Jak mylimy komfort z bezpieczeństwem…

 

Nie raz zastanawiałem  się nad pewnymi reakcjami, zwłaszcza w środowisku rozwojowym. Nad tym jak często ludzie pozostają zamknięci w bardzo szczelnym, podstawowym zakresie wiedzy czy narzędzi i nie próbują nawet go weryfikować czy podważać. Nie byłem jedynym, który miał takie obserwacje. Niejeden doświadczony trener rozwojowy, psycholog czy coach wspominał w rozmowach, że nie ma wiele osób bardziej zamkniętych na rozwój osobisty niż osoby rozwojem się zajmujące. (Nie muszę chyba dodawać, że zwykle były to rozmowy kuluarowe. To jednak typowo klienci moich rozmówców i niewielu było skłonnych by publicznie naruszać samozadowolenie swoich potencjalnych chlebodawców. )

 

Dopiero książka, do której niedawno wróciłem dała mi terminologię by dobrze nazwać to zjawisko. (Na jej bazie szykuję też dużo dłuższy wpis, ale że idzie wolno, to zdecydowałem się na taki krótszy “przerywnikowy”.) Książka ta wskazała bowiem na różnicę między poczuciem bezpieczeństwa i poczuciem komfortu, jak również to, że często możemy mieć tendencję do zlewania ich w jedno. Zwłaszcza, gdy do tego komfortu jesteśmy przyzwyczajeni. A to o tyle problematyczne, że w zasadzie blokujemy sobie w takiej sytuacji szanse na realne odkrycie czegoś nowego na temat siebie czy świata. W końcu komfortowe jest to co znane. To co nieznane, to co sprzeczne z tym co wiemy nie jest niebezpieczne – ale może być nieprzyjemne, niewygodne czy niekomfortowe. Jeśli jednak chcemy faktycznie się rozwinąć, musimy ten dyskomfort znieść.

Dla przykładu, moja przyjaciółka brała kiedyś udział w treningu interpersonalnym. Dobrze prowadzony i w odpowiedniej grupie jest to taki trening psychologiczny, który może dawać absolutnie niesamowite efekty, ucząc ludzi szalenie dużo o tym jak funkcjonują, jak są odbierani przez innych, jakie mechanizmy uruchamiają im się w relacjach z innymi osobami. Słowem: ultracenne doświadczenie.

Przyjaciółka, m.in. pod wpływem moich rekomendacji, chciała z tego szkolenia naprawdę skorzystać. Miała niestety ten problem, że trafiła na grupę, która w większości preferowała komfort. W efekcie – mimo absolutnie bezpiecznych warunków zapewnianych na dobrze prowadzonym treningu tego typu – reszta grupy praktycznie zupełnie się nie odsłaniała. Ciężar odsłonięcia się i “popchnięcia” emocjonalnie szkolenia do przodu spadał niemal wyłącznie na moją przyjaciółkę. (Co zresztą zauważył prowadzący trener i co wprost poruszył z grupą, nie uzyskując jednak niestety większego zaangażowania z jej strony.) Przyjaciółka w zasadzie jako jedyna wyniosła cokolwiek z tego szkolenia. Było to jednak dużo, dużo mniej niż mogłaby, gdyby reszta grupy zdecydowała się choć odrobinę wyjść poza zakres swojego komfortu.

 

Dlaczego mylimy komfort z bezpieczeństwem? Ponieważ to co komfortowe zwykle odczuwamy jako bezpieczne dla nas. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Nie jest to dla nas nic nowego. Może wcale nie być bezpieczne (czy to psychologicznie, czy wręcz fizycznie), ale jest swojskie. Znane. Nie wymaga odstąpienia od rutyny i tego co akceptujemy.

W większości sytuacji w których próbujemy czegoś wyraźnie nowego jesteśmy bezpieczni, ale jest to niekomfortowe. (Rzeczy odrobinę nowe będą zwykle komfortowe, bo nie wykraczają za daleko poza to co już znamy. Jeśli nigdy nie jedliśmy insektów, prawdopodobnie będzie to niekomfortowe. Jeśli jedliśmy już świerszcze, ale jeszcze nie jedliśmy mrówek, prawdopodobnie mrówki nie będą zbyt niekomfortowe.)

Kiedy musimy przyznać, że się mylimy, jesteśmy bezpieczni – ale jest to niekomfortowe.

Kiedy ktoś podważa nasze stanowisko, jesteśmy bezpieczni – ale jest to niekomfortowe.

I vice versa. Np. gdy śpiesząc się jedziemy zdecydowanie za szybko, nie jesteśmy bezpieczni – ale jest to komfortowe. Poczucie komfortu nie jest więc żadnym wyznacznikiem bezpieczeństwa – i vice versa.

 

Bezpieczeństwa nie mamy gdy konsekwencje danej sytuacji mogą nas wyraźnie skrzywdzić, czy to fizycznie, czy psychicznie, czy społecznie, czy w końcu materialnie.

Komfortu nie mamy gdy nie ma ryzyka realnej krzywdy, ale czujemy się źle, nieprzyjemnie, niewygodnie, niedostatecznie zrelaksowani, itp. w danej sytuacji.

W rzeczywistości relatywnie rzadko we współczesnym świecie mamy do czynienia z brakiem bezpieczeństwa. Zwłaszcza w przypadku grup uprzywilejowanych. Ale wszyscy mamy do czynienia z brakiem komfortu. Jeśli brak nam punktów odniesienia do realnego braku bezpieczeństwa, bardzo łatwo jest nam zakwalifikować brak komfortu jako brak bezpieczeństwa.

 

A to jest groźne o tyle, że reagujemy na ten brak komfortu tak, jak reagowalibyśmy na brak bezpieczeństwa.

Wycofaniem.

Ucieczką.

Zamknięciem się.

Atakiem.

 

W efekcie odbieramy sobie szanse na odkrycie i przepracowanie wielu kwestii, które mogłyby nas uczynić po prostu lepszymi ludźmi.

W efekcie często odrzucamy od siebie świadomość, że coś co robimy krzywdzi innych – bo zaakceptowanie tego byłoby niekomfortowe.

W efekcie potrafimy robić z siebie ofiary w sytuacji, gdy to my robimy coś złego – bo w końcu to my czujemy się niekomfortowo, więc to my musimy być pokrzywdzeni!

 

To wszystko stanowi antytezę rozwoju osobistego czy pozytywnej zmiany. Jeśli chcemy stać się lepsi, potrzebujemy wyjść poza te ograniczenia.

Tymczasem większość rozboju osobistego bezpośrednio żeruje na tej sytuacji. Często prowadząc do paradoksalnej sytuacji jednoczesnego naruszania bezpieczeństwa… oraz zachowywania pełnego komfortu. Powtarzając odbiorcom to co chcą usłyszeć, narracje na temat świata, które już posiadają, co najwyżej ujęte nieco innymi słowami, guru od lewa do prawa, od Cohelo przez Robbinsa po Petersona, chętnie głaskają poczucie komfortu słuchaczy… w zamian za hojną (lub, alternatywnie, do wyboru, bardzo hojną) gratyfikację.

W efekcie zamiast rozwijać – co wymaga pewnego zaburzenia homeostazy – rozbój osobisty utrzymuje swoich słuchaczy w tej samej sytuacji przez lata… Nieustannie odpompowując z nich dalsze środki. (A niekiedy żądając nawet większej ceny.)

 

Ta tendencja dotyczy jednak nie tylko rozboju osobistego. Komfort jest w końcu wygodny. Wszyscy możemy ulegać jego pokusie. I generalnie nie ma w tym nic złego. Sam piszę to patrząc na wygodny duży monitor, siedząc tak jak mi wygodnie (po turecku) na wygodnym fotelu biurowym i komfortowo popijając dobrą kawę. Komfort nie jest zły sam w sobie. Pytanie brzmi jak zareagujesz gdy coś wywoła Twój dyskomfort. Czy zamkniesz się na to z góry, uznając to za zagrożenie? Czy też przyjrzysz się temu i zobaczysz jak może Cię to ewentualnie wzbogacić.

Może wcale. A może bardzo. Nie dowiesz się tego z góry uznając to za zagrożenie i próbując się tego pozbyć.

 


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis