijały. A oni mówili „Będziemy wolni przed Wielkanocą.” Wielkanoc i po Wielkanocy.  Potem po Święcie Dziękczynienia, a potem znowu po Świętach. I umierali, bo pękało im serce.”

Jest to oczywiście tylko pojedyncza anegdota. Uderza jednak w sedno głównego problemu z nadzieją, potwierdzanego też w badaniach. Pionierem w tym zakresie była psycholożka Gabriele Oettingen, która spędziła ponad 20 lat na badaniach pozytywnego myślenia i jego konsekwencji.


Przyznam, że jest to jedna z tych kwestii, która – gdy o niej wspominam, budzi najwięcej oporów. Nawet moja żona lubi mi wytykać, że twierdzę, że nie powinno się mieć nadziei, bo nadzieja szkodzi. Cóż, ogólny obraz sytuacji jest nieco bardziej złożony. Nadzieja bywa użyteczna w pewnych kwestiach, ale długoterminowo może też prowadzić do bardzo negatywnych konsekwencji. Kluczowe jest zrozumienie jak działa i kiedy może pomóc, a kiedy nie.


To co wydaje się wychodzić z lat badań w temacie, można podsumować w trzech punktach.

1. Należy rozdzielić emocjonalną nadzieję („Jesteśmy w dupie, ale może uda nam się przyzwyczaić do zapachu…”) od racjonalnej oceny sytuacji („Jesteśmy w trudnej sytuacji, ale poradziliśmy sobie już z trzema podobnymi, więc mamy spore szanse na pokonanie i tej.”)

2. Emocjonalna nadzieja może znacząco podnosić humor, zwłaszcza krókoterminowo, co pozwala jej być dobrą strategią pasywnego trwania – gdy jest to wystarczające. Jest też przyjemna, więc ludzie będą ją po prostu lubili.

3. Emocjonalna nadzieja znacząco zmniejsza szanse na aktywne działanie dla poprawy sytuacji, co przekłada się m.in. na długoterminowe pogorszenie nastroju, oraz na spadek skuteczności.


Kluczowa kwestia w badaniach Oettingen – racjonalna ocena szans na prawdopodobieństwo wydaje się być odmiennym kryterium, niż emocjonalna nadzieja. Ludzie, którzy racjonalnie, w oparciu o dotychczasowe doświadczenie i dostępne zasoby szacują swoje szanse na sukces jako wysokie, zwykle są w tym dość trafni (podobnie jak ci, którzy szacują swoje szanse na sukces jako niskie). Problem pojawia się w kontekście emocjonalnych fantazji. Jeśli tam oczekujemy, że sytuacja rozwinie się dobrze, łatwo i przyjemnie – strzelamy sobie w kolano.

Jeśli dotychczas nie radziłeś sobie z podchodzeniem do dziewczyn, ale masz nadzieję, że tym razem jak wyjdziesz na imprezę będzie inaczej i będziesz królem imprezy – masz ogromne prawdopodobieństwo, że będzie dokładnie tak jak było.

Jeśli dotychczas denerwowałaś się na rozmowach rekrutacyjnych, ale fantazjujesz, że na kolejnej będziesz się doskonale czuć – masz ogromne prawdopodobieństwo, że znów będziesz czuć się podle.

Jeśli dotychczas dobrze wychodziły Ci prezentacje przed klientem, to – nawet jeśli przed tą się denerwujesz – zakładanie, że ta też dobrze Ci pójdzie nie jest niczym złym.

Mechanizm, który tu działa, to prawdopodobnie zwykłe lenistwo naszego mózgu. Jeśli pozytywna fantazja sugeruje, że osiągnięcie celu będzie łatwe, mózg zdaje się nie zostawiać żadnych rezerw na potrzeby codziennego działania. W efekcie, gdy napotykamy na problemy w realizacji celu, szybciej się poddajemy (lub wręcz w ogóle nie podejmujemy żadnego działania).


Nadzieja nie sprawdza się więc jako strategia motywacyjna. Nie znaczy to jednak, że nie może mieć pewnych zastosowań. Może mieć wartość przede wszystkim jako krótkoterminowa strategia radzenia sobie z trudnościami.  To w czym nadzieja faktycznie pomaga, to pasywne trwanie. Jeśli jest to wystarczające – jeśli po prostu musisz jakoś przetrwać z dnia na dzień, albo przeczekać jakiś trudny okres – nadzieja i emocjonalne, pozytywne fantazje mogą pomóc. Kluczowy problem w tym, że równocześnie odbierają one energie do realnego działania i faktycznych prób poprawy sytuacji.

Dla przykładu, osoba w toksycznym związku może wykorzystywać fantazje o tym, że kiedyś będzie lepiej, żeby przetrwać kolejną falę przemocy czy kolejny cug alkoholowy partnera. Tyle tylko, że te fantazje jednocześnie zmniejszają szanse na to, żeby cokolwiek zmienić w obecnej sytuacji. Na przykład powiedzieć dość i zacząć szukać zdrowszej relacji.

Być może właśnie ze względu na ten brak realnego działania, choć pozytywne fantazje tu i teraz mogą znacząco poprawić humor (co przekłada się na lepsze wyniki na kwestionariuszu mierzącym depresję), to długoterminowo przekładają się na gorszy nastrój (i gorsze wyniki w kwestionariuszu).


To pewien nieprzyjemny emocjonalnie paradoks – aby realnie zmienić sytuację, potrzebujemy odpowiedniej motywacji. Nadzieja na to, że będzie lepiej, że sytuacja jakoś sama ulegnie zmianie, tą motywację z nas wysysa. Niezbędne jest – nieprzyjemne i pozbawione nadziei – stwierdzenie, że lepiej nie będzie, żeby móc zebrać dość energii, by coś z tą sytuacją zmienić.

Czy ta chęć zmiany nie będzie w tej sytuacji nadzieją? Cóż, tu wracamy do pierwotnego podziału na emocjonalną nadzieję i racjonalną ocenę szans na sukces.  Jeśli podejmujemy działanie, racjonalnie uznając, że nasze szanse na sukces są skrajnie niskie, to prawdopodobnie mamy rację i tutaj nawet większa motywacja niewiele nam da. (Dlatego przydaje się czasem racjonalnie stwierdzić, wbrew nadziei, że dany kierunek działania po prostu nie ma sensu i dać sobie z nim spokój.)  Ale możemy też, w oparciu o energię wynikającą z pogodzenia się z obecną trudną sytuacją, obrać taką ścieżkę działania, która daje nam większe szanse na sukces.


Czy to oznaczy, że z nadziei należy w ogóle zrezygnować? Tak jak wskazywałem, warto ją po prostu dawkować. Jeśli jesteśmy w sytuacji trudnej, ale takiej, w której wystarcza samo trwanie, nadzieja może pomóc. Jeśli będziemy się jednak opierali tylko na niej, szybko może nas wyprać z wszelkiej energii i jedynie pogłębić problemy, w jakich jesteśmy. Jednocześnie jednak, niekiedy chwilowe podniesienie na duchu jest wszystkim, czego potrzeba – nie należy więc z nadziei zupełnie rezygnować. Po prostu pamiętać, że długoterminowo – wbrew temu jak jest przedstawiana w naszej kulturze – niesie więcej złego, niż dobrego.



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis