Czy nie boisz się, że ludzie uznają, że jesteś dziwny?

W ostatni piątek wpadłem do Wrocławia, przed wystąpieniem, które miałem na tamtejszym TEDx (film będzie jak tylko się pojawi). Jak to zwykle bywa, odwiedzając dane miasto korzystam z okazji by nadrobić zaległości towarzyskie i pospotykać się z bliższymi i dalszymi znajomymi. Tak było i tym razem. Gdy siedzieliśmy tak sobie, gadaliśmy, a ja ubolewałem nad drastycznym niedoborem ciemnych piw w ofercie wrocławskich multitapów (nawet w lodówkach pustki damn it!), kumpel (mający wyjątkowo zły gust, bo lubiący IPA… sam nie wiem z kim ja się szlajam?) zadał mi tytułowe pytanie:

„Czy nie boisz się, że ludzie uznają, że jesteś dziwny?” 


Rzecz dotyczyła chyba akurat dyskusji o LARPach* i różnych dziwnych zdjęć i komentarzy, jakie wrzucam z tej rozrywki. Albo może czarnego humoru, jakim zwykle okraszam swoje wypowiedzi. (Jeśli ktoś chce próbki, niech napisze do mnie na FB pytając „czy może mi zadać pytanie”, ale nie precyzując tego pytania – traktuję to zwykle jako pytanie o metody skutecznego ukrycia zwłok i zaczynam się o tym rozpisywać…) Któregoś z tych. Chyba, że chodziło jeszcze o coś innego, w rodzaju kolekcjonowania transformersów czy innej nerdozy. W gruncie rzeczy to bez znaczenia, bo pytanie mogło dotyczyć dowolnej z tych rzeczy, albo jeszcze kilku innych.

*Live Action Role Playing, dla uproszczenia – jak teatr, w którym wszyscy są jednocześnie widzami i aktorami oraz w dużej mierze improwizują przebieg spektaklu. Może kiedyś zrobię o tym oddzielny wpis.


Czegokolwiek precyzyjnie dotyczyło pytanie, moja odpowiedź była podobna. „Nie, bo ja jestem dziwny. I czuje się z tym coraz bardziej komfortowo.” 

Tak, oczywiście, że musiałem ten tekst opatrzyć tym zdjęciem :)

W społeczeństwie, zwłaszcza do pewnego wieku, mamy silną potrzebę przynależności. A przynależność zwykle wiąże się z konformizmem, dopasowaniem się do jakiejś, mniejszej lub większej grupy i norm przez nią narzucanych.

To naturalne i do pewnego stopnia zdrowe. Konformizm społeczny może być cennym zjawiskiem. Pomaga nam choćby podjąć dobrą decyzję w przypadku problemów dóbr wspólnych. Sprawia, że unikamy tzw. próżniactwa społecznego. Uczy nawet osoby pozbawione wewnętrznych norm, by unikać pewnych zachowań – stąd mamy choćby psychopatów odnoszących sukcesy jako chirurdzy.

Tyle tylko, że jak każdy mechanizm, także i normy społeczne mogą stać się czymś zbyt szkodliwym i ograniczającym. Narzucającym nie tylko produktywne standardy, ale po prostu standardy, często wiążące i problematyczne.


Nigdy nie byłem kimś, kto naprawdę mocno ulegał konformizmowi społecznemu. Koniec końców byłem jednym z pierwszych, który w środowisku rozwojowym mówił, że cesarz jest nagi. (Ale, dla jasności, Król jest ubrany. A tak w ogóle, to moglibyście mnie już przestać podglądać przez okno!) Krytykowałem MLMy, ezoterykę i milion innych odlotów, często wbrew bardzo głośnemu społecznemu oporowi.

Nie znaczy to jednak, że w ogóle byłem na to zjawisko odporny. Prawda jest taka, że wiele elementów swojego wyrazu dość mocno hamowałem. Uwielbiam czarny humor, często dość złożony – ale zwykle go przycinałem i to mocno. Jestem nerdem z krwi, kości i wypalonego w duszy Logrusa, ale niespecjalnie dawałem temu ujście publicznie, a nawet społecznie dość mocno to na długie lata ograniczyłem. Pisałem o tym zresztą trochę na Cafe Royal.


Dopiero w ostatnich latach zacząłem powoli te obszary siebie odkopywać i bardziej je realizować. I faktem jest, że czuję się z tym po prostu dużo lepiej i wygodniej, niż gdy przez lata je przymykałem.


Koniec końców, ekspresja tego co dla Ciebie ważne, tego co lubisz i co Cię interesuje, tak długo jak nikogo nie krzywdzi (bez jego zgody), jest czymś korzystnym i oswobadzającym. Zwalnia masę zasobów poznawczych, zużywanych na hamowanie i przycinanie tych elementów swojej osobowości (lub braku tejże). Kluczem jest tu oczywiście wspomniana kwestia krzywdy. Na ten przykład raczej nie śpiewam drę mordy w miejscach publicznych, gdyż mój śpiew moje amuzykalne wycie jest jednak jakąś formą krzywdy dla innych. Niektórzy się na to godzą, jasne, np. inicjując wspólne śpiewy w samochodzie i ciężar tej decyzji spoczywa na ich uszach, ale przeciętna osoba niczym mi nie zawiniła, więc staram się tego wszystkim oszczędzać.

Im starszy jestem, tym bardziej szanuję moje zasoby poznawcze i tym mniej chcę je marnować na hamowanie tego, co i tak nikogo (nie chcącego) nie skrzywdzi. Oczywiście jak już ktoś się wpakuje na piwo czy planszówki ze mną to jego problem i decyzja ;)


Ten szacunek dla wyrażania siebie oznacza też większą akceptację dla tego, że ktoś może się od tych różnych moich dziwactw odbić. Może, jasne, dopuszczam takie opcje. Koniec końców na tyle dużo osób odbiło się ode mnie z dużo bardziej problematycznych powodów – np. gdy nie pasowała im moja krytyka mizoginii, rasizmu czy jakiegoś anty-guru – że kilka dodatkowych osób przestaje w takim ujęciu mieć znaczenie. Za to z ludźmi, którzy się mimo wszystko nie odbili jest lepiej. Jest po prostu swobodniej, można sobie pozwolić na większa dynamikę statusową w relacjach, większy luz i komfort. Przeżyłem już, optymistycznie licząc, jakąś połowę swojego życia. Trochę nie chcę marnować drugiej na hamowanie siebie.

(Ponownie, w sytuacjach, które nikogo nie krzywdzą. Wiem, wiem, powtarzam to do znudzenia, ale mam wyrobione przez lata poczucie, że to trzeba powtarzać, zbyt wielu spotkałem rozwojowych pojebów wierzących w bardzo bezpośrednie i egoistyczne ujęcie Crowleyowskiego „Czyń swoją Wolę, niech Ci będzie całym prawem.” Lub, mówiąc prościej, zbyt wielu roszczeniowych rozwojowych dupków. Wolę więc do znudzenia powtarzać, niż zaryzykować, że choć jedna osoba opacznie zrozumie mój wpis i będę musiał na nią później polować po nocy z kuszą… Bełty do kuszy są drogie!)


Czy to dobra postawa? Cóż, tu już niczego nie narzucam. Dla niektórych dodatkowa warstwa społecznej akceptacji będzie cenniejsza, a presja związana z hamowaniem niektórych swoich podejść czy zainteresowań mniejsza. Wymiana jednego za drugie nie będzie więc zbyt opłacalna. To do czego bym jednak zachęcał, to poeksperymentowanie. Wypuszczenie na świat wewnętrznego zjeba/zejbki i sprawdzenie, nawet krótko -choćby przy okazji jakiegoś wyjazdu na urlop – czy aby nie jest tak jednak dużo lepiej. Bo wiele osób mogło zapomnieć jak miło być popisowo powalonym.



Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 



Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis