Czy słowa bolą?

Czy można mówić, że dane słowa bolą i nie powinno się ich używać? Czy też raczej należy przenieść odpowiedzialność na odbiorce? W końcu wystarczy by zmienił swoje podejście do danego terminu i przestanie na niego reagować? Miałem niedawno z przyjacielem  ciekawą dyskusję na ten temat i pomyślałem, że warto oprzeć na niej wpis.

Z jednej strony – i to było stanowisko mojego przyjaciela – faktem jest, że to odbiorca reaguje na słowa. Jeśli ktoś będzie Cię próbować obrazić używając słowa, którego nie znasz i nie rozumiesz z kontekstu – raczej mu się nie uda. (Sam może się poczuć lepiej, ale nie wywoła reakcji u Ciebie, a to o Twoim bólu tu dyskusja.) Jeśli przepracujesz sobie reakcję na dane słowo i zobojętnisz je, to nie będziesz na nie reagować. W takim rozumieniu, typowym dla np. psychoterapii poznawczej, faktycznie, to nie słowa bolą – to Ty zadajesz sobie ból słowami. I możesz przestać to robić, choć może wymagać to nieco wysiłku.

Rozumiem to stanowisko, przez długi czas przyjmowałem je całkowicie i dopiero jakiś czas temu zacząłem postrzegać sprawy nieco inaczej.


Bo z drugiej strony – prawdopodobnie jesteś w stanie wskazać co konkretnie trzeba by powiedzieć niektórym znanym Ci osobom, by naprawdę je ZABOLAŁO. Możesz przewidzieć, że dokładnie te wypowiedzi, dokładnie te sformułowania wywołają określone reakcje. A skoro możesz to przewidzieć i celowo wykorzystać, to możesz też tego nie robić. Pojawia się pewna kwestia odpowiedzialności po stronie nadawcy. Jasne, odbiorca może sobie pewne rzeczy przepracować. Może zadbać o to, żeby dane słowa przestały go ruszać, wykonując pracę nad sobą. Ale to trochę tak, jakby oczekiwać, że możesz komuś przywalić bez obaw, bo przecież mógł sobie założyć zbroję…


Jasne, czasem uderzamy kogoś niechcący. Machnęliśmy ręką zaangażowani w dyskusje, a akurat ktoś nas minął i przypadkowo uderzyliśmy go w twarz czy wsadziliśmy palec w oko. Szliśmy szybko korytarzem i wpadliśmy na kogoś, kto akurat wychodził z za zakrętu. Nie planowaliśmy skrzywdzić drugiej osoby, po prostu nie przewidzieliśmy, że możemy w nią trafić.

Tak samo w kontekście wypowiedzi. Czasem powiemy komuś coś przykrego bo nie pomyśleliśmy. Nie wiedzieliśmy. Nie wzięliśmy czegoś pod uwagę. Nikt nam nie powiedział, że nie należy tak mówić. Coś po prostu palnęliśmy.

Z tego względu warto, będąc po stronie odbiorcy „zainwestować w zbroje” – czyli przepracować sobie przynajmniej część rzeczy, które nas dotykają. Zwłaszcza, jeśli mamy emocjonalną hemofilię – wiele różnych sposobów na to by nas zranić i długi czas cierpienia po zranieniu. Bo nie możemy oczekiwać, że cały świat będzie wokół nas chodził na palcach. Niektóre osoby mogą się starać, jasne, ale czasem popełnią błąd. Do tego takie staranie się jest po prostu męczące i niewiele osób w nim wytrwa. A i z tych, które wytrwają, wiele może z czasem zacząć czuć się nieco zgorzkniała i sfrustrowana takim układem. Dlatego aspekt własnej odpowiedzialności jest dla mnie sensowny i uzasadniony. Jeśli wiele rzeczy może Cię zranić, to warto popracować nad tym, by było ich mniej.


Jednocześnie jednak… Cóż, nie zdejmuje to odpowiedzialności z nadawcy. Skoro wiesz, że określone zachowanie z Twojej strony prawdopodobnie wywoła określoną reakcję u odbiorcy… To wykonując to zachowanie bierzesz na siebie odpowiedzialność za to zachowanie.

Jasne, mogłeś nie wiedzieć. Wiele osób po prostu nie wie, że dane zachowanie jest nie w porządku. Nie zostało wychowane tak, by wiedzieć. Nikt im tego nie wskazał. Tak jak ktoś mógł przejść przez życie i nikt mu nie wskazał, że może komuś zrobić krzywdę machając rękoma nadmiernie. Ale jak już kogoś dziabniesz palcem oko, to dobrze jest to przyjąć jako informacje zwrotną i zacząć bardziej uważać. I większość osób to robi. Podobnie ze słowami. Za pierwszym razem mogłeś nie wiedzieć, że coś kogoś boli. Za piątym nie masz już takiej wymówki. I tak, ta osoba może sobie siąść i przepracować takie rzeczy. To jej odpowiedzialność i możliwość. Fajnie jeśli to zrobi.


Ale jeśli tego nie zrobi…

Bo nie wie jak.

Bo nie ma na to siły.

Bo nie jest to dla niej priorytetem.

Bo po prostu nie chce.

Bo nie każdy musi chodzić po ulicy w zbroi…


To jeśli mimo wszystko to robisz, to odpowiedzialność spoczywa też na Tobie. Bo wiesz, co Twoje słowa mogą wywołać u odbiorcy, a i tak ich używasz. Bo możesz zadbać o komfort drugiej osoby i decydujesz się tego nie robić. Możesz to oczywiście racjonalizować „tak, mogli sobie przepracować”. I technicznie rzecz biorąc masz rację. Mogli. Tak samo jak Ty możesz chodzić po ulicy w zbroi. Tylko to trochę kosztowne i niewygodne. Więc raczej tego nie robisz.


Raz jeszcze, nie jest to argument za tym, by teraz wszyscy na nas non stop uważali. To argument za cywilizowanym dbaniem o siebie w obydwie strony. Ja dbam o to, by nie zrobić Ci niepotrzebnie krzywdy moimi słowami. Ty dbasz o to, żebym nie musiał aż tak uważać na te słowa i non stop się pilnować. I vice versa, oczywiście. Wymaga to trochę wysiłku od obydwu stron, ale daje nieporównywalnie lepsze efekty, niż przerzucanie odpowiedzialności tylko na jedną z nich.



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis