Społeczeństwo opiera się na zaufaniu. To wprawdzie truizm, ale truizm o którym łatwo zapominamy.

Bez wzajemnego zaufania przestajemy być społecznością. Stajemy się grupą anarchistycznych jednostek.

Musimy sobie ufać. Ufam, że ludzie z którymi wsiadam do windy nie wbiją mi noża w plecy gdy się do nich odwrócę. Ufam, że sprzedawca nie zatruł chleba, który mi daje. Ufam, że ten chleb faktycznie waży tyle, ile mi obiecano i ma taki skład. Ufam przyjaciołom, że nie zamienili sytuacji na planszy gdy skoczyłem po piwo w trakcie rozgrywki.

Ufamy nieustannie. Musimy. Problem w tym, że wciąż ufamy sobie zdecydowanie za mało!

Zaufanie jest klejem, który scala społeczeństwa. Buduje się je trudno, łatwo je stracić, ale jest praktycznie bezcenne. I nie chodzi tu o kwestie emocjonalne! (Choć są niewątpliwie również ważne.) Liczne badania pokazują bardzo wymierny wpływ zaufania społecznego na rozwój gospodarczy danego kraju. Poziom kapitału społecznego pozwala przewidzieć rozwój PKB równie skutecznie, co poziom kapitału finansowego oraz lepiej niż  poziom kompetencji pracowniczych! Innymi słowy, inwestycja dająca 5% wzrost zaufania ludzi do siebie dałaby lepsze efekty niż inwestycja dająca 5% wzrost kompetencji całego społeczeństwa!


Zaufanie jest bezcenne, bo pozwala zrezygnować z ogromnej ilości czaso- i zasobochłonnych działań. Jeśli ufasz, że nie zostaniesz okradziony, nie musisz kupować sejfu. Jeśli ufasz, że wspólnik Cię nie oszuka, nie musisz odgradzać się od niego masą szczegółowych zapisków w kontrakcie. (Co gorsza, liczne badania pokazują, że ten szczegółowy kontrakt, owszem, uchroni Cię przez ewentualnymi, poruszonymi w nim kwestiami… Ale kosztem redukcji jakichkolwiek szans na „pójście Ci na rękę” przez drugą osobę w innych kwestiach.) Nie musisz wprowadzać szczegółowych procedur i wymogów. Złożonych przepisów…

Bez zaufania te przepisy są niezbędne. Wiele osób narzeka na polskie prawo pracy – zarówno po stronie pracowników, jak i praconabywców. Ale powiedzmy sobie szczerze – przepisy są takie też dlatego, że obydwie strony po prostu sobie nie ufają. Nie ufają, że nie będą ich nadużywać. Że kobieta w ciąży nie pójdzie na zwolnienie lekarskie już od pierwszego dnia po wykryciu ciąży… i że nie zostanie zwolniona przez szefa już pierwszego dnia po zakończeniu okresu ochronnego. Przykłady można mnożyć.

Brak zaufania to również brak zaangażowania i lojalności. Po co inwestować w szkolenie pracownika, skoro zaraz pójdzie do kogoś innego? Po co inwestować w rozwój siebie, skoro szefostwo i tak tego nie doceni? Po co podejmować ryzyko, skoro nie możemy liczyć na wsparcie w razie porażki? To przekłada się na spowolnienie rozwoju kompetencji pracowników i ogólnej innowacyjności.

Brak zaufania to ograniczenie wspólnych działań. Każdy patrzy każdemu na ręce i nie chce popuścić. Ludzie wolą więc machnąć ręką i zrobić coś mniejszego, samemu, drożej i mniej wydajnie. A czasem też po prostu brzydziej, bo np. nie są w stanie dogadać się z sąsiadami co do wzoru ogrodzenia czy chodnika.


No dobrze, a skąd to się bierze? Dlaczego tak sobie nie ufamy?

Ktoś może powiedzieć, że to kwestia kultury i historii. Trochę tak na pewno jest, ale przecież nie do końca. Przecież Polacy wyjeżdżający do krajów o wyższym poziomie zaufania społecznego potrafią nagle „przestawić się” na tamten tryb działania. Stać się mniej podejrzliwi, bardziej otwarci i ufni. Zaangażować w coś wspólnie.

Jasne, nie wszyscy tak zrobią. Ale dostatecznie duża część by móc stwierdzić, że historia i kultura to nie wszystko. Owszem, mamy za sobą setki lat „obcej” dominacji. Podziału na „nas” i „nich”, podejrzliwości, chwalenia sytuacji gdy ktoś „ich” wykpi i oszuka. Ale podobne historie ma wiele innych krajów, w tym niektóre nawet gorsze niż nasza – np. Finlandia, okupowana przez wieki przez Szwecję i Rosję. A jednak potrafią być, w tych samych indeksach zaufania społecznego dużo wyżej niż my!


Dlatego sądzę, że to nie kwestia samej historii czy kultury. To kwestia systemów, które z tych historii i kultury wynikają i które problem podtrzymują i pogłębiają. Bo budowa zaufania wymaga tego, by podjąć ryzyko i komuś zaufać. Bo każda sytuacja gdy tego ryzyka nie podejmujemy, każdy system mający to ryzyko zredukować, subtelnie to zaufanie podważa.

Co generuje typowy Paragraf 22. „Nie ufamy bo systemy utrudniają zaufanie, a systemy działają, bo sobie nie ufamy.”


Co gorsza, nie możemy nawet po prostu rzucić tym wszystkim, wywalić tych wszystkich systemów. Bo faktycznie są obecnie rusztowaniem, bez którego życie zbyt wielu osób by się posypało.

Co więc możemy zrobić?

Po pierwsze, budować zaufanie kawałek po kawałku. W codziennych działaniach i decyzjach. Tak, wielokrotnie się „natniemy” i rozczarujemy. Ale też wielokrotnie nasze zaufanie zostanie docenione. (Oczywiście, warto ufać rozsądnie, tam gdzie możesz sobie w razie czego pozwolić na stratę.) Takie gromadzenie tzw. dobrej woli jest powolne, ale daje efekty. Nie tylko na skalę indywidualną, ale też szerzej, zmieniając całe społeczności.

Po drugie, możemy tworzyć dla ludzi okazje do współpracy i zaufania. Sąsiedzkie projekty, lokalne akcje, działania które obiektywnie mogą nawet za wiele nie zrobić, ale skłaniają ludzi do wspólnego wysiłku i zmuszają do zaufania. Im więcej, tym lepiej.

Nie będzie to łatwa ani szybka droga… Ale to jedna z tych inwestycji, które są bardzo opłacalne.



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis