Ekspertem być…
Scena stereotypowa aż do bólu – informatyk tłumaczy jak rozwiązać jakiś problem skonfundowanemu klientowi. Ten kiwa głową, udaje zrozumienie, ale już dawno się zgubił w nawale specjalistycznej terminologii. Informatyk mówi dalej – w końcu mówi o podstawach, oczywiste jest dla niego, że klient rozumie…
Bycie ekspertem jest fajne. Miło jest rozumieć więcej w danej dziedzinie. Miło jest wiedzieć więcej na jakiś temat. Niestety, im więcej wiesz, tym łatwiej jest zapomnieć jak to było, gdy nie wiedziałeś niczego. Tym łatwiej utracić perspektywę i uznać rzeczy stosunkowo trudne, za skrajnie oczywiste. Przecież dla Ciebie takie już teraz są. Dla innych zapewne też powinny być.
Z tego właśnie powodu, eksperci rzadko kiedy są dobrymi nauczycielami. Zazwyczaj dużo lepiej wprowadzi Cię do jakiejś dziedziny ktoś, kto ma w niej umiarkowane kompetencje, niż ekspert. Łatwiej mu się postawić w Twoich butach i dostrzec czego możesz nie wiedzieć, z czym możesz mieć trudności, itp.
Nie znaczy to, że ekspert nie może być dobrym nauczycielem – taki np. Richard Fenyman był wybitnym. Po prostu ekspert potrzebuje wykonać dodatkowy wysiłek, postawienia się w perspektywie odbiorcy. Nie zawsze o tym pamięta, zwłaszcza w codziennych sytuacjach.
Nieco historii z życia
Sam, mając jakąś – wciąż umiarkowaną – ekspertyzę w dziedzinie psychologii, changeworku i neurologii, łapię się na konsekwencjach takiego eksperckiego podejścia. Jest kilka takich scen, które szczególnie mocno utkwiły mi w pamięci
a) Dyskusja na grupie trenerskiej, ktoś prosi o zasugerowanie książek w temacie, ja podaję kilka tytułów, po angielsku. Znajoma pyta dlaczego po angielsku, skoro część z nich ma polskie wydania i czy to nie jest aby lans z mojej strony.
b) Dalszy znajomy, w którym długo zbierała się irytacja na mnie, postanowił mi wygarnąć i napisał dłuuuugi post w tym celu. Zawarł tam wiele uwag, niektóre trafne, inne mniej, ale była jedna rzecz, która mnie naprawdę uderzyła. Zasugerował mianowicie, że używam specjalistycznych terminów żeby się lansować i pozować w dyskusji na mądrzejszego niż jestem.
c) Scena powracająca regularnie – często przy okazji szkoleń mówię o jakichś podstawach, rzeczach tak skrajnie oczywistych, że aż głupio mi o nich mówić i mam poczucie, że marnuję czas uczestników. Przecież wszyscy to na pewno wiedzą.
Otóż nie. Nie wiedzą. Bardzo często to właśnie te podstawy są uznawane za najcenniejszą część szkolenia.
[br]
Pierwsze dwie sytuacje utkwiły mi w pamięci z jednego powodu – ogromnego zdziwienia, jakie wtedy odczuwałem. Po prostu w żadnym wypadku nie przyszło mi do głowy, że takie zachowanie w ogóle może być traktowane jako lans. Trzecia jest po prostu ogólnym przejawem omawianego zjawiska, choć mając jego świadomość, zacząłem już się na takie sytuacje uodparniać i reagować w nich inaczej. Przyjrzyjmy się tym sytuacjom bliżej.
[br]
a) Lans en inglisz
Tak, czytam książki biznesowe, psychologiczne i neurologiczne po angielsku. Jest ich w tym języku dużo więcej, a do tego często są tańsze (np. gdy kupowałem Damasio, na Amazonie chodził po 8 funtów, a w Polsce był białym krukiem i kosztował 150zł+). Co u leśnego licha jest dziwnego czy lansiarskiego w czytaniu książek branżowych w innym języku?
Ja rozumiem, że żyjemy w kraju, gdzie samo czytanie książek bywa lansiarskie. Wciąż pamiętam szepty z mojej komisji wojskowej – „ej, to ten, który czytał książkę” „daj spokój” „no ale on czytał książkę!” Może jednak nie przesadzajmy? Przecież żyjemy jednak w czasach, gdy większość osób zna komunikatywnie przynajmniej jeden język obcy!
Skoro czytam książkę w danym języku – to i kojarzę jej tytuł w tym języku. Nawet jeśli wiem, że jest już polskie wydanie, to jest ono dużo słabiej dostępne poznawczo, niż oryginał z którym spędziłem kilka godzin. Łatwiej przypomnieć mi sobie oryginał, więc to oryginał podaję.
To wszystko przeszło przez moje myśli gdy przeczytałem uwagę znajomej. Było mi trudno zrozumieć, że takie czytanie po angielsku jest dla kogoś czymś niezwykłym (jak nie po angielsku, to pewnie czyta po niemiecku czy rosyjsku). Tym trudniej było mi dostrzec, że dla kogoś może to być próba lansu. Naprawdę? Czymś takim? To może w ogóle czytaniem książek?
[br]
b) Synaptyczny lans
Druga sytuacja była dla mnie równie zdumiewająca. Przyda się tu nieco kontekstu – wspomniany znajomy pozycjonował się jako specjalista od neuro-x, gdzie x jest nazwą dziedziny, która mogłaby już nieco za dużo zdradzić na temat jego tożsamości. W każdym razie, w rozmowie z kimś specjalizującym się w czymś związanym z neurologią, podstawowe słownictwo neurologiczne wydawało się być czymś oczywistym. Obaj (zakładałem) znamy się na temacie, szybciej będzie mogli szybciej się dogadać używając odpowiednich terminów. Zaznaczam, że w dyskusji naprawdę nie padały jakieś wybitnie specjalistyczne terminy, od podstawowe słówka z dziedziny. Chodziło o rzeczy tak oczywiste jak arabica i robusta dla fana kawy czy single malt i blended dla fana whisky.
Dlatego było dla mnie tak zaskakujące, gdy spotkałem się w zamian z zarzutem lansu przez terminologię. Zaskoczony podwójnie – po pierwsze dlatego, że nie przyszło mi do głowy, że ktoś specjalizujący się w danej dziedzinie może uważać te słowa za trudne czy wyrafinowane.
Jest dla mnie też oczywiste, że jeśli nie znam słowa używanego przez rozmówcę, to pytam go o nie, albo sprawdzam, mogę też zapytać o jaką interpretację terminu mu chodzi. To ostatnie przydaje się zwłaszcza w psychologii, gdzie potrafi panować wielki bałagan pojęciowy i to samo zjawisko może być znane pod wieloma nazwami. Regularnie tak właśnie robię. Jeśli ktoś używa nieznanego mi terminu, po prostu pytam albo szukam. Gdzie w tym problem?
Gdzie tu miejsce na pozowanie? Przez używanie terminów, które w danej dziedzinie są absolutnie podstawowymi? To jak lansowanie się znajomością japońskiego, bo umiesz w tym języku powiedzieć „dziękuję” i 'do widzenia”! Żadnemu normalnemu człowiekowi nie przyszłoby do głowy lansowanie się w ten sposób…
Tak myślałem – nie zdając sobie sprawy, że dla wielu ludzi te terminy są jednak czymś rzadkim i nieznanym. A przez to takie zachowanie może być jako lans odbierane.
[br]
c) Po co tego uczyć? To takie oczywiste!
Ostatnia sytuacja jest czymś, czego doświadcza wielu znanych mi trenerów. Po prostu, zgłębiając daną dziedzinę pewne rzeczy zaczynasz traktować jako „oczywistą oczywistość”. Tak banalne, że aż szkoda mówić. Marnowanie czasu odbiorcy, któremu lepiej przedstawić coś bardziej zaawansowanego i wartościowego. Tylko często odbiorca nie jest jeszcze gotowy na te bardziej zaawansowane rzeczy, potrzebuje najpierw przerobić absolutne podstawy.
[br]
Podsumowując
Jak widać, bycie ekspertem ma też swoje słabe strony.Warto o nich pamiętać i brać na nie korektę.
Dla mnie takie zdarzenia są niewątpliwie sygnałem, by starać się bardziej wchodzić w perspektywę rozmówców. Efektem tego jest m.in. stopniowe upraszczanie słownictwa używanego na blogu. Staram się używać mniej terminów branżowych, oraz wyjaśniać wykorzystywane. Pracuję nad tym, by po prostu pisać prościej. Mocno zwracam na to uwagę również przy pisaniu książek, planowaniu szkoleń, itp. zawsze startując od ustalenia jaka jest obecna wiedza odbiorców, a jaka ma być na koniec procesu nauki.
Tyle ja, natomiast jeśli chodzi o przekaz dla Ciebie: jeśli jesteś w czymś ekspertem, weź korektę na wiedzę (brak wiedzy) odbiorców i dopasuj do niej swój przekaz. Mocno na tym skorzystasz.
Masz pytanie z zakresu kompetencji miękkich/soft skills? Kanał Self Overflow dostarcza odpowiedzi z tego zakresu, dostosowanych w szczególności do potrzeb osób z sektora IT. Co tydzień nowe filmy z odpowiedziami na pytania od naszych widzów!
Przykładowe pytania:











