Dlaczego warto dać szanse lekom psychiatrycznym?

Leki psychiatryczne mają u nas dość kiepską markę. Są często traktowane jako coś nienaturalnego, uzależniającego lub fałszującego doświadczenia. Rozumiem to, sam wywodzę się ze środowiska, które do psychiatrii podchodziło mocno podejrzliwie. Im więcej jednak się uczyłem w temacie, tym bardziej świadomy byłem, że w wielu sytuacjach leki są nie tylko wartościowe, ale wręcz bezcenne. Pomyślałem więc, że warto poświęcić tej kwestii wpis, wskazując na wartość leków, możliwe zagrożenia,

 

 

Kiedy wchodziłem w tematykę rozwoju osobistego, leczenie psychiatryczne było traktowane jako najgorsze zło. Praca nad sobą, zwłaszcza wykorzystanie różnych nowych technik miały być cudownym lekiem, więc jakakolwiek chemia była naturalnie traktowana z podejrzliwością. To przecież szkodzi! Uzależnia! Zaślepia na prawdziwe doświadczenia! Psychiatrzy to by tylko chcieli ludzi faszerować pigułkami! No, może ostatecznie przy takich kwestiach jak schizofrenia, ale lęki? Depresja? Gdzie tam!

Łatwo było przyjąć takie podejście. Rozwój jako taki jest przesiąknięty błędem naturalistycznym, wiarą w to, że nasz organizm i umysł są potężne, trzeba je tylko odpowiednio wykorzystać. Jako społeczeństwo negatywnie podchodzimy do psychiatrii, traktując ją jako ostateczne wyjście dla najgorzej cierpiących. Moje pierwsze lata w rozwoju osobistym minęły więc pod sztandarem niechęci i trywializacji leków psychiatrycznych. Wiem, że wiele osób z tego środowiska do dziś utrzymuje bardzo podobne podejście. (Co ciekawe, choć w sumie zgodne ze wspomnianym błędem naturalistycznym, takie osoby mają często dużo mniejszy opór przed np. ceremoniami szamańskimi opartymi na środkach psychoaktywnych.)

 

Tyle tylko, że z biegiem lat uczyłem się więcej na temat zdrowia psychicznego i tego jak działa mózg. A im więcej się uczyłem, tym bardziej teza “wszystko da się rozwiązać samemu, względnie gadaną terapią” po prostu przestawała się trzymać kupy. Poważne przesilenie miałem chyba przy okazji pisania pierwszych artykułów na temat depresji. W toku przygotowywania się do tych tekstów jasnym stało się, że farmakoterapia jest w wypadku depresji bardzo dobrym rozwiązaniem (najlepiej w połączeniu z psychoterapią). Był to zresztą dla mnie początek głębszego zainteresowania neurologią i eksploracji tego aspektu ludzkiego funkcjonowania.

Im bardziej zgłębiałem temat tym bardziej oczywiste stawało się, że nie da się oddzielić tego, co dzieje się z mózgiem na poziomie biochemicznym z tym, czego doświadczamy w codziennym funkcjonowaniu. Jasne, praca z procesami poznawczymi czy wyuczonymi reakcjami ma wartość praktycznie zawsze. Często jednak próba jej podjęcia bez zadbanie o biochemię będzie równie sensowna, co próba poprawy wydajności człowieka cierpiącego na chroniczną bezsenność przez poprawę ergonomii jego stanowiska pracy. Jasne, nie zaszkodzi, ale zdecydowanie nie jest to najważniejsza rzecz, którą można na tym etapie ogarnąć.

 

Dlaczego leki psychiatryczne mają wartość?

Mówiąc krótko – ponieważ jesteśmy systemem naczyń połączonych. Owszem, to jak myślimy o różnych sytuacjach wpływa na to jak reagujemy na te sytuacje, co z kolei wpływa na to jak o nich myślimy. Ale sam proces myślenia także podlega szeregowi różnych wpływów. Nie możemy wyizolować tego jak myślimy, odciąć się od tego co dzieje się z naszym ciałem, ponieważ sam proces myślenia zachodzi w organicznym systemie i działanie tego systemu wpływa na proces.

Co więcej, mamy jakąś świadomość tego nawet w przypadku maszyn. Wiemy, że np. serwerownie firmowe muszą pozostać w odpowiednio chłodzonym pomieszczeniu. Jeśli o to nie zadbamy, ich wydajność drastycznie spadnie, zwiększy się też znacznie częstotliwość uszkodzeń, w tym trwałych. Rozumiemy więc, że czysto mechaniczne czynniki wpływają na mechaniczne systemy obliczeniowe. Niestety w wypadku organicznych trudniej nam to często przyjąć do wiadomości. Zapewne dlatego, że trudniej je rozkręcić i zajrzeć do środka. (Śrubokręt jest jednak zdecydowanie wygodniejszy niż piłka do kości.) Tym niemniej organiczne systemy działają podobnie. Co najwyżej – ponieważ ewolucja jest dużo mniej staranna niż inżynierowie – zepsuć może się dużo więcej.

 

To jak myślimy, reagujemy emocjonalnie, itp. jest wynikiem działania bardzo złożonej struktury. Co więcej, struktura ta ulega przemianie w czasie rzeczywistym, w toku swojego działania. Połączenia neuronalne, które są aktywnie używane stają się silniejsze. Rzadziej używane stopniowo zanikają. Z biegiem czasu i doświadczeń mogą się też pojawiać nowe połączenia, między dotychczas niepowiązanymi obszarami. Ta mapa połączeń to jeden z poziomów – i na nią faktycznie mogą wpływać techniki terapeutyczne, coachingowe, itp.

Jednocześnie niekiedy sam proces uruchamiania mapy, jej budowy i modyfikacji może być zaburzony. Czasem z przyczyn genetycznych, czasem środowiskowych, coś nie działa tak jak powinno. Proces tworzenia się nowych połączeń drastycznie zwalnia. Albo pewne struktury reagują zbyt silnie i przestają reagować dużo później niż zwykle, co przekłada się na zaburzenie normalnego procesu korekty naszej wewnętrznej mapy połączeń.

W tej sytuacji wszelkie narzędzia psychoterapeutyczne będą działały nieporównywalnie słabiej. Będą jak próby odkręcenia kranu, gdy w rurach jest zbyt niskie ciśnienie – nieco wody może się poleje, ale zdecydowanie nie będzie to taki strumień, jakiego oczekujemy. Może wręcz spadnie tylko kilka kropli. A może nic. Nie jest to wina technik psychoterapeutycznych samych w sobie. Po prostu nie są one w stanie zrobić pewnych rzeczy, ze swojej natury. Tak samo, jak nie jesteś w stanie kredkami świecowymi narysować obrazka bezpośrednio w komputerze. Potrzebujesz albo narysować go na kartce i sfotografować/zeskanować, albo użyć specjalnego tabletu graficznego i dopasowanego do niego cyfrowego pióra. Kluczowe jest zrozumienie, że nie ma tu problemu ani po stronie kredek, ani po stronie komputera. Po prostu, nie każde narzędzie nadaje się do każdej roli.

 

Farmakoterapia służy więc takiemu skorygowaniu biochemicznej struktury mózgu, aby zmiany psychoterapeutyczne mogły mieć szanse realnie zaistnieć. (Jeśli będą wciąż potrzebne. Niekiedy nie ma potrzeby psychoterapii, bo całe cierpienie było wywołane stricte zaburzeniem biochemicznym.) Ponieważ jej mechanizm działania ma na celu korektę zaburzonych procesów neurologicznych, farmakoterapia niespecjalnie zmieni cokolwiek (a przynajmniej cokolwiek produktywnego) w neurotypowym mózgu, jej efekty pojawiają się w mózgach neuroatypowych. Zdrowa osoba przyjmująca środki przeciwdepresyjne nie będzie się czuć lepiej. (No, poza ewentualnym efektem placebo. Oraz negatywnymi efektami ubocznymi, te niestety mogą dotykać wszystkich.)

Przykładowo, inhibitory wychwytu zwrotnego (np. serotoniny, dopaminy czy norepinefryny) mają na celu utrzymanie tych neuroprzekaźników dłużej w przestrzeni synaptycznej (połączeniu między neuronami) – w pewnym uproszczeniu – stanowi sygnał do neuronu postsynaptycznego (po-drugiej-stronie tego połączenia), żeby zaczął modyfikować swoją strukturę, bo neuroprzekaźniki te są bardziej obfite, niż to do czego jest przystosowany. Dzięki temu staje się z czasem bardziej wrażliwy na takie neuroprzekaźniki.

 

Co istotne, ponieważ mózg to bardzo złożony system, a te same substancje bywają używane w różnych systemach, a ich metabolizm może być zaburzony tylko w niektórych… Większość leków psychiatrycznych będzie miało efekty uboczne. Niekiedy poważne. Co więcej, ponieważ nasze mózgi różnią się od siebie, zarówno na poziomie okablowania jak i na poziomie wrażliwości na różne substancje, nie raz potrzebne będzie przetestowanie kilku różnych podobnych środków, albo staranne eksperymenty z dawką, nim znajdziemy optymalne rozwiązanie. A jeśli tego jeszcze mało – w wypadku wielu problemów zmiany wymagają czasu. Substancje które przyjmujemy zapewniają naszej neurologii optymalne warunki do zmiany, ale sam proces zmiany wymaga czasu, tygodni albo i miesięcy. Innymi słowy – efekty uboczne mogą być kiepskie. Do tego rezultaty mogą wymagać wielu prób. Oraz czasu.

Jasne, w typowo “fizycznych” problemach też tak jest. (“Fizycznych” umownie, bo przecież kwestie psychologiczne też są jak najbardziej fizyczne, są efektem tego jak działa fizyczny obiekt jakim jest nasz mózg.) Ale do tych “fizycznych” objawów mamy jakby więcej dystansu. Brak też stereotypowego (i patologicznego) przeświadczenia, że jakimś cudem da się je rozwiązać siłą woli. Łatwiej też często widać postępy.

Nic dziwnego, że farmakoterapia ma złą sławę. Fakty są jednak jasne – farmakoterapia ratuje życie oraz drastycznie usprawnia jego jakość. Ma liczne ograniczenia, jasne. Zdecydowanie najlepiej działa w połączeniu z psychoterapią. Ale samym gadaniem nie naprawimy nieodpowiedniej ilości receptorów serotoninowych w naszych neuronach, jakkolwiek ciekawie, empatycznie i troskliwie byśmy sobie gadali. W zaburzeniach afektu (depresja, choroba dwubiegunowa), zaburzeniach lękowych, zaburzeniach obsesyjno-kompulsywnych oraz całym szeregu innych problemów leki są czymś naprawdę cennym i jeśli wahasz się nad ich spróbowaniem – wedle wszelkich dostępnych danych warto.

 

Moje doświadczenie

Sam od kilku miesięcy mam w temacie własne doświadczenie i było dla mnie ono czymś fascynującym. Tak naprawdę pierwsze doświadczenie dotyczyło nie tyle leków psychiatrycznych, co endokrynologicznych leków na insulinooporność. (W uproszczeniu, normalny organizm po przyjęciu jedzenia podbija mocno insulinę, a potem ona opada… u mnie podbija, ale niespecjalnie chce opaść.) Zmiany psychologiczne na metforminie były (i pozostają) dla mnie czymś niesamowitym. Tam gdzie normalnie potrzebowałem bardzo dużego wysiłku siły woli albo kombinacji kilku narzędzi by np. zdrowiej się odżywiać, teraz wystarczyła jedna metoda… Albo po prostu łatwa decyzja typu “może jednak nie”.

Było to dla mnie naprawdę niesamowite, bo o ile wcześniej metody z których korzystałem i których uczyłem działały, to u mnie wymagały faktycznie dużo większego wysiłku, częstszego podbijania, itp. niż u ludzi, których ich uczyłem. Próg oporu był po prostu dużo większy. Gdy przeszedłem na leki, nagle życie stało się po prostu łatwiejsze. To nie było tak, że nie musiałem w ogóle pracować, albo że narzędzia które znałem stały się bezużyteczne. Przeciwnie, dopiero teraz mogły naprawdę rozwinąć skrzydła. To było tak, jakby ktoś obniżył mi nagle poziom trudności w tym konkretnym obszarze życia gdzieś z 7/10 na 2/10.

 

Mniej więcej równolegle do wychwycenia insulinooporności i rozpoczęcia farmakoterapii w tym zakresie zacząłem też rozglądać się za weryfikacją dorosłego ADHD, które zacząłem u siebie podejrzewać po kilku rozmowach. O ile ADHD, zwłaszcza u mężczyzn, kojarzy się zwykle z dużą aktywnością ruchową, jest też jego wariant mniej przejawiający się w nadaktywności ruchowej, a przede wszystkim skupiony na zaburzeniach regulacji koncentracji (niekiedy prowadzących do niewystarczającej koncentracji, kiedy indziej do nadmiernej).

Po pewnych rozmowach z bliską osobą mającą ten typ ADHD, sam zacząłem się zastanawiać, czy pewne kwestie w moim życiu nie są lepiej tłumaczone właśnie w ten sposób. Wcześniej niektóre z nich tłumaczyłem (i starałem się rozwiązać) kwestiami motywacji, dbania o wypoczynek, itp. Miałem też w swoim życiu ogromny luksus takiego poukładania swojego życia, stylu pracy, itp., że wiele z tych kwestii mogłem po prostu przyjąć, bez specjalnie negatywnych konsekwencji. (A przynajmniej bez konsekwencji gorszych niż okazyjna zerwana noc na dokończenie jakiegoś projektu w ostatnim możliwym terminie.)  Szybko nauczyłem się jakie zewnętrzne czynniki i systemy muszę uruchomić, żeby popychały mnie w odpowiednim kierunku. Przynajmniej mniej więcej i zwykle. Moje zachowanie wciąż było neuroatypowe, ale mogłem tak kształtować swoje otoczenie, by mniej więcej to ogarniać. Tym niemniej wiązało się to dla mnie z licznymi kosztami i ograniczeniami. Dlatego, gdy test autodiagnostyczny wydawał się potwierdzać moje przypuszczenia, postanowiłem poszukać profesjonalnej diagnozy.

 

Chociaż ją uzyskałem, pierwszą sugestią lekarz psychiatry z którą się konsultowałem było przetestowanie SSRI, środków antydepresyjnych – po części ze względu na to, że w ADHD metabolizm serotoninowy może być zaburzony, a po drugie przez obecną sytuację covidową, gdzie generalnie ludzie są w złym stanie. Nie byłem do tego do końca przekonany, ale nie nalegałem… Po czym od SSRI się odbiłem MOCNO. Poziom otępienia, jaki zaliczyłem – a więc coś totalnie odwrotnego od tego, co było moim celem – był już po paru dniach tak kolosalny, że choć wstępnie planowałem poczekać z zejściem z leków na umówioną awaryjnie konsultacje, finalnie zrobiłem to szybciej na własną odpowiedzialność. Moje funkcjonowanie było po prostu tak bardzo ograniczone, że stwierdziłem, że nie ma sensu nic innego. (Dla jasności, BARDZO ZNIECHĘCAM do takiego rozwiązania! To, że ja się na nie zdecydowałem było kwestią tego, że naprawdę siedzę mocno w temacie i m.in. rozumiałem metabolizm leku i to na co sobie na tym wczesnym etapie mogę pozwolić.)

Po awaryjnej konsultacji udało mi się przekonać lekarz do alternatywnego podejścia, w postaci faktycznych leków na ADHD – metylofenidatu, inhibitora wychwytu zwrotnego dopaminy i norepinefryny. Tutaj efekt był wręcz niesamowity. Gdy wcześniej czytałem na raz 3-4 książki (tak dosłownie, na zasadzie 15 stron z jednej, przeskok na drugą, itp.) albo miałem potworne problemy ze skupieniem się na jednym filmie przez godzinę jazdy na rowerku treningowym, teraz przychodziło to z łatwością – a wszystko na minimalnej dawce. Żeby nie było tak różowo, najlepszy efekt był przez pierwsze 2-3 tygodnie, potem zaczął nieco opadać. Po części mogła to być kwestia habituacji, przyzwyczajenia się do funkcjonowania w lepszym trybie, jednak nie dało się tu wszystkiego sprowadzić do tej kwestii.

Dopiero po jakimś czasie doszedłem do tego, że istotnym czynnikiem mogło tu być to, że na początku przyjmowałem ten lek po południu, ale ze względu na efekt stymulujący przesunąłem go w kolejnych dniach na poranek. W efekcie stymulował mnie przez pierwszą połowę dnia, ale efekt zanikał w drugiej. Obecnie eksperymentuje z rozłożeniem dawki w czasie. Nie chcę jej przy tym podbijać, albo wręcz wolałbym zmniejszyć, gdyż tu pojawia się drugi problem z metylofenidatem – ze względu na podbicie dopaminy redukuje pozytywny psychologiczny efekt metforminy (leku na insulinooporność). Zrównoważenie obydwu efektów jest więc moim domyślnym celem, ale wiem, że jeszcze będę musiał tu nieco poeksperymentować. (Gdybym nie znał wcześniej efektu metforminy, podejrzewam, że zamiast tego eksperymentowałbym z okazyjnym podbijaniem dawek, obydwa są jednak dla mnie cenne i chciałbym zachować jak najpełniejsze efekty metforminy wraz z jakimś zakresem korzyści z metylofenidatu.)

(A, no i oczywiście farmakoterapia ma też efekty uboczne i u mnie. Mam o tyle dobrze, że – poza nieszczęsnym SSRI od którego odbiłem się z hukiem – oznaczała tylko dość hardkorowe ograniczenie alkoholu. Po prostu organizm mówi mi mocne “stop” bardzo szybko i wiem, żeby skończyć na dany wieczór. Jest to cena, która mnie specjalnie nie boli, ale dla kogoś może być zbyt duża.)

 

Oczywiście – to wszystko działa na MOJĄ chemię. U innych osób może być zupełnie inaczej. Spośród znanych mi osób, które próbowały metylofenidatu, obydwie z ADHD, jedna bardzo skorzystała (redukując w efekcie spożycie alkoholu i THC, których wcześniej używała jako formę autoterapii), druga miała wręcz efekt usypiający. Również w wypadku metforminy efekty różnią się z osoby na osobę. (Tak jak i na SSRI.) Do tego moja neurologia jest po prostu dość odmienna – dla przykładu THC zupełnie na mnie nie działa, podobnie jak nie uruchamiają się u mnie endokanabinoidy po treningu. (Tak, to endokanabinoidy, nie endorfiny.)  Dziele się doświadczeniem nie z perspektywy “rób jak ja, skorzystasz jak ja”, a bardziej żeby pokazać coś innego – to jak ogólnie farmakoterapia może wpłynąć na codzienne funkcjonowanie. Odpowiednio dobrana czyni życie po prostu dużo łatwiejszym. To, co wcześniej wymagało szeregu narzędzi, teraz wymaga jednego, albo wcale. To co wymagało ogromnego wysiłku, staje się proste. Wciąż wymaga decyzji, ale nagle ta decyzja jest dużo bardziej w moim zasięgu. Jest wyborem, a nie zmaganiem się. A to kolosalna różnica i niesamowity wpływ na jakość życia.

 


Moja nowa książka, "Status: Dominacja, uległość i ukryta esencja ludzkich zachowań" jest już dostępna w formie e-booka! Tylko na Mindstore.pl 

 

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis