Jak wygląda duchowość ateisty?
Po wpisie na temat ateizmu kilkoro osób zasugerowało, żebym poruszył kwestię tego, jak u ateistów wygląda obszar duchowości. Jak dbają o tą kwestię? Co to dla nich znaczy?
Cóż, nie mam możliwości wypowiadać się w tej kwestii za wszystkich ateistów. Koniec końców jedynym, co łączy wszystkich ateistów jest po prostu brak wiary w bóstwa. Pod wszelkimi innymi względami możemy być od siebie zupełnie inni. Jasne, ateiści częściej będą demonstrowali np. humanistyczne wartości, ale to wciąż pewien trend, a nie reguła. Dlatego tytuł tego wpisu to „jak wygląda duchowość ateisty”. Jednego, konkretnego, aroganckiego i obdarzonego niewyparzoną gębą, czyli niżej (a w sumie, patrząc na banner, wyżej) podpisanego. Mnie ;) Mogę tu mówić tylko o sobie, względnie o pewnych przykładach osób, które znam. Zapewne jest wielu ateistów podchodzących do tematu zupełnie inaczej. Nie mogę o tym mówić – bo nie jestem nimi. Mówię więc za siebie.
Co to w ogóle znaczy „duchowość”?
Jeden z moich ulubionych ateistycznych mówców, Matt Dillahunty, pytany o kwestię duchowości odpowiada zwykle, że nie rozumie tego terminu, nie może się więc odnieść do pytania do czasu, gdy pytający nie sprecyzuje o co chodzi. Sympatyzuje z tą reakcją o tyle, że dla większości ludzi używających tego terminu „duchowość” wydaje się być takim bliżej niezdefiniowanym poznawczym „blobem”, definiowanym bardziej przez to, jak sprawia, że się czują, niż przez to czym jest. Jak możesz się domyślić, nie jestem fanem takiej koncepcji.
Dlatego dyskusję o duchowości ateisty musimy tutaj zacząć od próby zdefiniowania tejże. Z góry uprzedzam, że ze swojej natury definicja ta będzie „zahaczać” o wiele innych obszarów, takich jak filozofia, etyka, metafizyka, itp. Jeśli w definicji tej brakuje czegoś, co Ty uważasz za niezbędny element duchowości, dorzuć uwagę w komentarzach, postaram się do takiej kwestii odnieść.
Jeśli miałbym zdefiniować duchowość jako jakiś obszar, to powiedziałbym, że chodzi tutaj o całość doświadczeń, wiedzy, praktyk, przekonań i wyobrażeń dotyczących następujących kwestii:
- mojej relacji (czy szerzej, relacji każdego człowieka) z resztą świata (poczucie przynależności)
- sensu/celu życia i świata (poczucie sensu)
- podejścia/wyobrażenia na temat śmierci, przygotowania do niej, itp. (poczucie ostateczności)
- kluczowych wartości i etyki (poczucie wartości)
Tak jak wskazywałem, wiele osób może tu próbować wskazać, że przecież takimi kwestiami zajmują się np. filozofia, psychologia czy etyka. Owszem. Duchowość, jeśli w ogóle mielibyśmy ją wyróżniać jako koncepcje, istnieje gdzieś na zbiegowisku innych tematów.
Ja, a świat, ludzkość a wszechświat
Ziemia jest malutkim kawałkiem kosmicznej skały, operującym tuż na krawędzi strefy nadającej się do podtrzymania życia wokół mało istotnego słońca gdzieś na krawędzi mało istotnej galaktyki, która sama istnieje gdzieś na wygwizdowie wszechświata. Na tym malutkim kawałku kosmicznej skały istnieje szereg form życia, które osiągnęły ogromny sukces biologiczny, istniejąc w setkach miliardów lub wręcz biliardów egzemplarzy, stanowiąc 99.99% biomasy tego świata. W większości są to rośliny (82.4%), sporo jest bakterii (12.8%), Jest nieco większych zwierząt, w sumie 0.47% całej biomasy.
I jest gatunek, który stanowi ledwie 0.01% biomasy tej planety, ale w głębi swojej nieskończonej arogancji uważa siebie za centrum wszechświata, albo przynajmniej najważniejszy gatunek na planecie. Szczyt ewolucji.
Ha. Ha. Ha.
To byłoby nawet śmieszne, gdyby nie było tak absurdalnie tragiczne.
Jasne, ten gatunek ma spore szanse wybić sporą część biomasy pozostałych zwierząt, nawet część biomasy roślin. Ale koniec końców co najwyżej zabije siebie, a świat będzie trwać dalej, prędzej czy później się odrodzi. Jeśli chodzi o wykształcenie kolejnego samoświadomego, technologicznie rozwiniętego gatunku, cóż, ziemia prawdopodobnie będzie miała jeszcze jedną, góra dwie szanse, zanim stopniowe zmiany aktywności słońca doprowadzą do wykluczenia takiej opcji przez nadmierną niestabilność zresetowanego po raz kolejny klimatu. Z drugiej strony, kto powiedział, że samoświadomość czy rozwój technologiczny są tak ważnymi czynnikami? Mrówki radzą sobie całkiem nieźle bez nich.
Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób taki opis świata może być mroczny, ciężki czy nieprzyjemny. Może wręcz beznadziejny. Z mojej perspektywy jest pewną, wciąż ułomną próbą usadzenia ludzkości – w tym siebie – na odpowiednim miejscu. Jedną z podstawowych ról zdrowej duchowości jest w moich oczach uświadomienie nas: ej, nie jesteś tak ważny. Cały Twój gatunek nie jest tak ważny, cala Twoja planeta nie jest tak ważna, więc co dopiero Ty!
Dla niektórych może to być wizja przybijająca czy dołująca. Dla mnie jest czymś zdrowym. Jest czymś, co pozwala mieć odpowiedni dystans do swoich problemów czy wyzwań. Co ułatwia docenienie tego, jak dobrze mam, żyjąc akurat w tym niewielkim wycinku ludzkiej historii, w której mój poziom komfortu jest naprawdę bardzo wysoki. Wyższy niż przez miażdżącą większość historii dla absolutnie wszystkich ludzi, biednych czy bogatych, słabych czy potężnych. Z dużym prawdopodobieństwem wyższy niż dla przyszłych pokoleń, jeśli nie zdarzy się jakiś cud w stylu Covidu sterylizującego 30% naszego gatunku.
Ważnym aspektem duchowości był dla mnie od dawna sufizm w ujęciu Idries Shaha. Jeśli po suficku spojrzymy na religie jako na pewne narzędzia psychologiczne (skrystalizowane i zastygłe w zdegenerowanych formach), to jedną z ich ważnych funkcji jest danie nam perspektywy „Ej, jest coś większego niż Ty. Coś dużo, dużo większego niż Ty. Ogarnij się, naprawdę nie jesteś tak ważny, jak Ci się wydaje.” Zdaję sobie sprawę, że zaakceptowanie tego dla wielu ludzi jest trudne. W podobny sposób mają np. problem z zaakceptowaniem, że „ej, Twoja opinia naprawdę nie jest równie ważna jak wyniki badań naukowych”. W końcu ich opinia jest dla nich centrum świata. Uświadomienie sobie skali dysproporcji może nauczyć sporo pokory i dystansu do tego, co nam się tylko wydaje.
Moją praktyką w zakresie mojego miejsca w świecie jest próba jak najwyraźniejszego utrzymywania w głowie perspektywy reszty (wszech)świata. W NLP była taka klasyczna technika, rozszerzenie pozycji percepcyjnych, „pozycja świata”. W teorii miała to być perspektywa całego świata i naszego wpływu na świat. W praktyce było to połączenie wizualizacji całego świata, ale emocjonalnie i poznawczo wciąż siedzieliśmy w swojej głowie i tylko narcystycznie pompowaliśmy siebie samych „ej, ja jestem taki zajebisty, że oto tak wpłynę na świat”. Tymczasem porządne przyjęcie faktycznej perspektywy świata uczyło bardzo, bardzo ważnej rzeczy. (Choć mocno sprzecznej z narracją rozwoju osobistego.) Świadomości: ej, naprawdę nie masz specjalnego znaczenia. Jest ponad siedem miliardów ludzi. Ty jesteś tylko jednym z nich.
Taka praktyka może się wydawać przybijająca, ale jeśli faktycznie ją poprowadzisz, możesz dostrzec ogromną fascynację złożonością i skomplikowaniem świata, którego jedynie niewielką porcję dostrzegamy w danym momencie. Rzeczywistość jest tak piękna w jej złożoności, że naprawdę nie potrzebujemy żadnych fantazji, by zachłysnąć się jej niesamowitością. Czy patrzymy w dół z naszej skali, czy w górę, czy nawet w bok i po prostu na różnorodność tego niewielkiego kawałka wszechświatowego zadupia w którym funkcjonujemy – to wciąż piękne, oszałamiające i niesamowite.
Sens życia według Króla Artura
Skoro jesteśmy ledwie pyłkiem gdzieś na obrzeżach wszechświata, czy to znaczy, że nasze życie nie ma sensu?
Cóż… Tak. I nie.
Tak, wiem, to skomplikowane.
Tak, w szerszej perspektywie nasze życie nie ma sensu. Długoterminowo jeśli nas zabraknie, to naprawdę nic się nie stanie. Wiem, wiem, nasza kultura celebruje jednostki, które miały doprowadzić do odkryć, zmian, itp. Tylko ignoruje fakt, że rozwój cywilizacyjny nie jest pochodną jednostek, a systemów. Nie bez powodu na przełomie XIX i XX wieku mieliśmy nagle wysyp równoległych wynalazków, gdzie takie rzeczy jak radio czy telefon były wynajdowane niemal równocześnie w kilku ośrodkach na całym świecie. Ich wynalezienie nie było pochodną indywidualnego geniuszu, a wcześniejszych przełomów naukowych i technologicznych, umożliwiających kolejne odkrycia. Gdyby Kolumb nie popłynął na zachód, to zrobiłby to inny niedouczony idiota, któremu wydawało się, że ziemia jest mniejsza niż jest. (Wbrew popularnym wyobrażeniom, praktycznie nikt w XV wieku nie uważał, że ziemia jest płaska. Jej okrągłość była powszechnie znana co najmniej od czasów starożytnej Grecji. Po prostu wszyscy racjonalnie wskazywali, że ej, do Indii jest dużo dalej niż jest. Kolumb po prostu miał szczęście, że po drodze była inna masa lądowa.)
Jednocześnie jednak w mniejszej perspektywie nasze życie może mieć sens i wartość. Bo wiecie, w szerszej perspektywie to wszyscy będziemy martwi. Ale zanim do tego dojdzie, to nasze życie może albo dać pewną wartość innym, albo przynajmniej nam samym.
Nie, nie ma żadnego obiektywnego, zewnętrznego sensu. Wszechświata naprawdę nie obchodzimy. Ani Ty, ani ja, ani nawet cały ten kawałek skały. Jednak niesamowitym, fascynującym zbiegiem okoliczności wykształciliśmy intrygującą, prawdopodobnie zupełnie zbędną właściwość jaką jest samoświadomość. (Tak, jestem Wattsowcem, kibicuje teorii, że świadomość jest zbędnym atawizmem, błędem ewolucji, pozostałością jak kość ogonowa.) Ta niezwykła zdolność pozwala nam nadawać wrażenie sensu przypadkowym, bezrozumnym procesom. A skoro tak, to czemu nie odnieść tego i do własnego życia? Skoro jesteśmy małpą nadającą sens, nadajmy sens i sobie. Że nieprawdziwy? Subiektywny? Boo-hoo-hoo, cry me a river, a jakikolwiek inny sens to niby jest obiektywny?
W ramach tego ułomnego, subiektywnego sensu, życie może więc mieć sens i wartość. Co więcej, ponieważ nie ma obiektywnego sensu, ponieważ sami go wybieramy – to możemy wybrać sobie taki sens, jaki chcemy. Jesteśmy w końcu narratorami własnej opowieści. Sami decydujemy, czy jest to horror, komedia, tragedia czy komiks o superbohaterach. (I czy jest to raczej Avengers, Invincible, czy The Boys, w tym drugim przypadku :P )
Moja opowieść jest dość prosta. Dorzucam kamyczki do góry. Jeśli coś mnie ujebie, cegła mi spadnie na łeb, ZZ snajperów w końcu odkryje, że moje czeki były bez pokrycia, albo jeden z moich przyjaciół w końcu wyłapie truciznę na którą się regularnie nie uodparniam (Hail Mithrydates! PDK :P )… To do góry z mojej strony pójdzie po prostu nieco mniej kamyczków. Jeśli dalej będą próbowali z cyjankiem, arszenikiem i iokainą, to góra wzrośnie nieco bardziej za moją sprawą. Koniec końców góry do których dorzucam kamyczki – góry profesjonalizacji psychologii i zmiany osobistej, góry równości płci, seksualności, itp., góry celebracji zjebanego nerdowstwa i kilka innych gór, które jest dla mnie ważne – i tak będą rosły. Bo nie jestem jedynym, który do nich się dokłada. Nie jestem nawet jednym z tysiąca, czy jednym z miliona. Na imię mi Legion i te sprawy. Moje kamyczki mają znaczenie, bo im szybciej góra wzrośnie, tym lepiej dla wielu ludzi. Moje kamyczki nie mają znaczenia, bo beze mnie góra i tak powstanie, po prostu nieco wolniej. Moje życie ma sens, bo przyczyniam się do czegoś, co jest dla mnie subiektywnie ważne i cenne. Moje życie nie jest jakoś niesamowicie ważne, bo te rzeczy i tak powstaną, po prostu nieco wolniej.
Ilekroć chcę poczuć swój sens życia, przypominam sobie o moich górach. Ilekroć robię się zbyt przeświadczony o swoim znaczeniu, przypominam sobie, że to nie są „moje” góry, że to po prostu góry do których ja też, wśród niezliczonych innych cudownych osób się dokładam.
Wszyscy umrzemy
Tak jak pisałem we wpisie o ateizmie per se, nie rozumiem ludzkiej obawy przed śmiercią. Obawy przed bólem i cierpieniem? Jasne. Obawy przez niedołężnością? Tak.
Ale to, że kiedyś mnie po prostu nie będzie? No nie będzie. Z definicji nie będzie też nikogo, kto miałby się przejmować tym, że mnie nie będzie, bikoz ofkors mnie nie będzie! Znaczy się jasne, mam nadzieję, że moi przyjaciele schleją się w trupa na mojej stypie, opowiadając sobie najbardziej żenujące i debilne historie na mój temat (nieistniejący bogowie jedynie wiedzą, że jest ich pod dostatkiem), wpierdalając najdziwniejsze możliwe smaki chipsów i zapijając je piwem o smaku małży, asfaltu i bekonu. (idealnie jedną warką o wszystkich tych smakach, ale no dobrze, nie urządzajmy sobie stypy aż w takich szczegółach…) To jednak coś czego wizja sprawia mi przyjemność (okrutną, sadystyczną przyjemność…) teraz, gdy żyję. Gdy moje neurony przestaną odpalać, gdy ta kulka tłuszczu (mózg, mówimy o mózgu, nie o mnie całym! :P ) przestanie przewodzić prąd… To nie będzie już nikogo ani niczego co mogłoby nie wiem, czuć rozczarowanie, żal, czy lęk na myśl o tym, że go nie ma. Po prostu zgasnę.
Czego tu się więc bać? Czemu nieistnienie miałoby być jakkolwiek niepokojące czy przerażające?
Mogłoby takie być poczucie, że gasnę za wcześnie, że nie zrobiłem w życiu tego co chcę. Ale szczerze? Miałem dotąd dobre życie. Jeśli będę miał okazję mieć je dłużej, to fajnie, docenię to. Ale jeśli miałoby się skończyć dzisiaj… Byłem szczęśliwy. Dorzuciłem całkiem sporo kamyczków do swoich górek. Miałem przyjemność spędzić czas z wyjątkowymi osobami. Miałem okazję kochać i być kochanym. Miałem okazję zwiedzić kawał świata, rozegrać masę gier, wypić masę dobrych alkoholi i jeszcze więcej dobrej kawy, niemożebnie fałszować różne piosenki, przeczytać wspaniałe książki i komiksy. Miałem okazję śmiać się i płakać, kochać i tracić. Tak, są dalsze książki, dalsze gry, dalsze chwile z ludźmi, których kocham, dalsze kufle piwa, dalsze sesje RPG, dalsze niezliczone inne rzeczy, które byłyby fajne. Ale gdyby dziś to się skończyło. Mam dość. To wystarczy. Jestem wdzięczny za tak wiele jak miałem i wiem, że byłem niesamowicie uprzywilejowany by mieć w życiu tak dobrze, jak miałem.
Jeśli więc chodzi o moje obawy o śmierć, o moją relację ze śmiercią. Cóż, mam nadzieję przywitać się z nią bez cierpienia i utraty sprawności. A poza tym, gdy nadejdzie to nadejdzie. Nie gonię za tym spotkaniem, ale też nie mam ochoty przed nim uciekać.Jeśli myślę o śmierci, to z wdzięcznością za życie, które miałem.
To, co w życiu ważne
„Gorąca woda, dobre zęby i miękki papier toaletowy.” No, to sprawa jasna. :P
To oczywiście cytat z Pratchettowskiego Cohena Barbarzyńcy, na temat najważniejszych rzeczy w życiu, parodia wypowiedzi Conana Barbarzyńcy z klasycznego filmu z Arnie’m.
Wartości wchodzą gdzieś na krawędzi filozofii, etyki i duchowości właśnie. W tym zakresie jestem jakąś formą utylitarysty. Uważam, że etyczne jest zadbanie o jak największy poziom szczęścia jak największej ilości ludzi, a szerzej, jak największej ilości istot (poziom samoświadomości wpływa na możliwość doświadczanego szczęścia).
To powiedziawszy, niekoniecznie jestem DOBRYM utylitarystą. Gdybyście dali mi dziś wybór „ej, podłączamy Cię do maszyny, która skaże Ciebie na nieskończone tortury, ale zapewni reszcie ludzkości, albo wręcz reszcie istot żywych nieograniczone szczęście”… To nie wiem czy bym z radością przyklasnął „ej, spoko, wpinajcie”. Tak, wiem, że byłoby to moralne. Nie, wcale nie wiem czy zdecydowałbym się na coś takiego. Cześć mnie chciałaby wierzyć, że tak. Część mnie zdaje sobie sprawę, że często jestem niespójny ze swoją moralnością. Tak, jestem utylitarystą. Ale nie zawsze jestem dobrym utylitarystą. Staram się być dobrym utylitarystą, ale nie zawsze mi to wychodzi. Ale regularnie moją pokorę budzi np. to jak hojna potrafi być moja partnerka, wobec całkowicie przypadkowych osób. Ale regularnie łapię się na tym, że tak, wybieram swoją rozrywkę zamiast uratowania czyjegoś życia.
Jestem absolutnie niedoskonałym utylitarystą. Moją praktyką duchowości w tym zakresie jest po prostu staranie się, by być w tym zakresie odrobinę lepszy, z dnia na dzień.
I to chyba tyle. Duchowość ateisty, zapewne mocno odmienna od duchowości innych ateistow, ale akurat taka jest moja. Nie wiem, czy coś Wam to mówi, czy jest jakkolwiek wartościowe. Ale część z Was chciała wiedzieć, więc macie taki wpis :)
Następnym razem prawdopodobnie seksuologia, tak by nie drążyć jednej kwestii :)
Masz pytanie z zakresu kompetencji miękkich/soft skills? Kanał Self Overflow dostarcza odpowiedzi z tego zakresu, dostosowanych w szczególności do potrzeb osób z sektora IT. Co tydzień nowe filmy z odpowiedziami na pytania od naszych widzów!
Przykładowe pytania:








