Mit i bezsensowne poszukiwanie misji życiowej

W świecie rozwojowym krąży wiele mitów. Niektóre z nich są po prostu błędne i szkodliwe. Niektóre są takimi kłamstwami dla dzieci: metafory, które miały pomóc zrozumieć jakiś temat, a zaczęły być traktowane jako prawda objawiona. Są też takie, które odnośnie niewielkiej grupy osób mogą być nawet prawdziwe, ale robią się bardzo szkodliwe, gdy próbujemy je odnieść do całego społeczeństwa.

Jednym z takich mitów jest koncepcja misji życiowej. Coś, czego bezskutecznie poszukuje ogromna rzesza ludzi, która naczytała się i nasłuchała o tym, jak to każdy ma swoją misję życiową, trzeba ją tylko odkryć i już znajdzie się szczęście, spełnienie i sukces w życiu.

Co w tym złego? W końcu niektórzy ludzie faktycznie mają takie powołanie, coś o czym od dziecka marzyli i w czym się bardzo spełniają!

To prawda. Są takie osoby i pogadamy sobie o tym jak dochodzi do tego, że tak się u nich robi. To jednak konsekwencja pewnych czynników związanych z wychowaniem i wczesnymi doświadczeniami życiowymi. Jeśli udało Ci się zaliczyć odpowiedni pakiet takich doświadczeń, mogły Cię uwarunkować na coś, co moglibyśmy określić jako misję życiową. Jeśli jednak takich uwarunkowań nie masz… To możesz próbować odnaleźć coś, czego po prostu nie ma. Szukasz drogi do El Dorado, ale El Dorado nie istnieje, nigdy nie istniało, było po prostu błędem w tłumaczeniu. A Ty frustrujesz się, marnujesz czas i energię, w przekonaniu, że coś musi być z Tobą nie tak… W końcu gdyby było w porządku, to udałoby Ci się już odkryć swoją misję!

Problem nadmiaru wyboru

Pytanie “co chcę robić w życiu” albo “co powinienem robić w życiu” jest w naszej historii czymś relatywnie nowym. Przez większość ludzkiej historii członkowie plemion zajmowali się tym, co akurat trzeba było zrobić. Gdy osiedliśmy i zaczęliśmy prowadzić życie rolniczo-miejskie, nasze decyzje wciąż były dość przewidywalne. Fach przejmowało się zwykle po rodzicach, względnie po rzemieślnikach, którym zostało się oddanych na terminowanie. A i to gdy miało się szczęście – jako n-te czy naste dziecko było się często skazane na dużo gorszą rolę parobka, praczki czy wręcz włóczęgę. Nawet u szlachty perspektywa była dość jasna. Jasne, zdarzały się wyjątki, ale były one bardzo rzadkie i zwykle też nie było tam zbytniego wyboru – po prostu nagle pojawiała się okazja na jakiś, jakikolwiek awans społeczny i łapało się ją z wszelkich sił.

To wszystko zmieniło się dopiero w ubiegłym wieku. Gwałtowny skok cywilizacyjny, związany z nim dobrobyt oraz liczne możliwości rozwoju kariery postawiły nas po raz pierwszy w naszej historii przed nieoczekiwanym wyborem: co takiego mam robić w życiu? Co takiego chcę robić? Poleganie na zawodach rodziców przestało wystarczyć, bo ich zawody często przestawały być potrzebne w momencie, gdy dzieci wchodziły na rynek pracy. Otworzyła się przed nami ogromna przestrzeń wyborów.

 

A wybór, jak wiadomo, może być przerażający. Jeśli możesz wybrać praktycznie wszystko… To możesz też wybrać źle!

 

Co więcej, tym razem będzie to Twoja odpowiedzialność! Dwieście lat temu człowiek niezadowolony ze swojej pozycji w świecie mógł przeklinać los, który sprawił, że urodził się w rodzinie pracownika portowego, a nie arystokraty. Jego sytuacja nie była jego wyborem, odpowiedzialnością, winą.

 

Dziś? Dziś mamy przynajmniej iluzję takiej odpowiedzialności za swój los. Iluzję, bo koniec końców jeśli urodzisz się w rodzinie współczesnej “arystokracji” – czyli po prostu bogatej – to działasz w innym układzie. Masz nieporównywalnie więcej szans na to by po prostu stwierdzić “a, nie spełniam się w tym, szukam dalej, stać mnie”. Im uboższa Twoja rodzina, tym mniej takich szans i większa presja na to, by wybrać “dobrze”.

 

“Na szczęście” z pomocą ruszył tu ruch new age oraz mówcy motywacyjni, którzy razem stworzyli pięknie brzmiącą, ale ułudną koncepcję misji życiowej.

 

Dlaczego misja życiowa to zwykle mrzonka?

Są niektóre osoby, o których faktycznie można by powiedzieć, że mają coś w rodzaju misji życiowej. Po prostu, od młodego wieku były warunkowane i kształtowane tak, żeby wiązać swoje wyobrażenie na temat swojej przyszłości z daną dziedziną. Może rodzice-aktorzy zabierali ich na próby teatralne i tam się spełniali. Może wujek Zegrzysław, grabarz, miał taką zajebistą łopatę i takie fajne historyjki z cmentarza i zawsze chcieli być jak Zegrzysław. Może byli szczególnie nagradzani i chwaleni przez otoczenie za jeden konkretny obszar życia, np. za to jak rysują ich mózg stworzył powiązanie “rysowanie”=”pochwały”=”przyjemność”. Może zawsze byli do kitu we wszystkim, po czym odkryli, że programując rozumieją coś, co dla innych jest czarną magią i mogą na tym budować swoją wartość.

Nieco takich osób faktycznie jest. Może kilkanaście procent w społeczeństwie. Może kilka. One nie muszą szukać swojej misji czy pasji, bo dobrze wiedzą co nią jest. Zostali tak w końcu uwarunkowani.

Natomiast rozwój osobisty lubi wmawiać ludziom, że każdy ma taką misję, musi ją tylko odkryć. I to jest absolutna bzdura.

 

Skąd wzięła się taka koncepcja misji życiowej? Cóż, trudno mi wskazać na jedną jasną przyczynę, wydaje mi się, że mamy tu miks kilku czynników. W większości mocno osadzonych konkretnie w kulturze Amerykańskiej i importowanych z niej na cały świat.

 

Po pierwsze, koncepcja predestynacji w Protestantyzmie. Wiele odłamów tej religii zakłada, że ludzie mają jasno przypisaną rolę w życiu, zdecydowaną przez chrześcijańskiego Boga jeszcze przed ich urodzeniem. Ideę tą podchwyciły dodatkowo różne tzw. “prosperity gospels”, “ewangelie dobrobytu”. To mieszanki chrześcijaństwa i mówców motywacyjnych, obiecujących jak to Bóg wynagrodzi swoich wiernych sukcesem finansowym i szczęściem w życiu… Oczywiście pod warunkiem, że będą hojnie składali ofiary na rzecz kościołów głoszących takie prosperity gospel. Wykaż się wystarczającą wiarą i hojnością, a Bóg da Ci zrozumienie Twojej prawidłowej ścieżki w życiu to niezła obietnica marketingowa.

 

Drugim religijnym wpływem były różne ruchy new age. Post-kolonialne bastardyzacje i wypaczenia religii dalekiego wschodu, czerpały z buddyjskich czy hinduskich koncepcji reinkarnacji i czyszczenia karmy przez przeżywanie różnych doświadczeń, ale przedstawiały je na swój własny, wygładzony i uprzyjemniony sposób. Generalnie więc każdy rodził się z jakąś fajną, kreatywną, wartościową misją, mile łechtającą jego lub jej narcyzm. (No, za wyjątkiem np. głodujących dzieci w krajach trzeciego świata, których cierpienie dało się łatwo zignorować rzucając, że widać taka karma.) Wystarczyło taką misję odkryć, w czym pomagały różne praktyki duchowe, nauczane na kolejnych płatnych kursach…

 

Jeśli wydaje Wam się, że te wszystkie wyjaśnienia idei misji życiowej są nieco cyniczne i merkantylne… Poczekajcie dalej, teraz dopiero będzie zabawnie! Widzicie, na początku lat 90-tych w USA pojawiła się moda na drastyczne krótkotermniowe podbijanie wartości korporacji. Jak? Przez wywalenie na bruk jednej czwartej…jednej trzeciej… albo i jednej drugiej pracowników. Korporacja robi jeszcze zlecenia z poprzedniego roku, więc przychody są niezłe, a koszty spadły… Akcjonariusze wniebowzięci! Że ma to bardzo krótkie nogi? Cii! Prezes zdąży się oddalić przed kolejnym rokiem, z wielkim sukcesem za pasem. Albo w kolejnym roku dostanie złoty spadochron. Biedny nie będzie.

Psychopatyczna chciwość tego rodzaju może jednak prowadzić do problemów… Np. do pozwów zbiorowych ze strony zwalnianych pracowników. Albo spadku morale obecnych, którzy nagle muszą robić 2x więcej pracy za te same pieniądze. Rozwiązanie? Mówcy motywacyjni! Za ułamek pieniędzy potrzebny do utrzymania tych wszystkich pracowników, korporacyjni mówcy motywacyjni chętnie wyjaśniali zwalnianym pracownikom, że to nie jest wcale tak, że oni są zwalniani. Nie, to by było okrutne i bez sensu. Po prostu korporacja daje im teraz, łaskawie i wielkodusznie, okazję by w końcu odnaleźli swoje prawdziwe pasje i w pełni się spełnili!

Ładna bajka? Ładna. A zanim ludzie odkryli, że uwierzyli w bajkę, tracą kontakty i szanse na dobry pozew zbiorowy padają. Może ktoś coś ugra, ale generalnie korporacja jest na plus!

Oczywiście taka bajka nie byłaby tak łatwa do sprzedania, gdyby nie pojedyncze przypadki Zegrzysławów, którzy otworzyli swój sklep z łóżkami lawowymi (jak łóżko wodne, ale wypełnione wrzącą magmą) i odnieśli wielki sukces. Pojedyncze takie przypadki niewątpliwie się zdarzały. Po prostu, przy tej ilości próbujących, coś musi się udać. Zwłaszcza na rynku tak wielkim, jak USA, gdzie jest dużo więcej miejsca na utrzymanie ludzi robiących bardzo dziwne rzeczy. Jeden z moich ulubionych przykładów to wywiad, jaki czytałem kilka lat temu na Cracked z aktorką porno, która robi sex show do kamerki ze specjalnie zmodyfikowaną… lalką brzuchomówcy. Ewidentnie bardzo, bardzo specyficzny fetysz – ale wciąż okazuje się być dość chętnych, by osobę zajmującą taką niszę utrzymać. Tylko to obejmuje USA, albo i cały anglojęzyczny świat. Trudno odnieść takie nisze na przykład do Polski.

 

Swoją drogą, warto wskazać na to, że nasza rzekoma misja zawsze jest czymś co miałoby być w jakiś sposób pozytywne, na czym można zarabiać i co sprawiałoby nam przyjemność. Czy to nie jest zbyt optymistyczne założenie? Jeśli nawet przyjąć, z jakiegokolwiek powodu, że ludzie mają jakieś misje życiowe do odkrycia, czemu taką misją nie mogłaby na przykład być kariera seryjnego mordercy? Rola kozła ofiarnego? Kolekcjonera kociego futra? Dlaczego zakładamy, że cokolwiek byłoby tą misją, miałoby być czymś dobrym i wartościowym?

Te proste pytania pokazują jak naiwną konstrukcją jest misja życiowa. Musi taka być. To obietnica łatwej odpowiedzi na pytanie, które odpowiedzi w ogóle nie ma. Odpowiedź musi być więc łatwa, prosta i przyjemna.

 

Dlaczego pogoń za misją życiową może być problemem?

No dobra, ale czemu ja o tym tyle marudzę? Co mam do tej misji życiowej, nawet jak nie istnieje?

Cóż, co jakiś czas dostaję wiadomość lub zapytanie o sesję od ludzi, którzy są sfrustrowali, źli i zagubieni. Czują się winni. Czują, że zrobili coś nie tak.

Dlaczego? Bo ktoś im wmówił, że powinni móc znaleźć swoją misję życiową, a im wciąż nie udało się tego zrobić. Wciąż się miotają, zastanawiając się co robią nie tak i czemu nie widzą czegoś, co dla innych jest takie oczywiste.

 

Idea misji życiowej brzmi fajnie, ale dla ludzi którzy w nią uwierzyli jest często źródłem ogromnej frustracji i niezadowolenia. Więc może, cóż, po prostu warto z niej zrezygnować?

Tak brzmi moja podstawowa propozycja dla klientów zgłaszających się z tą kwestią i to samo zaproponowałbym Tobie. Nie szukaj misji życiowej. Są dużo sensowniejsze rzeczy, których warto poszukać.

 

Co w zamian?

Poszukuj nie misji życiowej, a zajęcia, które będzie Ci sprawiało satysfakcję. Jest wiele takich zajęć, bo od konkretnego działania dużo ważniejsze są jego warunki – to na ile możesz o sobie decydować, jaki masz wpływ, jakie znaczenie ma Twoja praca i jak możesz się w niej rozwijać. Te cechy możesz odkryć w bardzo wielu rolach. Ta sama rola w dwóch różnych firmach może je dawać lub nie, w zależności od organizacji pracy.

Alternatywnie, poszukuj nie misji, a czegoś, co pozwoli Ci w istotny sposób zmienić świat na lepsze. Czy osobiście, przez swoją pracę, czy pośrednio, przez pieniądze które zarabiasz i których część skierujesz na takie usprawnianie świata.

Albo daruj sobie znalezienie czegoś konkretnego i po prostu gromadź doświadczenia. Sprawdzaj co Ci pasuje. Odkrywaj. Życie to nie wyścig ani nie zawody. Nie musisz w nie “wygrać” nie musisz pokonać innych czy zająć lepszego miejsca. Wiem, mamy dużą presję na “osiągnięcie czegoś”. Zwłaszcza w świecie rozwoju osobistego, który, powiedzmy sobie szczerze, często sprzyja mocno narcystycznym impulsom. Ale może po prostu “zwykłe” życie, w którym doświadczasz różnych przyjemnych rzeczy, w którym możesz spędzić nieco czasu w towarzystwie przyjaciół przy smacznym winie (niekoniecznie dobrym, byleby smacznym!) jest czymś w pełni wystarczającym? Może, koniec końców, choć są nieco lepsze i nieco gorsze odpowiedzi na pytanie “co chcę robić w życiu?”, ważniejszym pytaniem jest “jak chcę się czuć i jak mogę to zrealizować?” Albo “komu i jak mogę pomóc?”

 


Moja nowa książka, "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań" jest już dostępna w formie e-booka! Tylko na Mindstore.pl 

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis