Ludzie czasem pytają mnie „jak wygląda Twój dzień pracy?”, spotykam się też niekiedy z komentarzami, choćby z wyswiechtanym „skoro tyle dyskutujesz online, to pewnie nie masz nic do roboty.” Dlatego postanowiłem przedstawić kilka typowych dni z mojego życia zawodowego*. Niekiedy jest ciężko, niekiedy klnę, niekiedy jest luźno i toczą się jedynie tumany kurzu** jak na starych westernach ;)

*Co może oznaczać zarówno dzień „na tygodniu”, jak i dzień „weekendowy”, branża trenersko-coachingowa rządzi się własnymi prawami odnośnie dni wolnych, sam nie myślę nawet specjalnie o jakimś dniu jako o konkretnie dniu wolnym lub pracującym – takie moje zboczenie.

**Tak, wiem, że to wyschnięte krzaki w rzeczywistości ;)


Dzień Pierwszy

Kraków

Hotel na Kazimierzu. Pobudka nieco po 7 rano,  po jakichś sześciu-siedmiu godzinach snu. Przeglądam materiały, z których będę dzisiaj prowadził szkolenie. Schodzę na śniadanie, po czym, nieco przed dziewiątą, wychodzę do sali szkoleniowej.  Znalazłem sensowny hotel dość blisko do samej salki, więc mam tam tylko jakieś 15 minut spacerem, co jest dużą wygodą – niekiedy sale są położone naprawdę daleko od sensownych miejsc noclegowych i muszę dojeżdżać kilkadziesiąt minut.

Docieram do salki jakieś 50 minut przed rozpoczęciem szkolenia. Normalnie pierwszego dnia byłbym wcześniej, co najmniej godzinę przed czasem, ale tu mam osobę do pomocy ze strony organizatorów szkolenia, kogoś kto zajmie się cateringiem, itp. To daje mi spory zapas czasowy.

Szkolenie kończy się tuż po 18, z półtorgodzinną przerwą na obiad – z zasady, dla mnie jako trenera, oznacza to max. 70 minut – wychodzę z sali zwykle ostatni i staram się być z powrotem przynajmniej 15 min. przed czasem. Okazuje się, że warto było przejść na obiad do mojego hotelu – bardzo szybko dostaje świetne placki po węgiersku, a w oczekiwaniu na nie mam okazję nadrobić zaległości na necie, poodpisywać klientom, podyskutować trochę online, itp. Zeszłoroczna inwestycja w tablet okazała się świetnym rozwiązaniem.

Szkolenie kończy się o 18, a ja wsiadam w tramwaj i jadę do wynajętego w zaprzyjaźnionej firmie gabinetu coachingowego – o 19 czeka mnie jeszcze dwugodzinna sesja indywidualna. W okolicach 21.45 jestem z powrotem w okolicach hotelu i znajduję sympatyczną restaurację by coś w końcu przekąsić. Miło jest też po takim dniu wypić kufel piwa.

Ok. 22.30 wracam do hotelu. Mam trochę czasu dla siebie, ale muszę też zastanowić się co ew. zmodyfikować w programie na kolejny dzień szkolenia tak, by lepiej dopasować go do grupy. Ok. północy-pierwszej zasypiam – kolejnego dnia znów pobudka o sódmej.


Dzień drugi

Warszawa

Wstaję ok. 10. Poranna „netówka”. Ok. 10.45 zaczynam pisać – posty na blogi, artykuły do zmiany strony, książki – w zależności od priorytetu. Dziś akurat miałem nieco zaległości na blogu, więc przygotowuje po artykule na krolartur.com, na onechangemaker i na niedzielnych graczy. Jak pojawia się jakiś temat, dyskutuje nieco na necie. Ma to kilka celów:

– lubię to, tak po prostu

– buduję swoją obecność w sieci (niestety, w sieci, jeśli chcesz funkcjonować, musisz być obecny)

– niekiedy jest szansa czegoś się nauczyć lub przekazać jakąś fajną ideę w świat

– często przy okazji dyskusji mam okazję przypomnieć sobie i wzmocnić jakieś informacje.

Dyskusje online są dla mnie na pewno łatwiejsze niż dla większości ludzi, z prostego powodu – piszę szybko. Po prostu przez lata nabrałem do tego odpowiedniej wprawy i jestem w stanie w parę chwil przygotować tekst, który innym zająłby kilkadziesiąt minut.

Po 13 szybki obiad i o 14 wychodzę prowadzić sesje coachingowe.  Mam kilka gabinetów, z których typowo korzystam „na godziny” , zwykle potrzebuję koło 30-40 minut by tam dotrzeć, z zasady staram się być co najmniej 10 min. przed klientem. Kończę po 19 i wracam do domu., droga powrotna to kolejnych 40 min. Chwila odpoczynku, kolacja, gram w planszówkę z Beatą, trochę rozmawawiamy. Ok. 22 uruchamiam sobie jakąś grę, gram gdzieś do pierwszej, potem nieco piszę. Idę spać około trzeciej, podejmując skazaną na niepowodzenie próbę wygodnego ułożenia się w łóżku od dawna okupowanym przez nie tylko Beatę, ale również dwa , losowo rozmieszczone, koty ;)


Dzień trzeci

Warszawa

Wstaję ok. 10.30. Poranna netówka przeciąga się co najmniej godzinę, tak, że ok. 12 zaczynam robić coś bardziej twórczego. A przynajmniej w teorii. W rzeczywistości, nie mogąc złapać weny, przeskakuję co chwilę na inne, bardziej interesujące, a stanowiące mniejsze wyzwanie projekty. Np. zrobienie obiadu, zakupy, czy po prostu dyskusje online.

Przez cały dzień, realnie, piszę może kilka tysięcy znaków, robiąc niewiele więcej produktywnych rzeczy. Zdecydowanie mało wydajny dzień, który kończę ok. 2-4 nad ranem.

 

Dzień czwarty

Warszawa

Wstaję ok. 10. Poranna netówka, dość krótka Nienawidzę wszystkiego. Ok. 10.35 siadam do komputera. Piszę. Obiad ok. 14. Piszę. Kolacja ok. 20. Piszę. Bardzo, bardzo chciałbym nie pisać i zająć się czymś innym, ale mam termin oddania książki i kropka. Każdy mail od klienta jest wybawieniem, bo mogę się tym zająć zamiast skupiać na pisaniu. Czasem uciekam w jakąś dyskusję online czy przejrzenie jakiegoś portalu. Ale pisać trzeba, więc klnę i piszę. Idę spać ok. 4 nad ranem, by przez najbliższych kilka dni powtarzać proces. Jak książka będzie gotowa, to będzie fajnie, ale do tego czasu, lepiej nie podchodzić – ugryzę.

 

Jak widać, moje dni przechodzą od totalnego zaangażowania i harówki, aż po straszne obijanie się i pozorowaną pracę. Jak to się w rzeczywistości rozkłada, w ciągu roku? Powiedziałbym, że ok. 20/40/30/10, odpowiednio. Czy mogłoby być lepiej? Zapewne. Czy mogłoby być gorzej? Zapewne. To, jak jest, sprawdza się całkiem przyjemnie ;)

Oczywiście, w ramach każdego z tych dni, nie tylko „trójki”, możliwe są usprawnienia, nad czym również, po kawałku, pracuję.


Zostań Patronem/Patronką tego bloga!

Jeśli materiały na tym blogu są dla Ciebie wartościowe, rozważ wsparcie go w ramach Patronite. 

Więcej na ten temat znajdziesz TUTAJ.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis