W kolejnych częściach cyklu o błędach i lekcjach z nich wydobytych chcę zająć się naukami, które wyniosłem z kilku luźnych projektów, które pojawiały się w różnych etapach mojej kariery. Dziś o jednym z takich projektów, zeszłorocznych planach Konferencji NLP.


Jako zwolennik podejścia “wielu małych zakładów” jestem generalnie otwarty na współpracę nad różnymi projektami. Z góry zakładam, że większość z nich nie wypali lub da jedynie niewielki zwrot, ale niektóre mają szansę wypalić i przynieść ogromny zwrot. Nie da się z góry przewidzieć, które dadzą jaki rezultat, warto więc być otwartym i eksperymentować. Wiele takich projektów rozwijam sam, odnośnie wielu innych rozmawiam z innymi ludźmi. Tu i tam były błędy, tu i tam były lekcje, które mogę wyciągnąć – i które mogą się przydać innym. Jednym z takich projektów była zaś Konferencja NLP.

Historia na czarno, moje lekcje na czerwono.


Konferencja NLP

Jakiś rok temu, przy okazji rozmowy na profilu jednego z moich facebookowych znajomych pojawiła się idea wspólnego zorganizowania Konferencji NLP. Czegoś na wzór londyńskiej konferencji – dużego eventu, współtworzonego niezależnie przez kilka różnych środowisk rozwojowych i przedstawiającego różne podejścia do NLP, a jednocześnie zachowującego duży poziom merytoryki i profesjonalizmu.

Pomysł fajny i mający potencjał, coś, czego nikt tak naprawdę u nas nigdy nie próbował – były motywacyjne kongresy i były “konferencje” jednego ośrodka, ale nie było żadnej próby dużego, wspólnego eventu, z wykładami i warsztatami, mającego popularyzować dziedzinę.

Zebrało się nas w sumie chyba pięć osób, z różnych rejonów Polski, generalnie osoby dość znane i już obecne na rynku od dłuższego czasu, ale nie na tyle duże by przytłoczyć taki event swoją osobą. Od samego początku wiedziałem, że przy próbie organizacji takiej imprezy mogę ją wspierać, ale nie mogę być jej główną twarzą. Jestem dostatecznie świadomy tego, że w pewnych kręgach rozwojowych jestem trzeci po szatanie i mcdonaldzie w kolejce największego zła, więc gdyby to była “moja” konferencja, mogłoby to zniechęcić część potencjalnych uczestników. A staraliśmy się celować jak najszerzej. Z tego też względu nie zadbałem o coś, o czego znaczeniu dobrze wiedziałem (1).

(1) Rzeczą, o którą nie zadbałem było przejęcie inicjatywy nad całością projektu i “wzięcie go za mordę”. Nie chodziło o to, żebym to ja taką inicjatywę przejął – byłbym przeszcześliwy, gdyby zrobił to ktoś inny. Tylko nikt się do tego nie kwapił, a raz za razem uczyłem się w życiu, że ZAWSZE potrzebny jest “duch przewodni”, główny inicjator danego eventu, ktoś komu zależy na tyle, by motywować i wymagać i zrzędzić, by ciągnąć za sobą innych, albo by ich pchać przed sobą, ale tak czy tak – by nadawać kierunek i dodawać energii całej zabawie. Bez tego szanse danej inicjatywy na sukces są praktycznie żadne.

Przez skype odbyło się pierwsze spotkanie, na którym w zasadzie ustaliliśmy, że tak, chcielibyśmy coś razem robić i że należy się zastanowić przed kolejnym spotkaniem jak o miałoby wyglądać. (2) Następnie, po jakimś tygodniu, odbyło się kolejne spotkanie, tym razem już nieco bardziej szczegółowe. Mając ogólne zarysy tego czego, jak i gdzie potrzebujemy, zaproponowałem, że znam człowieka, zupełnie spoza działki NLP, który od wielu lat żyje z organizacji konferencji, ma to świetnie ogarnięte logistycznie i mógłby być główną firmą za całym eventem, zajmując się całą logistyką, a my jedynie pomoglibyśmy w promocji i zadbali o merytorykę. Pomysł został wstępnie przyjęty z uznaniem…

(2) Zmora spotkań, których jedynym celem jest ustalenie, że przygotujemy się na kolejne spotkanie jest czymś, co pojawia się w większości tych projektów – i nie tylko tutaj. Stąd widzę już konieczność tego, by w przyszłości wybierać się na takie spotkania z konkretną checklistą rzeczy do ustalenia oraz delegowania poszczególnym uczestnikom – tak, by projekt miał choć minimalne szanse na sukces.

Skoro inni byli zainteresowani takim rozwiązaniem, skontaktowałem się z moim znajomym. Ten, jako człowiek dość konkretny, zadzwonił do mnie, wypytał o szczegóły, po czym od razu zaproponował miasto, kilka terminów, możliwy zakres cenowy wejściówek i kilkanaście innych kwestii. Jak wspominałem, facet miał to ogarnięte od lat, łatwo mu więc było przygotować taką ofertę.

Spisałem ją i wysłałem, wraz z danymi kontaktowymi, do moich współorganizatorów…

Cisza.

Po dwóch tygodniach znajomy zwrócił się do mnie z pytaniem jak wygląda sprawa, gdyż jeśli robimy konferencje, to on musi już sobie zarezerwować taki termin na kolejny rok.

Po paru dniach ciszy, znajomy znów się przypomniał – na tym etapie mijał 3 tydzień od wstępnych rozmów w temacie.

Po tamtej wiadomości odpisał mi jeden z współorganizatorów, prosząc o doprecyzowanie oraz informując, że w sumie to organizacją to on by się chętnie zajął całości, ale obecnie ma kłopoty z internetem.

Po kolejnym tygodniu, ponad miesiąc od rozpoczęcia tematu napisałem z przeprosinami do znajomego, przepraszając za marnowanie jego czasu oraz poinformowałem resztę współorganizatorów, że ze swojej strony chętnie będę wspierał jeśli sami coś będą robili dalej, ale wypisuje się z roli koordynatora, w którą z musu wszedłem.

Równolegle znajomy zwrócił się do mnie z propozycją, żeby jak chłopaki nie wykazują inicjatywy, to dać im spokój i samemu zorganizować taki event, ale – z szacunku dla oryginalnego pomysłu – stwierdziłem, że nie będę im wchodził w paradę na razie i liczę, że jednak coś zorganizują i wtedy będę mógł to wesprzeć.

Cóż, to było na początku grudnia 2012.  Od tamtego czasu nie było z tego co wiem żadnych, ale to absolutnie żadnych działań w kierunku wspomnianej “konferencji NLP”. Co dla mnie znaczy, że ze sporym prawdopodobieństwem, jeśli temat dalej nie będzie ruszony przez kolejny miesiąc, dwa, w końcu skorzystam z zaproszenia znajomego i razem coś zorganizujemy. W jego wypadku wiem, że temat nie rozejdzie się po kościach (3).

(3) Niezorganizowanie i słomiany zapał w światku NLP i rozwoju jest czymś, o czym mógłbym napisać całą książkę. Na pewno przewinie się jeszcze w kolejnych częściach tego cyklu, bo sporo projekcików rozwaliło się tylko przez to. A to boli, głównie ze względu na czas poświęcony na te bzdurne, puste “pierwsze spotkania”, które absolutnie nic nie wnoszą, a które wydają się w branży standardem.

I tak jestem już w tym zakresie uczulony – jeśli ktoś proponuje mi “spotkanie biznesowe”, czy “omówienie wspólnego projektu” i nie potrafi go w paru konkretnych zdaniach opisać w mailu, odmawiam, bo nie widzę w tym żadnego sensu. (Pomijam fakt, że zwykle pod tymi słowami kryje się doradztwo finansowe czy inny MLM).

W dużej mierze ta lekcja jest potwierdzeniem lekcji 1 – każda inicjatywa potrzebuje koordynatora, kogoś kto weźmie za siebie odpowiedzialność. Co ważniejsze – kogoś, kto będzie gotowy pociągnąć projekt dalej nawet gdy inni zainteresowani się wyłamią (czy to otwarcie, czy przez brak zaangażowania).

Mówiąc brutalnie: jeśli chcesz, by coś było zrealizowane, musisz to wziąć za jaja, albo znaleźć kogoś, kto zrobi to za ciebie. Bez inicjatora, cały projekt padnie i skończy się na “fajnie by było, gdyby…”

Jako rozwojowiec jestem wybitnie zmotywowany do mojego nowego projektu…


Książka "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań". Unikatowy tom, wprowadzający Cię w te aspekty ludzkiej komunikacji, które z jakiegoś dziwnego powodu są w psychologii społecznej pewnym tabu. Cóż - ich zrozumienie jest tym bardziej cenne. 

Dostępna w druku i jako e-book, tylko na MindStore.pl

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis